Doktor Karol Kostrzębski opowiada o obietnicach wyborczych - ich wpływie, skutkach i szansach na realizację.
Arkadiusz Mularczyk obiecuje, że uaktywni straż miejską, Olejniczak chce w Europarlamencie likwidować warszawskie korki uliczne, a Poncyljusz pragnie, „aby kredyt w banku można było wziąć po dobroci". Problem w tym, że żadna z tych obietnic nie leży w zasięgu oddziaływania Parlamentu Europejskiego. O czym świadczą takie obietnice?
REKLAMA
Świadczą przede wszystkim o tych kandydatach, którzy żerują na niewiedzy społeczeństwa. Powodują, że Eurowybory stają się wyborami wewnętrznymi, a nie europejskimi. Politycy powinni pełnić rolę edukacyjną, uczyć społeczeństwo o tym, co się robi w Brukseli, a nie robić z siebie idiotów i przyczyniać się do dalszego skretynienia społeczeństwa.
Czy te obietnice odniosą skutek? Czy może wyborcy mają taką wiedzę, żeby rozpoznać naprawdę dobre obietnice?Niestety wszędzie, w całej Europie, jest trend, że wybory są odbiciem krajowej polityki, że wyborców nie obchodzi to, jak dany europarlamentarzysta pracował w Brukseli, ale raczej to, z jakiej partii startuje. Są tu trzy zasadnicze problemy. Po pierwsze do Parlamentu Europejskiego wysyłani są polityczni emeryci, bądź nowicjusze. Po drugie na listy wprowadza się ludzi, którzy w kraju nabroili, odsyła się ich na tzw. złotą emeryturę. Po trzecie idzie tam trzeci garnitur, choć w tym przypadku w Polsce jest nieco inaczej, ponieważ istnieje u nas duża różnica w zarobkach między parlamentem krajowym a europejskim. Spowodowało to, że partie zmuszone były ograniczać swoich posłów administracyjnie, tak jak PiS, bo inaczej wszyscy znaleźliby się na listach.