Więzienie na kartki

Więzienie na kartki

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Czas na prywatne zakłady karne. Społeczne listy, kolejki, zapisy na pierwszy wolny termin odsiadki i kłótnie o to, kto ma prawo do odbywania wyroku poza kolejnością - takie sceny możemy wkrótce obserwować pod bramami polskich więzień. Jaki sens ma bowiem odsiadywanie kary po dziesięciu latach od ogłoszenia prawomocnego wyroku? Co czwarty wyrok orzekany przez sąd jest teraz martwym zapisem.
 Osądzeni przestępcy nie idą do więzień, bo brakuje w nich miejsc dla skazańców. Pod koniec tego roku na wolności będzie prawdopodobnie przebywać 40 tys. przestępców prawomocnie skazanych na kary pozbawienia wolności! Kara staje się więc czymś całkowicie umownym.

W związku z przepełnieniem więzień w październiku 2000 r. minister sprawiedliwości wydał zarządzenie, by sądy odraczały wykonywanie kar w drobniejszych sprawach. Gdyby nie to, mielibyśmy ogromne kłopoty z pomieszczeniem wszystkich skazanych w zakładach karnych - mówi ppłk Waldemar Łączyński z Biura Społeczno-Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Czekający w kolejce skazani nie wiedzą, kiedy trafią za kratki. - W styczniu zostałem skazany na rok więzienia, bo nie płaciłem alimentów. Ale wciąż jestem wolny i nie mam pojęcia, kiedy pójdę siedzieć. Pytałem o to w sądzie, bo chciałem jakoś zaplanować najbliższą przyszłość. Sędzina bezradnie rozłożyła ręce. Nie chciałbym iść do pudła, gdy już nie będę pamiętał, za co tam idę - mówi Piotr Bujnicki, mieszkaniec podwarszawskiego Legionowa. - Czekam na odsiadkę za oszustwo celne. Ponieważ ciąży na mnie prawomocny wyrok, zostałem zwolniony z pracy. Nie mogę znaleźć innej i nie wiem, z czego się będę utrzymywał. Mam coraz większe długi, więc obawiam się, bym nie zaczął kraść - opowiada Janusz Cencka z Zielonej Góry.

Prywatne więzienia, czyli zrób to sam
Przedstawiciele kilku instytucji państwowych zastanawiają się, jak rozwiązać problem przepełnienia więzień. Tymczasem rozwiązanie jest banalnie proste. Już powinien zostać ogłoszony przetarg na prywatne zakłady, w których skazani za lżejsze przestępstwa mogliby odbyć karę. Takie obiekty są łatwiejsze do zaprojektowania i tańsze niż te dla najgroźniejszych przestępców. Przetarg można by rozstrzygnąć w miesiąc, więzienia zbudować w pół roku. Przed końcem roku więźniowie mieliby gdzie odbywać kary. Rozwiązanie problemu można by nawet powierzyć samym skazanym. Część z nich zawiązałaby na przykład spółki, które stworzyłyby projekty zorganizowania więzień w opuszczonych obiektach wojskowych (likwiduje się obecnie kilkadziesiąt garnizonów) lub popegeerowskich. Sami zainteresowani byliby odpowiedzialni za niezbędne adaptacje. Zapłatą za ich pracę mogłyby być udziały w prywatnym zakładzie karnym, który powstałby w ten sposób. Można by też anulować im część lub całość kar majątkowych. Udział w inwestycji byłby dla skazanych najlepszą formą resocjalizacji.
Prywatne więzienia z powodzeniem funkcjonują w kilkunastu krajach, na przykład w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W USA (m.in. w stanie Kansas) areszty i więzienia są budowane i administrowane przez prywatnych przedsiębiorców, którzy później dzierżawią je władzom stanowym. Sprywatyzowane więzienia brytyjskie kosztują państwo 30 proc. mniej niż państwowe (w zakładzie w Wolds różnica wynosi 50 proc.). Zarazem pozbawionym wolności stwarza się lepsze warunki odbywania kary: brytyjska filia amerykańskiej firmy prowadzącej zakład karny Blaknhurst wydaje tygodniowo na wyżywienie więźnia 24 funty, czyli trzykrotnie więcej niż placówki państwowe.

