Nie kradnij

Nie kradnij

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Nasze złodziejstwo pospolite. Niedawno w satyrycznym programie "Freitag Nachts News", nadawanym w niemieckiej stacji RTL, dyskutowano o tym, dlaczego Niemcy, oceniając cudzoziemców, nagminnie posługują się stereotypami. Prowadzący debatę stwierdził w pewnym momencie: "Nie posługuję się już żadnymi stereotypami. Wszystkie, jakie miałem, ukradli mi w Polsce, łącznie z tym: Jedź do Polski, twój samochód już tam jest, który przepadł razem z moim autem".
Markus Böhme, jeden z gości Balu Prasy w Berlinie, którego Polska była honorowym gospodarzem, przed kamerami telewizji stwierdził, że na wszelki wypadek swój samochód zamknął w garażu. W opinii Zachodu jesteśmy złodziejami.

Złodziejstwo powszednie
Złodziejstwo jest w Polsce konkretne i namacalne, jak to, przed którym co kilkanaście minut ostrzega się podróżnych na dworcach autobusowych i kolejowych. Nie do pomyślenia jest zostawienie na klatce schodowej roweru bez odpowiedniego zabezpieczenia. Nie ma bodaj mieszkańca bloku, któremu chociaż raz nie okradziono piwnicy. Na terenach ogródków działkowych niektóre domki były okradane kilkadziesiąt razy. Często pozostawienie choćby na kilka minut samochodu w miejscu nie strzeżonym kończy się jego zniknięciem albo okradzeniem. Auta giną nawet z policyjnych parkingów (52 takie wypadki w ubiegłym roku). Okradane są przedszkola i żłobki, plebanie, kościoły, muzea, domy dziecka, a nawet komisariaty policji (7 takich wypadków w 2000 r.). Kradniemy elementy nagrobków, szyny kolejowe, kable energetyczne, transformatory wysokiego napięcia, trucizny i materiały radioaktywne, lokomotywy i stare samoloty wojskowe. Czego w Polsce się nie kradnie?
Gdy najmujemy ekipę remontową, zwalniamy się z pracy i pilnujemy mieszkania, by fachowcy nie ukradli nie tylko połowy materiałów, ale także domowych sprzętów. Pracodawcy muszą blokować połączenia z numerami 0-700 i zagraniczne, bo pracownicy potrafią wydzwonić dziesiątki tysięcy złotych (recepcjonistki z Uniwersytetu Gdańskiego naraziły w ten sposób uczelnię na straty sięgające 70 tys. zł). Właściciele przedsiębiorstw instalują ukryte kamery, bo gdy ich nie ma, pracownicy wynoszą sprzęt i materiały. Przy tym nie mówi się w tych wypadkach o kradzieży (takie założenie przyjął sąd w Gdańsku, który uniewinnił pracownice uniwersytetu), lecz o przekroczeniu uprawnień, niedopełnieniu obowiązków, niedopatrzeniu. W potocznej polszczyźnie nie mówi się, że ktoś kradnie, lecz "załatwia", "organizuje", "kombinuje". Złodzieja określa się mianem "zaradny", "sprytny", "obrotny", a czasami wręcz "przedsiębiorczy". - Słowo "pożycz" stało się u nas synonimem "zgódź się, że ci nie oddam": nie oddaje się pożyczonej soli, cukru czy mleka - zauważa Andrzej Samson, psycholog społeczny.

