Prawda kłamstw

Prawda kłamstw

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto ma największe zasługi w doprowadzeniu do upadku PRL? Najnowsze publikacje tak bardzo wzbogacają wiedzę o najnowszych dziejach Polski, że zmuszają do rewizji obiegowych opinii o roli odgrywanej zarówno przez antykomunistów, jak i przez rządzących Polską Ludową.
Rzecz jasna, opozycja także przyczyniła się do powstania suwerennej III RP. Jak jednak udowadniają najnowsze źródła historyczne, największe zasługi w odzyskaniu wolności mają, paradoksalnie, rządzący Polską komuniści. To oni poświęcili 50 lat władania krajem na starania o ograniczenie, a potem zniesienie zależności PRL od Związku Radzieckiego. Plany tych działań ujawnił niedawno gen. Czesław Kiszczak. Komuniści nie ustawali też w demokratyzowaniu życia w kraju - jeśli opozycjoniści trafiali do więzienia, to tylko po to, by ocalić życie przed moskiewskimi siepaczami. W 1989 r. komuniści spokojnie mogli oddać władzę opozycji, której nie trzeba już było ukrywać w więzieniach, bo w Moskwie panował Michaił Gorbaczow - de facto agent naszych reformatorów.
Poznajmy choć część prawdziwych dziejów PRL, opracowanych przez historyków uczestniczących: generałów Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego, Jerzego Urbana, Mieczysława Rakowskiego, Stanisława Kanię czy Stanisława Cioska.

Stalinizm, czyli wir przeobrażeń
"Porwała nas rewolucja społeczna, oświatowa, kulturalna, epopeja odbudowy, wir przeobrażeń, które, wydawało się, prowadzą do lepszego świata" - wyznał niedawno na łamach "Vivy!" gen. Wojciech Jaruzelski. "Jestem dumny, że tymi rękami odgruzowywałem Warszawę, że tymi rękami zasiedlałem ziemie zachodnie, że odbudowywałem przemysł, że odbudowywałem tę Polskę" - z dumą mówi gen. Kiszczak.
Oczywiście nie wszyscy odbudowywali. Niektórych trzeba było pozabijać, by nie sypali piasku w tryby machiny odbudowy. "Były różne fazy tego zabijania. Na przykład faza w istocie wojny domowej, kiedy strzelał Polak do Polaka (...). Dzisiaj można tylko wyważać, kto miał rację, kto jej nie miał. Uważam, że myśmy mieli rację, idąc na Berlin, a nie ci idący do lasu" - wyważa racje gen. Jaruzelski. Zabijanie tych, którzy uparcie i z błędnych pobudek kręcili się po lasach, nie miało jednak nic wspólnego ze stalinowskim terrorem. "Dopiero jak przyszedł XX Zjazd KPZR, odsłaniały się kulisy. Dowiedzieliśmy się, że stosowano tortury, że fabrykowano oskarżenia" - mówi Jaruzelski, do dziś zdumiony drugą, ciemną stroną "wiru przeobrażeń".
A po XX zjeździe KPZR też nie było lekko. Nowe władze PRL wiele ryzykowały, poszerzając suwerenność państwa wobec ZSRR. "Radzę wam, weźcie się za kukurydzę (...). Jeżeli osiągnąć 400 do 500 kwintali urodzaju kukurydzy, to w ciągu roku dogonimy Amerykę (...). Będziecie mnie wspominali, bo Polska - dla kukurydzy" - naciskał w 1958 r. na Władysława Gomułkę, I sekretarza KC PZPR, Nikita Chruszczow, sekretarz generalny KC KPZR. Gomułka jednak odważnie polemizował, że Polsce bardziej potrzebny jest import zboża. Na koniec rozmowy Chruszczow musiał powiedzieć: "Zechcecie siać, będziecie siać. Nie chcecie - nie trzeba. Jedzcie sobie kotlety z żyta". Moskwa zrozumiała wreszcie, że nie jest już wobec PRL wszechwładna.

