Zabójstwo Jaroszewiczów. Za morderstwem premiera i jego żony stoją obce służby?

Zabójstwo Jaroszewiczów. Za morderstwem premiera i jego żony stoją obce służby?

Piotr Jaroszewicz, Premier PRL 1970-1980
Piotr Jaroszewicz, Premier PRL 1970-1980 / Źródło: Wikipedia / KPRM, Sekretariat Prezesa Rady Ministrów
Ta zbrodnia czeka na wyjaśnienie od 28 lat. Jej rozwiązanie powinno być proste i szybkie. Byłoby tak, gdyby nie zaniechania, zacieranie śladów oraz zmowa milczenia osób, które prawdopodobnie brały udział w jej przygotowywaniu. Nie zabija się wszak premiera (choćby byłego) dużego kraju europejskiego bez konsekwencji. Od kilku miesięcy trwa proces, kolejnych domniemanych zabójców Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej. Prokuratura po raz kolejny chce sprowadzić tę zbrodnię do motywu rabunkowego, całkowicie wykluczając polityczne tło. Czy na pewno na ławie oskarżonych zasiadają właściwe osoby?

Pudło z odciskami

W tej sprawie rzeczą charakterystyczną jest to, że sprawcy działali jak agenci ze służb specjalnych. Z jednej strony stworzyli pozory napadu rabunkowego, ale nie zostawili śladów. Torturami wyciągali informacje. Natomiast podwójne zabójstwo stało się koniecznością.

Czytaj też:
Papała został zabity z zazdrości? „Moja żona ma z nim romans”

Jeszcze wiele lat po zbrodni, jej mocodawcy skutecznie zacierali ślady. W rękach policji były trzy odciski palców: z ciupagi, okularów słonecznych leżących na biurku byłego premiera i z szafy w jego gabinecie. Żaden nie należał do zamordowanych, członków ich rodziny, znajomych czy też do śledczych. W 2001 roku wprowadzono system automatycznej identyfikacji odcisków palców, pojawiła się zatem szansa na identyfikację śladów. Czekano z tym cztery lata! Gdy jednak w 2005 roku postanowiono wrócić do sprawy, okazało się, że z akt, które policja dostała z warszawskiego sądu, znikły cztery folie daktyloskopijne z odciskami palców, które nie zostały przypisane do nikogo i mogły być śladami mordercy. W tej sprawie wszczęto śledztwo. Jednak nikomu nie postawiono zarzutów, a dochodzenie umorzono.

W 2018 roku Tomasz Sekielski obwieścił, że odnalazł zaginione folie. Okoliczności tego zdarzenia oraz miejsce odnalezienia zaginionych dowodów do dziś budzą wątpliwości. Jak się okazało znajdowały się one w domu Jana Jaroszewicza. W 2010 roku odebrał on z sądowego depozytu rzeczy rodziców, wśród których znajdowały się zaginione folie daktyloskopijne. Pudło miał otworzyć rzekomo dopiero w 2018 roku.

– Jest dla mnie dziwne, że Jan dopiero po ośmiu latach otworzył pudło z rzeczami zamordowanych rodziców. On to dostał, ale nie otworzył. Czy to jest możliwe? – pyta Andrzej Jaroszewicz.

I dodaje: – Sąd wiedział, że jest nas dwóch spadkobierców po ojcu i powinien także mnie powiadomić, że jest to pudło. To dziwna sytuacja, że po tylu latach znalazły się folie daktyloskopijne i to u Jana.

Artykuł został opublikowany w 43/2020 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także