Kultura antywłasnościowa
Pojęciem "kultury antywłasnościowej" posługuje się, opisując nasz region, prof. Richard Pipes, amerykański historyk i politolog. Prawie wszystkie kraje komunistyczne do tej kultury się zaliczały, a po klęsce komunizmu wcale się z niej nie wyzwoliły. Mark Pollot, autor książki "Wielka kradzież - małe złodziejstwo", twierdzi, że w kręgu kultury antywłasnościowej nie chodzi o wypaczenie stosunku do własności, a tym samym kradzieży, ani o czasowe - spowodowane przez absolutyzm, komunizm czy niewolę - zawieszenie zachodnich norm, lecz o akceptowanie zupełnie innych norm. Najważniejszą funkcję w tym systemie norm pełni pojęcie "trofiejnego", czyli zdobyczy, łupu. Ktoś, kto nie ma nic trofiejnego, to "durak" - idiota, zdobywca trofiejnego jest natomiast "mołodcem" - spryciarzem.
Dla niektórych mieszkańców Jedwabnego trofiejne było mienie zamordowanych Żydów. Podobnie potraktowano własność Żydów, którzy padli ofiarą kieleckiego pogromu. Trofiejne było wszystko to, co pozostawili wypędzeni z ziem zachodnich Niemcy, w tym wyposażenie pałaców i budynków publicznych: płyty marmurowe, piece i pojedyncze kafle, płytki ceramiczne, boazerie i całe klatki schodowe, sztukaterie, witraże, okna, dachówki, kominki, a nawet granitowe końskie żłoby. Przechodzący w 1945 r. przez Polskę żołnierze Armii Czerwonej przewozili więcej trofiejnego niż sprzętu wojskowego: od zegarków i pozytywek po obrazy, rzeźby, plafony, a nawet maszyny rolnicze. W Polsce jako trofiejne traktuje się nawet przedmioty należące do ofiar katastrof lotniczych (tak było, gdy w marcu 1980 r. rozbił się ił 62 należący do LOT, a także po katastrofie iła 62 M w maju 1987 r.) i kolejowych (na przykład w lutym 1952 r. w Rzepinie czy w sierpniu 1980 r. koło Torunia).
Polskie współczesne złodziejstwo ma swoje korzenie w carskiej i bolszewickiej Rosji, w ich stosunku do własności. Prof. Richard Pipes zauważa, że ewolucja własności w Rosji przebiegała odwrotnie niż na Zachodzie, gdzie stanowiła najważniejszą przeszkodę dla absolutnej władzy monarchy. W Rosji carowie byli właścicielami całej ziemi, mogli też konfiskować wszystkie towary. Faktyczni użytkownicy pozostali sługami państwa. Jako tacy nie mieli zagwarantowanych żadnych praw obywatelskich ani jakiegokolwiek zabezpieczenia ekonomicznego. A ten, kto nie posiadał własności, nie dysponował władzą polityczną.
Z tego samego założenia wyszli Lenin i bolszewicy. "Bali się, że pozostawienie choćby małej enklawy prywatnego majątku wystarczy obywatelom, by uniknęli kontroli państwa i zorganizowali opozycję" - zauważa prof. Pipes. Dzięki temu, że w latach 1917-1920 bolszewicy zlikwidowali prywatną własność, państwo stało się jedynym pracodawcą, a więc mogło zwolnić lub zdegradować każdego, na kogo padł choćby cień podejrzenia o działalność antyrządową czy nielojalność. Jak zauważa Aleksander Sołżenicyn w "Archipelagu Gułag", kradzież była dla wielu odrzuconych przez państwo jedynym sposobem przetrwania. Dla nękanych rekwizycjami chłopów, szczególnie przed 1922 r. i po 1928 r., kradzież była też formą oporu.

Mentalność pańszczyźniana
- Nasz stosunek do własności prywatnej odróżnia nas od państw zachodnich. Od najmłodszych lat wychowywani jesteśmy w świecie, w którym nic do nikogo nie należy, nic nie ma swojej ceny - tłumaczy Andrzej Samson. To echo mentalności pańszczyźnianej i jej kołchozowej odmiany. Chłopi pańszczyźniani mieli - po opłaceniu pogłównego i podatków na armię - tak mało pieniędzy, że właściciele ziemscy pozwalali im na kradzież drewna, ziarna, ziemniaków. Kradzież była praktyką usankcjonowaną w sowieckich kołchozach i polskich pegeerach aż do końca ich istnienia. - Zakład pracy był w czasach PRL magazynem niczyich części zamiennych, które pracownicy wynosili (nie kradli) na zewnątrz. Musieli zresztą często tak robić, bo tych części nie sposób było kupić - mówi prof. Ireneusz Białecki, socjolog.
Realny socjalizm wprowadził też - oprócz nacjonalizacji, czyli kradzieży prywatnego mienia - instytucję kradzieży względnej, czyli tzw. spożycie zbiorowe. "Poszczególni ludzie nie mieli cichego przyzwolenia na złodziejstwo, bo w tej roli zastąpiło ich państwo. Spożycie zbiorowe polegało bowiem na tym, że ograniczano dochody jednych, by udostępnić pewne towary i usługi innym" - zauważa Mark Pollot. Spożycie zbiorowe było w istocie rozbudowanym systemem wynagrodzeń pozapłacowych: dopłat do stołówek, wczasów, sanatoriów, deputatów (tzw. deputat węglowy przetrwał w Polsce do dziś), bonów, talonów na samochód, pralkę, lodówkę, telewizor czy przydziałów na mieszkanie. "Wprowadzając ten system świadczeń dla jednych, kosztem ograniczenia dochodów innych, państwo stawało się w rzeczywistości paserem" - konkluduje Mark Pollot.