Grudzień ’70, czyli jak komuniści obalili Gomułkę
Wbrew sugestiom Chruszczowa Polacy lubili kotlety z mięsa, tymczasem w 1970 r. jego ceny wzrosły, czego, niestety, nie zrekompensowała obniżka cen lokomotyw. A że zabijanie nie było już takie proste jak po zakończeniu wojny, więc Gomułka, zwolennik strzelania do robotników, stracił władzę.
I do dziś trwa spór, która z frakcji PZPR ma większe zasługi w odsunięciu od władzy tego ciemniaka, czyli kto ma większe zasługi na kolejnym etapie demokratyzowania kraju. Generał Kiszczak utrzymuje, że to on był jedną ze sprężyn antygomułkowskiej konspiracji i to on dowodził specjalnym batalionem wojska, mającym w razie oporu ekipy Gomułki usunąć ją siłą. "Do kogo miał strzelać batalion w związku z rzekomym zagrożeniem siłowym ze strony zaufanych ludzi Gomułki? (...) Widać po 30 latach [Kiszczak] jest przekonany, że razem ze swoim batalionem rozstrzygnął o wszystkim, uratował Polskę (...). Nie mam nawet cienia wątpliwości, że wszystko, co stanowi istotę wynurzeń Kiszczaka, jest na szczęście tylko fantazją" - krytykował generała Stanisław Kania, działacz PZPR, I sekretarz partii w latach 1980--1981, na łamach "Gazety Wyborczej". "Stanisław Kania ośmiesza możliwości batalionu (...). Kania ma prawo nie znać się na rzemiośle wojskowym - chociaż powinien, bo przez wiele lat z ramienia KC nadzorował tę problematykę w MON i wojskach MSW. Każdy na jego miejscu trochę by się naumiał" - szydził na łamach "Gazety Wyborczej" Czesław Kiszczak.
Po czym snuł rozważania, jak to było z wyjazdem Kani do Edwarda Gierka, który miał przejąć (i przejął) schedę po Gomułce. "Kania nie wspomina ani słowem o spotkaniu w Morawskiej Ostrawie, które musiało wywrzeć określony wpływ na decyzję Gierka. Jaką rolę wówczas odegrał gen. S.? Według gen. K., z którym wielokrotnie rozmawiałem - znaczącą" - tajemniczo mówi Kiszczak. Niestety, nie wszystkie karty prawdziwej historii mogą być już odkryte. Wiadomo tylko o rozmowach Leonida Breżniewa, I sekretarza KC KPZR, z Gomułką, a także o wielu telefonach z Moskwy do Warszawy. Ogólnie o tym wiadomo, gdyż Kiszczak opisał wydarzenia grudniowe (od dziś czytaj: sprzeciw armii wobec rządów Gomułki) tak, jakby Rosjan w ogóle nie było. Nie wiadomo, czy na przykład wiedzieli oni o obstawianiu przez wojsko gmachu KC, a jeśli wiedzieli, to jak i komu wyrażali swoje poparcie. Polemizując z Kanią, gen. Kiszczak przypomina, że Stanisław Kociołek, człowiek bliski Gomułce, postawił niedawno tezę, iż decyzję o odsunięciu Gomułki podjęto "nie w Warszawie". "Jeśli tak rzeczywiście było, wynika stąd prosty wniosek, że niektórzy towarzysze wykonywali tylko czynności zlecone" - poucza Kanię gen. Czesław K., usiłując zapewne w ten sposób wyłączyć się z grona "niektórych".

