Trzech niepozornych

Trzech niepozornych

Dodano:   /  Zmieniono: 
Maryvonne de Saint-Pulgent brzmi we Francji bardzo dumnie, jak każde nazwisko zawierające magiczne "de", wskazujące na tak zwane dobre urodzenie. Jeśli chcecie wzbudzić przyjazne odczucia w towarzystwie, przedstawiajcie się jako Barnaba de Purompecki albo Klotylda de Zemblacinska. Nikt i tak nic nie zrozumie oprócz "de", więc osiągnięcie piorunującego wrażenia gwarantowane.
 Nikt i tak nic nie zrozumie oprócz "de", więc osiągnięcie piorunującego wrażenia gwarantowane. Maryvonne de Saint-Pulgent została wyposażona przez łaskawy los w dodatkowe atuty - oprócz nazwiska z "de" obdarzył on ją tytułem służbowym zawierającym słowa "dyrektor" i "ministerstwo". Dokładnie biorąc, chodziło o funkcję dyrektora Departamentu Dziedzictwa Narodowego Ministerstwa Kultury. Maryvonne de Saint-Pulgent stała się zatem postacią symbolizującą nie tylko historię swojej dostojnej rodziny, dzieje i dorobek swojego narodu, ale - mimo "de" w nazwisku - również republikę, a więc władzę państwową.
W tej to właśnie roli wystąpiła jako interlokutorka trzech mieszkańców departamentu ArdŻche.
Określenie "interlokutorka" jest może odrobinę przesadzone. Trzej wspomniani obywatele słali do niej listy i zostawiali sekretarce prośby o wyznaczenie spotkania, a Maryvonne de Saint-Pulgent zajmowała się nieodpowiadaniem ani na jedne, ani na drugie. Jakżeż ona - ze swoim "de", "dyrektorem" i "ministerstwem" - mogłaby zwrócić uwagę na dobijanie się do jej drzwi panów dysponujących jedynie nazwiskami Peschier, Ollier i Helly? Czyż może być coś bardziej zwyczajnego, nudnego i pospolitego niż takie trzy dochodzące gdzieś z dołu dwusylabówki?
Panowie ci chcieli z nią załatwić polubownie kwestię rachunków, ponieważ im się nie zgadzały. Chodziło o wycenę gruntów, z których zostali wywłaszczeni na wniosek Ministerstwa Kultury. Szefowa Departamentu Dziedzictwa Narodowego nie zajmuje się jednak rachunkami, tylko - jak sama nazwa wskazuje - dziedziczeniem. Uprasza się więc o niezawracanie jej głowy drobiazgami. Niestety, trzy dwusylabówki nie miały wrażenia, że chodzi o drobiazg. Przysłany przez resort ekspert ocenił wartość należących do nich terenów na 31 tys. franków, czyli 17,3 tys. zł. Zainteresowanym nijak nie chciała wyjść ta sama kwota. Jakkolwiek liczyli, zawsze wychodziło im 70 mln franków (39,2 mln zł).
Grunty należące do panów Peschiera, Olliera i Helly’ego miały najwyraźniej właściwości powodujące zaburzenia wzroku. Kiedy patrzył na nie ekspert z ministerstwa, widział ugór zarośnięty trudnymi do przebycia suchymi krzaczkami, na którym utrzymało się kilka dębów, ale ogólnie nadający się najwyżej dla dzików. Kiedy patrzyli na nie właściciele, dostrzegali również znajdującą się pod owym ugorem grotę Chauveta, odkrytą w 1995 r. i zawierającą wyjątkowe w skali światowej prehistoryczne malowidła skalne, oceniane jako cenniejsze i lepiej zachowane niż te, które znaleziono w słynnej grocie Lascaux. Państwo uznało to za dziedzictwo narodowe, ale żeby uzyskać do niego dostęp, musiało ich wywłaszczyć - co też zrobiło, próbując wcisnąć każdemu z nich na odczepnego równowartość niecałych sześciu tysięcy złotych. Panom Peschierowi, Ollierowi i Helly’emu wydało się to dosyć szpetne. Pomyśleli sobie, że państwo mogłoby się zachować ładniej. I to właśnie chcieli dać uprzejmie do zrozumienia osobie w tym wypadku państwo reprezentującej, czyli Maryvonne de Saint-Pulgent. Ona jednak, jak wiemy, dała im do zrozumienia, że ma ich w nosie.
Było to jedno z najkosztowniejszych dań do zrozumienia, jakie współczesna Francja może zapisać w swoich annałach. Trzej obywatele departamentu ArdŻche przestali nachodzić ministerstwo z propozycjami polubownego załatwienia sporu - co oznaczało możliwość zadowolenia się przez nich sumą skromniejszą niż 70 mln franków - i oddali sprawę do sądu. Trybunał pierwszej instancji oparł się tylko na opinii eksperta i zatwierdził ofertę resortu, czyli 31 tys. franków odszkodowania. Sąd apelacyjny doszedł jednak do wniosku, że zanim wspomniane dobra zostały uznane za dziedzictwo ludzkości, stanowiły część dziedzictwa powodów Peschiera, Olliera i Helly’ego - nawet jeśli oni o tym nie wiedzieli. Sąd sięgnął następnie po kalkulator i zaczął liczyć różne rzeczy. Przede wszystkim korzyści materialne, jakie grota przynosi państwu i samorządowi terytorialnemu: dochody ze sprzedaży zdjęć i filmów, a także projektowanej ekspozycji odtwarzającej malowidła poza, uznaną za chronioną, strefą groty. Sąd wziął również pod uwagę, że za ekspropriację groty Lascaux - dziesięć razy mniejszej, dwa razy "młodszej" i gorzej zachowanej - zapłacono w 1972 r. 4,5 mln franków. Uznał też argument powodów, że jeżeli za obraz Van Gogha państwo zapłaciło właścicielowi 145 mln franków, to żądanie połowy tej sumy za niepowtarzalny zestaw malowideł prehistorycznych nie jest przejawem chorobliwej zachłanności. Wyrok: 87,5 mln franków dla skarżących. Prawie trzy tysiące razy więcej, niż proponowała Maryvonne de Saint-Pulgent. Arystokracja ma dziś skromniejszy gest niż kiedyś - nawet jeśli reprezentuje republikę. A zwłaszcza gdy reprezentuje ją wobec maluczkich i wyglądających niepozornie.

Więcej możesz przeczytać w 17/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0