Przyzwolenie na złodziejstwo
I tym paserem w niektórych wypadkach państwo polskie pozostaje. Na przykład w kwestii reprywatyzacji. Parlament przyjął wprawdzie ustawę reprywatyzacyjną, lecz zawetował ją prezydent. Stwierdził, że jest niesprawiedliwa, że "państwa nie stać na zwrot majątków". Prezydent przyznał, że państwo coś ukradło, ale nie zwróci, bo nie ma z czego. Poparły go przeciwne reprywatyzacji SLD, PSL i UP. Sojusz mógłby się ostatecznie zgodzić na zwrot zrabowanego mienia, byle nie było to więcej niż 10 proc. jego wartości, bo tylko w tym wypadku "będzie sprawiedliwie". Tymczasem kradzież jest kradzieżą, nawet gdy dotyczy 1 promila mienia. Sama ustawa nie była zresztą wolna od wad, zawierała przecież numerus clausus, czyli wykluczała z reprywatyzacji osoby nie będące pod koniec 1999 r. obywatelami Polski - jakby obywatelstwo miało jakikolwiek związek z własnością. Który zachodni inwestor potraktuje poważnie kraj dopuszczający możliwość zagrabienia jego majątku?
Co gorsza, politycy przeciwni reprywatyzacji mogą się powołać na vox populi. W lutym 2001 r. w sondażu CBOS liczba zwolenników reprywatyzacji (38 proc.) była niższa niż liczba jej przeciwników (48 proc.). Mniej niż połowa badanych uważa, że zwrot zrabowanej własności jest słuszny z moralnego punktu widzenia. Nasz stosunek do własności to ewidentny przykład moralności Kalego. Aż 87 proc. Polaków badanych w grudniu 1997 r. przez CBOS deklarowało, że własność prywatna jest bezwzględnie nienaruszalna i wszystkie organy państwa powinny ją chronić. Prawie połowa respondentów twierdziła, że ochrona własności prywatnej należy do najważniejszych praw obywatelskich. Najwięcej osób składających takie deklaracje wywodziło się spośród elektoratu PSL (66 proc.) i Unii Pracy (61 proc.) Tymczasem te partie najgłośniej się reprywatyzacji sprzeciwiały.
"Jedna trzecia społeczeństwa żyje w ubóstwie. Niech ktoś powie, czy ci ludzie też nie są poszkodowani?" - pytała podczas debaty reprywatyzacyjnej Danuta Waniek, posłanka SLD. "Jeśli ktoś chce dowartościować wnuków dawnych latyfundystów, bogaczy i burżujów, niech to robi za własne pieniądze, a nie wyciąga miliardów z kieszeni ubogich" - wtórował jej senator Ryszard Jarzembowski, również z SLD. Czyżby senator sojuszu (skądinąd raczej nie należący do ubogich, w których imieniu występuje) uważał, że można bezkarnie okradać każdego, kto doszedł do majątku? Tak właśnie rozumowali bolszewicy.

Mienie społeczne kontra prywatne
To mentalność żywcem przeniesiona z czasów PRL, gdy prawo przede wszystkim chroniło tzw. własność społeczną. Za kradzież mienia społecznego groziła kara do pięciu lat więzienia, za zagarnięcie mienia prywatnego - do trzech lat. Zabór mienia społecznego dużej wartości bywał karany surowiej niż zabójstwo. W 1965 r. na śmierć skazano z tego tytułu Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora warszawskiego Miejskiego Handlu Mięsem. Czterem innym oskarżonym w tej sprawie wymierzono kary dożywocia. Wyrok śmierci orzeczono również w tzw. aferze skórzanej (wyroku nie wykonano), zaś dożywocie w aferze pończoszanej. Kuriozalny był art. 214 kodeksu karnego, mówiący o "zaborze pojazdu mechanicznego w celu krótkotrwałego użycia". Złodziei samochodów dzielono na dwie kategorie: tych, którzy zamierzali ukraść, i chcących się tylko przejechać. W prawie stanowionym uznano więc (w ślad za prawem zwyczajowym), że włamanie się do samochodu i posłużenie się nim bez wiedzy i zgody właściciela nie jest kradzieżą - wystarczy, że tak zadeklaruje złodziej. W zachodnich kodeksach (niemieckim, brytyjskim, francuskim czy hiszpańskim) nie istnieje pojęcie krótkotrwałego zaboru mienia, bo każda forma zaboru cudzej własności jest kradzieżą. Nie ma też granicy - określonej wartością zrabowanego mienia, jak jest obecnie w Polsce (powyżej 250 zł) - między wykroczeniem a przestępstwem kradzieży.
W ustawodawstwie III RP nie ma wprawdzie przepisów nakazujących większą ochronę mienia społecznego, lecz w praktyce sądowej (wedle badań Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości) jest ono bardziej chronione - sądy orzekają surowsze wyroki w tych sprawach. Nierówne traktowanie własności prywatnej i publicznej sankcjonuje zresztą państwo. Urzędy skarbowe i ZUS bardzo rzadko wnoszą pozwy przeciwko państwowym dłużnikom (PKP, kopalniom, cukrowniom, hutom, szkołom, szpitalom), a nawet rezygnują z egzekwowania odsetek za zwłokę. A takie praktyki to nic innego, jak okradanie pozostałych podatników.