Grudzień ’81, czyli jak PZPR obroniła "Solidarność"
Wbrew obiegowym opiniom stanu wojennego nie wprowadzono po to, by rozbić "Solidarność", lecz by uchronić jej działaczy przed wojskami Układu Warszawskiego. "Z całą pasją - ale rzeczowo, z bogatym arsenałem argumentów - przeciwstawiałem się też potwornym naciskom ZSRR i innych sąsiadów, by nasze problemy rozstrzygać siłowo" - ujawnia Stanisław Kania. "Zapewniam was, że zrobię, co w mojej mocy, by pokonać obecne trudności. Złapiemy kontrrewolucję za gardło" - opierał się Kania Leonidowi Breżniewowi podczas rozmowy 21 lipca 1981 r. Jednak nie chwycił. Wedle opublikowanych w "Gazecie Wyborczej" wspomnień gen. Kiszczaka, "wszystko to przytłaczało Kanię i skrajnie osłabiało go psychicznie. Coraz dłuższe były okresy, kiedy był dla spraw państwa i partii nieosiągalny (...). Ktoś wówczas makabrycznie określił sytuację: Jeszcze pół litra i byle do jutra".
Zaraz, zaraz, przecież Kiszczak utrzymuje, że wraz z Jaruzelskim przygotowywali się do odparcia ataku wojsk Układu Warszawskiego, byli nawet gotowi rozdawać broń społeczeństwu - szokuje w "Gazecie Wyborczej" Kania. A co na to gen. Kiszczak? "Istotnie, w 1981 r. grupa wojskowych, najbliższych współpracowników gen. Jaruzelskiego, bardzo poważnie rozważała możliwość wejścia do Polski wojsk Układu Warszawskiego (...). Zastanawialiśmy się, co się stanie z działaczami opozycji (...). Dokąd mieli uciekać Polacy w mroźną zimę 1981/1982?" - troszczyli się generałowie. Dlatego Jurij Andropow stwierdził w październiku 1981 r.:
"Kierownictwo Polski wspomina o pomocy wojskowej ze strony bratnich krajów. Musimy bronić naszego stanowiska - nie wprowadzać naszych wojsk do Polski". Tu historia, jak widać, nieco się gmatwa, bo nie wiadomo, kto na kogo naciskał, a kto się przed naciskami bronił. "Szczególnie zmęczony radzieckimi był Jaruzelski jesienią 1981 r., kiedy niemal co wieczór przychodził do niego ambasador Boris Aristow z listą pretensji. To tak, jakby co wieczór musiał siadać w fotelu dentystycznym i poddawać się zabiegowi borowania zęba" - wspominał w książce "Jajakobyły" Jerzy Urban, były rzecznik rządu. Tak torturowany przez "radzieckich", musiał gen. Jaruzelski dotrzymać zobowiązania złożonego Breżniewowi, że "będziemy szeroko włączać wojsko we wszystkie sfery życia kraju". Jak słusznie zauważył Jerzy Urban, "...wojna jaruzelska była w istocie zwycięską wojną o niepodległość Polski (...). Jaruzelski swymi działaniami pokazał, że sam, polskimi środkami, dopasowanymi do polskich warunków, jest w stanie zapanować nad sytuacją". Polskimi środkami, ale z małymi wyjątkami: po wprowadzeniu stanu wojennego Związek Radziecki na prośbę delegacji polskiego MSW udzielił Polsce wszechstronnej pomocy, począwszy od przekazania 25 pojazdów pancernych i 10 250 sztuk obezwładniających środków chemicznych, po 40 tys. kompletów bielizny i 2 tys. par żołnierskich walonek z kaloszami. Jak widać, polska milicja wzmacniała nasz opór wobec ZSRR i toczyła zwycięską wojnę o niepodległość wyposażona w radzieckie gazy oraz odziana w gacie i walonki made in USSR.

