Nawet gorący obrońca doktryny katolickiej, dr Tomasz Terlikowski niedwuznacznie daje do zrozumienia ("W polskim Kościele cisza przed burzą", gazeta DGP, 22.03), że choć o zjawisku pedofilii polska prasa nie pisze, to jednak nie jest tak, że tej obrzydliwej przypadłości u polskich księży nie ma. Wynika to według niego tylko z autocenzury prasy i mediów elektronicznych, które dowiadując się o przewinach księży (nie tylko seksualnych) wolą sprawę przemilczeć albo załatwić po cichu, aby nie została im przypięta łatka "wroga Kościoła". Terlikowski wie co mówi, ponieważ sam jest na cenzurowanym u wielu biskupów za mówienie o zaniechaniu lustracji i ujawnianiu tajnych współpracowników SB wśród hierarchów kościelnych, a także innych przestępstw. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że Tomasz Terlikowski, bogobojny filozof katolicki kieruje się interesem społecznym, pomyślanym jako dobro jednostek. Jemu chodzi o to, że nie ujawnione, a następnie nagłośnione przez media przestępstwa seksualne księży mogą doprowadzić do laicyzacji państwa... Tak jest właśnie wygląda oczyma prezesa Wydawnictwa "Frondy" dbałość o etykę i moralność katolicką...
REKLAMA
Na brak zdolności przewidywania i odczuć społecznych cierpi najwyraźniej również papież Benedykt XVI. Napisał i wysłał list adresowany do Kościoła katolickiego w Irlandii, który nie tylko nie zadowolił wiernych, ale jak się wydaje jeszcze bardziej ich wzburzył. Po pierwsze, zarzucono mu, że obciążył odpowiedzialnością tylko kler niższego stopnia, po drugie nic nie wspomniał, że problem nie dotyczy indywidualnych przestępstw księży, ale że główną przyczyną niezadowolenia jest postawa i zaniechania Watykanu i wreszcie po trzecie - nie odniósł się do innych tego rodzaju zdarzeń, mających miejsce w całej Europie. Papież z pełnym zamysłem pominął nie tylko odpowiedzialność instytucji Kościoła, ale również swoją, z czasów kiedy był prefektem Kongregacji Nauki i Wiary - czegoś w rodzaju strażnika doktryny i porządku. Media przypominają mu, że ciąży na nim bardzo jednoznacznie określona odpowiedzialność za to, że gdy był arcybiskupem Monachium, ochraniał pedofila, księdza Petera Hullermanna. Dodatkowo elektroniczne wydanie niemieckiego "Der Spiegel" twierdzi, że Ratzinger mając pełną świadomość dokonania przestępstw przez podległych mu księży, nie zgłaszał ich na policję.
Obrońcy Kościoła katolickiego próbują tłumaczyć Benedykta XVI. Twierdzą, że w jego liście nie znalazły się słowa skruchy i przeprosin, ponieważ cały problem zasadza się na czynniku ludzkim, a nie instytucjonalnym. To ludzie są winni, a nie system, jakbyśmy to mieli odczytać, jako ludzie świeccy i pozostający poza Kościołem. To jest stwierdzenie kłamliwe, ponieważ już dawno zostały ujawnione dokumenty świadczące o tym, że za tuszowaniem przestępstw stoi cała organizacja kościelna, której pierwszym i podstawowym zadaniem jest dbałość o interesy i tak zwane "dobre imię" Kościoła. Interesy, dobro i odczucia wiernych pozostają daleko w tyle. Oznacza to, przestępcy w sutannach mogą czuć się bezkarni - dopóki wierni, poszkodowani i media nie ujawnią ciemnej strony działalności księży.
Wydaje się, że Watykan nie widzi, że to co się dzieje wokół sprawy ujawnienia w wielu krajach przestępstw na tle seksualnym, ma wymiar nie tylko prestiżowy, wizerunkowy. To jest już problem Kościoła katolickiego, związany z wewnętrzną sprzecznością głoszonych wartości moralnych, a hipokryzją i zakłamaniem nie tylko poszczególnych księży, hierarchów, ale również całej instytucji. Papież Benedykt XVI przestaje być, jako ktoś, kto nie tylko przyzwalał na ukrywanie przestępstw, ale mocą swojego autorytetu i stanowiska ukrywał zboczone praktyki księży, punktem odniesienia ludzi kościoła - nie tylko świeckich. To jest wynikiem "kultury ukrywania" i archaiczności instytucji Kościoła, jak to określił były dominikanin, prof. teologii, były jezuita, Tomasz Obirek.
Najbliższe kilka lat może być przełomowe w historii tej instytucji, przede wszystkim w krajach europejskich. Kościół traci coraz bardziej wpływy, także w krajach do tej pory uważanych za jego ostoję - Hiszpanii i Włoszech. Ta fala zbliża się nieuchronnie do naszego kraju.