Uczciwi inaczej
W III RP nie przestaliśmy więc być uczciwi inaczej. Kradzież usprawiedliwiamy najczęściej biedą (63 procent badanych przez CBOS), anonimowością właściciela, czyli państwa (52 proc.), zdarzają się jednak także tak kuriozalne motywy, jak zawiść wywołana ostentacyjnym zachowaniem właścicieli (18 proc.).
Tym, co najbardziej zaskakuje w Polsce przybyszów z Zachodu, jest pobłażliwość dla różnych form złodziejstwa - wynika z raportu Rady Europy "Przestępczość i stosunek europejskich społeczeństw do łamania prawa", wydanego w 1997 r. Wedle przytoczonych w raporcie badań, 69 proc. naszych obywateli nie potępia złodziejstwa intelektualnego: plagiatów, piractwa płytowego i komputerowego, nieposzanowania praw autorskich. Aż 67 proc. uważa, że nie powinno się karać za drobne kradzieże. Nie potępiamy znajomych, którzy "okazyjnie" nabyli zegarek, aparat fotograficzny, sprzęt RTV, a nawet samochód. - Dlaczego tacy jesteśmy? Nie da się zwalić wszystkiego na ostatnie 50 lat. Nie ma powodów, by twierdzić, że na przykład przed wojną byliśmy lepsi. Specyficzny stosunek do własności kształtował się w Polsce przez setki lat - mówi dr Paweł Śpiewak, socjolog.
- Specyficzny stosunek Polaków do własności jest, co oczywiste, konsekwencją komunizmu. Ale nie tylko. Do dzisiaj nie powstał przecież u nas prawdziwy kapitalizm. Zamiast niego mieliśmy najpierw - od połowy lat 80. - kapitalizm polityczny, a w połowie następnej dekady zastąpił go kapitalizm zbudowany wokół sektora publicznego. W tych formach kapitalizmu własność nie jest podstawą dochodu. A skoro tak jest, dlaczego mamy ją szanować? - pyta prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przykazanie warunkowe
Nasz dwuznaczny stosunek do własności ma też swoje źródła w katolicyzmie. Z jednej strony imperatywem jest dekalog z przykazaniami "nie kradnij" i "nie pożądaj żony bliźniego swego ani żadnej rzeczy, która jego jest", z drugiej zaś strony zasada głosząca, że "łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". Sugeruje ona, że własność utrudnia zbawienie. Inaczej jest w protestantyzmie, gdzie uczciwie zdobyta własność czy bogactwo są nagrodą w świecie doczesnym. Zamach na własność jest więc bezwarunkowo grzechem.
- Katolicyzm niesłusznie oskarża się o dwuznaczny stosunek do własności. Kościół był zawsze obrońcą własności prywatnej. Owszem, zakony żebracze propagowały ducha ubóstwa i dystansu wobec dóbr materialnych, ale na przykład benedyktyni czy cystersi uczyli ludzi uprawy roli, budowy domów i miłości do własnej ziemi - mówi ks. dr Andrzej Kobyliński, etyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. - Przykazanie "nie kradnij" jednoznacznie nakazuje poszanowanie prawa do własności. Bez własności nie ma wolności. W katolickiej nauce społecznej podkreśla się bardzo wyraźnie, że władza polityczna powinna stać na straży prawa własności - przekonuje ks. dr Kobyliński. Niedawno Episkopat potępił przeciwników reprywatyzacji. "Nam wszystkim i następnym pokoleniom potrzebna jest lekcja, że należy uszanować cudzą własność (...). Przecież zasada nie kradnij i inne przykazania dekalogu stanowią powszechne prawo moralne" - napisali biskupi w specjalnym oświadczeniu. Problemem jest to, że takiego stosunku do własności nie mają rzesze wiernych.
Dlaczego złodziejstwo jest w Polsce tak powszechne i przez tak wielu tolerowane? - Zawsze kładliśmy nacisk na problemy narodu, niepodległości, patriotyzmu, a zaniedbywaliśmy troskę o "małą etykę" życia codziennego. Nie czyniły tego w dostatecznym stopniu ani Kościół, ani inne instytucje. Ponadto nieustannie żyjemy z poczuciem krzywdy. Wszyscy są winni, tylko nie my. Taka postawa przyzwyczaja do rekompensowania sobie krzywdy, często urojonej, poza prawem, w tym złodziejstwem - konkluduje dr Paweł Śpiewak.

Więcej możesz przeczytać w 18/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1