Orli lot

Orli lot

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polscy reżyserzy stracili kontakt z rzeczywistością i nie robią już od dawna filmów ważnych, czyli takich, które nas najbardziej dotyczą i dają wyraz swojemu czasowi. Telewizyjna transmisja uroczystości wręczania polskich nagród filmowych Orły 2001 była w tym roku bardzo pouczająca. Pokazała bowiem, niczym w soczewce, prawdziwy stan polskiej kinematografii, który określiłbym jako stan komy, czyli śpiączki. Pacjent jeszcze nie umarł, ale prawie nie daje już znaków życia.
Orły wręczano z pompą, w nadziei, że zalśnią w rękach laureatów niczym Oscary.

 Laureaci, odbierając je, mniej się jednak cieszyli, a bardziej wzdychali i postękiwali, że nie mają pieniędzy na robienie następnych filmów. Przede wszystkim prosili więc o wsparcie. Ten nastrój bliższy szlochowi niż wybuchom radości przysłonił tylko odrobinę fakt, że większość najważniejszych Orłów wręczono twórcom tego samego filmu - "Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową" w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Tego właśnie obawiał się Zygmunt Kałużyński, gdy kilka dni wcześniej zrezygnował z propozycji, by z loży w Teatrze Wielkim komentować na żywo wręczanie nagród.
Ta sytuacja oznacza jedno z dwojga: albo film Zanussiego jest wybitny i w tym sezonie zdeklasował pozostałą polską produkcję, albo polskie kino praktycznie nie istnieje i nagradza się w nim to, co choćby odrobinę odstaje od taśmowej produkcji bez charakteru. Obawiam się, że tym razem mamy do czynienia z wariantem drugim. Paradoksalnie - nagrody dla filmu Zanussiego nie są dowodem jego wybitności, lecz oskarżeniem pozostałych, domagających się pieniędzy, reżyserów o twórczą bezczynność.
W środowisku filmowców z upodobaniem opowiada się anegdotę o tym, jak to selekcjonerzy Oscarów odrzucili "Życie jako śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową" już na etapie eliminacji, nie dopuszczając tego filmu do konkurencji w kategorii "najlepszy film obcojęzyczny". Mówi się nawet z satysfakcją, że większość widzów w Los Angeles wyszła z kina przed zakończeniem projekcji. Nie wiem, nie byłem tam i nie widziałem, ale widziałem na własne oczy tłumy polskich widzów wychodzących z innego filmu Zanussiego, "Brat naszego Boga", a potem czytałem w prasie uprzejme lub nawet pochlebne recenzje na temat tego obrazu. Zdecydowałem się przytoczyć hollywoodzką plotkę o Zanussim nie z wrodzonej złośliwości, lecz dlatego, by zwrócić uwagę na fakt, że dzięki środowiskowej presji krytyczne uwagi na temat jego twórczości pojawiają się u nas oficjalnie niezwykle rzadko, zaś w prywatnych rozmowach nader często.
Nie pierwszy to wypadek obłudy w polskim życiu kulturalnym, ale przypominam o niej, bo uważam, że jest ona jednym z powodów dramatycznego obniżenia lotów przez filmowe orły. Polscy reżyserzy stracili kontakt z rzeczywistością i nie robią już od dawna filmów ważnych, to jest takich, które poruszają dokładnie te sprawy, które nas najbardziej dotyczą i które dają wyraz swojemu czasowi. Filmowcy uciekli w landszaftowe ekranizacje lektur szkolnych lub niedbałe kalki amerykańskich przepisów na filmy komercyjne. Obie drogi są fałszywe i prowadzą donikąd. To z nich wynika fenomen ostatnich lat - na międzynarodowych festiwalach filmowych nasze obrazy są odrzucane w przedbiegach; dawno już przestały dostawać nagrody, teraz nawet nie są dopuszczane do konkursów! Dla kogoś, kto stoi z boku, nie ulega wątpliwości - te filmy nic nie znaczą, o niczym nie mówią. Tych filmów nie ma.
Wśród naszych krytyków obowiązuje jednak coś w rodzaju "doktryny specjalnej troski" w odniesieniu do polskich produkcji. Nie należy o nich pisać ostro i krytycznie, bo oni i tak mają kłopoty ze znalezieniem pieniędzy na filmy, nie utrudniajmy im jeszcze życia i cieszmy się tym, co jest. Szlachetne to myślenie, ale zabójcze w skutkach, bo ostatni naturalny element higieny artystycznej, jakim jest krytyka, dokonał samoeliminacji. Teraz już orły mogą latać tak nisko jak zechcą, aż wyrżną dziobami w ziemię.
Podczas ceremonii wręczania tych smutnych nagród pochlipywano, że TVP zapowiedziała wycofanie się z finansowania polskich filmów (a była dotychczas głównym producentem!), gdyż przewiduje znaczny spadek z wpływów za reklamy, co z kolei jest wynikiem ograniczeń w reklamie piwa. To naprawdę trudny moment dla filmowców. Może nawet dla samego Zanussiego, który stał się tym razem bohaterem, w myśl porzekadła: na bezrybiu i rak ryba. Ale ja, czując się jak uczestnik wiecznego sporu golono-strzyżono, idący już pod wodę, pozwalam sobie wyrazić nadzieję, że może dzięki ograniczeniu tzw. łatwych pieniędzy stworzy się naturalna konieczność wymuszania na twórcach filmowych wybitnych osiągnięć. I obiecuję, że jeśli tylko orły wzlecą choćby trochę wyżej, pierwszy zacznę o tym krzyczeć, aż mi ochrypnie gardło.

Tomasz Raczek
tor@wprost.pl
Więcej możesz przeczytać w 18/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0