Kościelny PR
2010-03-23 20:36
Nawet gorący obrońca doktryny katolickiej, dr Tomasz
Terlikowski niedwuznacznie daje do zrozumienia ("W polskim Kościele cisza
przed burzą", gazeta DGP, 22.03), że choć o zjawisku pedofilii polska prasa
nie pisze, to jednak nie jest tak, że tej obrzydliwej przypadłości u polskich
księży nie ma. Wynika to według niego tylko z autocenzury prasy i mediów
elektronicznych, które dowiadując się o przewinach księży (nie tylko
seksualnych) wolą sprawę przemilczeć albo załatwić po cichu, aby nie została im
przypięta łatka "wroga Kościoła". Terlikowski wie co mówi, ponieważ
sam jest na cenzurowanym u wielu biskupów za mówienie o zaniechaniu lustracji i
ujawnianiu tajnych współpracowników SB wśród hierarchów kościelnych, a także
innych przestępstw. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że Tomasz Terlikowski,
bogobojny filozof katolicki kieruje się interesem społecznym, pomyślanym jako
dobro jednostek. Jemu chodzi o to, że nie ujawnione, a następnie nagłośnione
przez media przestępstwa seksualne księży mogą doprowadzić do laicyzacji
państwa... Tak jest właśnie wygląda oczyma prezesa Wydawnictwa
"Frondy" dbałość o etykę i moralność katolicką...
Na brak
zdolności przewidywania i odczuć społecznych cierpi najwyraźniej również papież
Benedykt XVI. Napisał i wysłał list adresowany do Kościoła katolickiego w
Irlandii, który nie tylko nie zadowolił wiernych, ale jak się wydaje jeszcze
bardziej ich wzburzył. Po pierwsze, zarzucono mu, że obciążył odpowiedzialnością
tylko kler niższego stopnia, po drugie nic nie wspomniał, że problem nie dotyczy
indywidualnych przestępstw księży, ale że główną przyczyną niezadowolenia jest
postawa i zaniechania Watykanu i wreszcie po trzecie - nie odniósł się do innych
tego rodzaju zdarzeń, mających miejsce w całej Europie. Papież z pełnym zamysłem
pominął nie tylko odpowiedzialność instytucji Kościoła, ale również swoją, z
czasów kiedy był prefektem Kongregacji Nauki i Wiary - czegoś w rodzaju
strażnika doktryny i porządku. Media przypominają mu, że ciąży na nim bardzo
jednoznacznie określona odpowiedzialność za to, że gdy był arcybiskupem
Monachium, ochraniał pedofila, księdza Petera Hullermanna. Dodatkowo
elektroniczne wydanie niemieckiego "Der Spiegel" twierdzi, że
Ratzinger mając pełną świadomość dokonania przestępstw przez podległych mu
księży, nie zgłaszał ich na policję.
Obrońcy Kościoła katolickiego
próbują tłumaczyć Benedykta XVI. Twierdzą, że w jego liście nie znalazły się
słowa skruchy i przeprosin, ponieważ cały problem zasadza się na czynniku
ludzkim, a nie instytucjonalnym. To ludzie są winni, a nie system, jakbyśmy to
mieli odczytać, jako ludzie świeccy i pozostający poza Kościołem. To jest
stwierdzenie kłamliwe, ponieważ już dawno zostały ujawnione dokumenty świadczące
o tym, że za tuszowaniem przestępstw stoi cała organizacja kościelna, której
pierwszym i podstawowym zadaniem jest dbałość o interesy i tak zwane "dobre
imię" Kościoła. Interesy, dobro i odczucia wiernych pozostają daleko w
tyle. Oznacza to, przestępcy w sutannach mogą czuć się bezkarni - dopóki wierni,
poszkodowani i media nie ujawnią ciemnej strony działalności księży.
Wydaje się, że Watykan nie widzi, że to co się dzieje wokół sprawy ujawnienia
w wielu krajach przestępstw na tle seksualnym, ma wymiar nie tylko prestiżowy,
wizerunkowy. To jest już problem Kościoła katolickiego, związany z wewnętrzną
sprzecznością głoszonych wartości moralnych, a hipokryzją i zakłamaniem nie
tylko poszczególnych księży, hierarchów, ale również całej instytucji. Papież
Benedykt XVI przestaje być, jako ktoś, kto nie tylko przyzwalał na ukrywanie
przestępstw, ale mocą swojego autorytetu i stanowiska ukrywał zboczone praktyki
księży, punktem odniesienia ludzi kościoła - nie tylko świeckich. To jest
wynikiem "kultury ukrywania" i archaiczności instytucji Kościoła, jak
to określił były dominikanin, prof. teologii, były jezuita, Tomasz Obirek.
Najbliższe kilka lat może być przełomowe w historii tej instytucji,
przede wszystkim w krajach europejskich. Kościół traci coraz bardziej wpływy,
także w krajach do tej pory uważanych za jego ostoję - Hiszpanii i Włoszech. Ta
fala zbliża się nieuchronnie do naszego kraju.