"Okrągły stół", czyli jak PZPR odebrała władzę PZPR
Nie jest łatwo rozstrzygnąć, kto naprawdę utworzył III Rzeczpospolitą. Innymi słowy, nie jest łatwo rozstrzygnąć, który z przywódców PZPR doprowadził do niepodległości, demokracji i wolnego rynku. "Okrągły stół"? - "Nasze pokojowe - wspólne, narodowe zwycięstwo" - mówi dzisiaj gen. Jaruzelski. A było o to zwycięstwo ciężko, bo niektórzy kłody rzucali pod nogi. Jeszcze w październiku 1988 r. gen. Jaruzelski, podczas posiedzenia sekretariatu KC PZPR, nawoływał: "Na przykład tutaj w swoim czasie mówił towarzysz Rakowski, bardzo mi to odpowiada, (...) że jeśli jakaś uczelnia zastrajkuje, zamykać uczelnię. Do widzenia. Przerywać, do widzenia. Koniec. Nie ma zajęć (...). W sprawach zakładowych trzeba będzie szybko opanowywać bramy (...), do generała Kiszczaka się zwracam. Kwestia bram. W środku niech sobie strajkują. Bramy to jest miejsce państwowe (...). Myśmy powinni zapytać członków partii - a jak oni widzą okrągły stół? (...). Chodzi o to, ażeby to, czego nie mogliśmy zrobić przecież na początku, wychodząc z tym, w trybie wiadomo jakim, żeby można z pewnym opóźnieniem, niestety, bośmy mogli to wcześniej".
Mogli - nie mogli, gdyż niektórzy działacze z trudem oceniali sytuację. Miesiąc później, krytykując debatę telewizyjną, którą Alfred Miodowicz, przewodniczący OPZZ, przegrał z Lechem Wałęsą, generał bezradnie narzekał: "Zdołałem zauważyć, że towarzysz Miodowicz ma dobre samopoczucie. Mogę tylko pogratulować, bo to - przyznam - jest niezwykle cenne, że można w takiej sytuacji mieć dobre samopoczucie. Kiedy do niego zadzwoniłem na drugi dzień i zapytałem, jak się czujecie, to odpowiedział: bardzo jestem zadowolony. Doradziłem, żeby obejrzał kasetę...". Istotnie, partia przeżywała pewnego rodzaju kryzys.
Generałowi Kiszczakowi - wedle jego wspomnień - kłody pod nogi rzucał Mieczysław F. Rakowski, wówczas premier. Kłody były dwie - decyzja o likwidacji Stoczni Gdańskiej i telewizyjne wystąpienie, w którym Rakowski ogłosił, że to on wydaje polecenia Kiszczakowi co do rozmów z opozycją. "To oznaczało, że rozmowy z Solidarnością prowadzi nie polityk wysokiej rangi, lecz urzędnik państwowy podległy premierowi" - oburza się obecnie Kiszczak, wówczas szef MSW w rządzie Rakowskiego. Zarzuty są niesłuszne - utrzymuje historyk uczestniczący Jerzy Urban. To Rakowski i skupione wokół niego środowisko doprowadziły Polskę "do naprawy ustroju, z czasem do stosunków demokratycznych" - napisał Urban w "Trybunie".
Czy na pewno? A kto uwalniał więźniów politycznych? "Mówiłem, że jestem przeciwny represjonowaniu za działalność polityczną, trzymaniu ludzi w więzieniach, że to nie jest metoda. Wszyscy biskupi się ze mną zgadzali, kiwali głowami, dokładali jeszcze swoje, ale nigdy nie padła propozycja, jak ten problem rozwiązać" - narzeka dziś Kiszczak. W efekcie sam musiał demokratyzować Polskę. I sam walczył z radzieckimi szpiegami. "Wszystkie swoje wystąpienia bardzo starannie przygotowywałem na piśmie, zakładając, że dotrą tam, gdzie trzeba. I okazuje się, nos mnie nie zawiódł, gdyż w moim otoczeniu, które opracowywało te dokumenty, był szpieg radzieckiego wywiadu" - chwali swoją przezorność były szef bezpieki PRL. Jakże byli głupi agenci KGB i GRU, że nie zorientowali się, do czego prowadzą rozmowy "okrągłego stołu"! Może, nie wiedzieć czemu, sądzili, że Czesław Kiszczak to ich człowiek? A on ich zadziwiał. Czy z Moskwą uzgodniono uwolnienie więźniów politycznych? Ależ skąd - była to "suwerenna decyzja dwóch ludzi: Jaruzelskiego i Kiszczaka" - informuje Kiszczak, dodając skromnie: "Myśmy Gorbaczowa zapładniali, myśmy wyprzedzali go co najmniej o trzy lata".
Dzięki temu można było przełamać lody w stosunkach z opozycją. Oto jak pierwsze kontakty między Kiszczakiem a Adamem Michnikiem, jednym z głównych opozycjonistów PRL, wspomina w książce "Nie lubię tracić czasu" Aleksander Kwaśniewski: "Panie generale, ja teraz widzę, że za ostro pana w tym moim liście potraktowałem, chujami w pana rzuciłem ze trzy czy cztery razy za często... Na co Kiszczak spokojnie, z kamienną twarzą: dziękuję, panie Adamie, że pan tak mówi (...). Dwóch facetów na poziomie angielskich dżentelmenów zaczęło wymieniać uwagi".
Dla dobra ojczyzny generałowie szukali kontaktów z dochodzącą do władzy opozycją. Starali się, by te kontakty były możliwie szerokie. Pewnie dlatego w czerwcu 1989 r., już po zwycięskich dla "Solidarności" wyborach, Henryk Dankowski, generał milicji, zalecał niszczenie akt posłów i senatorów, będących tajnymi współpracownikami SB. Co "nie powinno oczywiście oznaczać przerwania kontaktu operacyjnego".

Historia prawdziwa, czyli problem wieszania w SLD
Jeśli uwzględni się prawdziwą historię PRL, nie dziwi deklaracja I kongresu SLD, w której czytamy: "Szczególnie bliskie są nam tradycje polskich socjalistów, łączących patriotyzm i dążenia niepodległościowe z walką o demokrację polityczną oraz prawa ekonomiczne i socjalne". Andrzej Celiński, wiceprzewodniczący SLD, słusznie głosi, że liderzy sojuszu mogliby dziś zawiesić sobie na ścianach portrety działaczy PPS i KOR. Dlaczego jednak nie rozszerzyć tej galerii o Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka czy Mieczysława F. Rakowskiego? I głęboko niesłusznie poseł Longin Pastusiak w czasie sejmowej debaty nad uhonorowaniem organizacji WiN krytykował prawicę, że zamiast się zajmować przyszłością, rozdrapuje historyczne rany. Nie chodzi o rozdrapywanie, ale o historyczną prawdę. A tu lewica nie ma się czego wstydzić.

Więcej możesz przeczytać w 18/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0