Ciasne cele kontra bezpieczne ulice
Rzecznik praw obywatelskich i część polityków obawiają się, że więźniowie mają w celach za ciasno, więc mogą się zbuntować. Chcą, by sądy częściej stosowały warunkowe zawieszanie kary, a zamiast więzienia orzekały ograniczenie wolności. Realizacja tych postulatów może sprawić, że już wkrótce za kratkami nie będzie siedział nawet co drugi sprawca przestępstwa, za które grozi kara więzienia. Odstraszającą funkcję kary można w tej sytuacji włożyć między bajki. W dodatku mówienie o przepełnieniu w więzieniach przez większość polityków uznawane jest za politycznie niepoprawne. Tylko Lech Kaczyński, minister sprawiedliwości, odważył się powiedzieć, że w więzieniach może być jeszcze ciaśniej, byleby przestępcy nie chodzili po ulicach. Natychmiast zarzucono mu jednak, że chce cofnąć polskie więziennictwo do czasów PRL.
To zarzut całkowicie chybiony i bałamutny. W polskich zakładach karnych i aresztach śledczych przebywa obecnie prawie 77,5 tys. więźniów. To rekordowa liczba w historii więziennictwa w III RP, lecz bardzo niska w porównaniu z okresem PRL. Najwięcej osób - prawie 125 tys. - odbywało wyroki w 1973 r., kiedy u władzy był liberalny rzekomo Edward Gierek. Drugi szczyt (ponad 110 tys. więźniów) przypada na rok 1985, a więc czasy gen. Jaruzelskiego, kiedy podobno zniesiono już większość obostrzeń stanu wojennego. Także wcześniej, za rządów Władysława Gomułki, w więzieniach przebywało ponad 100 tys. osób. Przy tym w zakładach karnych było wówczas około 20 proc. mniej miejsc niż teraz. Oznacza to, że było w nich wtedy dwukrotnie ciaśniej. Powinni o tym pamiętać przynajmniej krytycy ministra Kaczyńskiego z SLD. Dlaczego politycy sojuszu wówczas nie protestowali?

Europejski standard, czyli polska fikcja
Obecny stopień zagęszczenia w polskich więzieniach (określony stosunkiem nominalnej liczby miejsc do liczby więźniów) nie jest też wcale większy niż w krajach Unii Europejskiej, USA czy Kanadzie. W Polsce wskaźnik ten wynosi 111, podczas gdy średnia w Unii Europejskiej to 119. Na 100 tys. mieszkańców przypada u nas ponad 190 osób odsiadujących wyroki. To dużo tylko w porównaniu z krajami skandynawskimi (w Szwecji - 60, w Norwegii - 61), gdzie od trzech dekad z więzień próbuje się uczynić sanatoria. Zupełnie inaczej wygląda już porównanie ze Stanami Zjednoczonymi. Tam na 100 tys. obywateli przypada aż 682 więźniów. Podobnych przykładów nie trzeba zresztą szukać tak daleko. U naszych południowych sąsiadów wskaźnik ten wynosi 224. I jakoś nikt nie mówi, że Stany Zjednoczone czy Czechy są państwami bezprawia.

Wielka liberalizacja, czyli więzienia jak sanatoria
Na początku lat 90. zdecydowano się na liberalizację polskiego więziennictwa. Reformę oparto na wzorach skandynawskich, choć skala przestępczości i jej specyfika kazałyby raczej kierować się wzorcami amerykańskimi. Co gorsza, poprawa sytuacji więźniów nie szła w parze z poprawą bytu większej części społeczeństwa. Wedle badań CBOS z 1995 r., aż 71 proc. badanych uznało warunki odbywania kary w polskich więzieniach za zbyt komfortowe. Połowa badanych potraktowała liberalizację jak policzek wymierzony uczciwym ludziom. Trzy czwarte twierdziło, że nie życzy sobie, by więźniowie mieli lepiej niż podopieczni domów dziecka. Szczególny sprzeciw opinii publicznej budziło udzielanie częstych przepustek osadzonym w zakładach karnych sprawcom zbrodni. Na wolności 7 proc. z nich ponownie popełniło ciężkie przestępstwa. - Odnoszę wrażenie, że więźniowie są najmniej pokrzywdzeni w procesie karnym, w każdym razie mniej niż ofiary i społeczeństwo. Czas skończyć z tym rozczulaniem się nad przestępcami - mówi minister Lech Kaczyński.
Za rozczulanie się, a wręcz nawoływanie do buntu w zakładach karnych uznał minister Kaczyński oświadczenie prof. Andrzeja Zolla, rzecznika praw obywatelskich. Ministrowi wtóruje Stanisław Iwanicki, przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. - Nie popieram prof. Zolla. Bulwersuje mnie straszenie opinii publicznej groźbą buntów w więzieniach. Rzecznik musi uważać, bo mogą to być samospełniające się przepowiednie. Nie można manipulować oczekiwaniami więźniów. Kiedyś już popełniono ten błąd. I skończyło się to tragicznie. To, że osadzonym jest za ciasno albo mają kiepskie jedzenie, nie jest w ogóle problemem - mówi Iwanicki.

Więcej możesz przeczytać w 18/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1