Czego możemy się ze stenogramów dowiedzieć? Po pierwsze - piloci mieli pełną świadomość tego, jakie warunki panują na lotnisku. Otrzymali te informacje zarówno od pilota polskiego samolotu JAK-40, jak i od wieży na lotnisku w Smoleńsku. Ta informacja, o mgle, o podstawie chmur, o widoczności, kazała dowódcy samolotu, kpt. Arkadiuszowi Protasiukowi powiedzieć do dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazany, który pojawił się w kabinie, że "W tej chwili w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść, zrobić jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie". Dyrektor Kazana stwierdził, że "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić." Wiemy że w kabinie w trakcie samego finalnego podejścia - uwaga! - nie próby, ale podejścia do lądowania - był dowódca sił powietrznych, generał Błasik. To nie jest sygnał, że decyzja o tym, że lądować trzeba, była wyrażona wprost, zanim samolot wystartował z Okęcia. Ale to nie była też do końca decyzja pilota. I to jest właśnie presja, o której dość niechętnie wspominał pułkownik Edmund Klich.
REKLAMA
Kapitan Protasiuk postanowił podejść do lądowania. Okazało się jednak, że nie była to próba, lecz lądowanie za wszelką cenę. Świadczy o tym to, że pilot po przekroczeniu bariery 100 metrów, która została określona jako pułap decyzji,zamiast zaprzestać lądowania i poderwać maszynę, wciąż schodził niżej ignorując ostrzeżenia systemu TAWS. Zastanawiający jest brak reakcji pilota w ciągu ostatnich 30 sekund przed katastrofą. Tak, jakby pilot nagle przestał reagować na informacje od naprowadzającego go nawigatora (drugiego pilota?) i na wskazania urządzeń pokładowych. Pilot uparcie szukał ziemi, o czym wspominał również Edmund Klich.
Rosjanie oskarżani są przez część polskich komentatorów o to, że nie zamknęli lotniska. Trzeba jednak pamiętać, że rosyjskie przepisy mówią wyraźnie: pilot zagranicznego statku powietrznego sam podejmuje decyzję o tym, czy podjąć próbę lądowania. I jeżeli nawet rosyjski dyspozytor popełnił błąd, to ostateczną decyzję o lądowaniu podjął pilot Tu-154M.
Za wszelką cenę
2010-06-01 18:20
Czego możemy się ze stenogramów dowiedzieć? Po
pierwsze - piloci mieli pełną świadomość tego, jakie warunki panują na lotnisku.
Otrzymali te informacje zarówno od pilota polskiego samolotu JAK-40, jak i od
wieży na lotnisku w Smoleńsku. Ta informacja, o mgle, o podstawie chmur, o
widoczności, kazała dowódcy samolotu, kpt. Arkadiuszowi Protasiukowi powiedzieć
do dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazany, który pojawił się w
kabinie, że "W tej chwili w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady
usiąść. Spróbujemy podejść, zrobić jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego
nie będzie". Dyrektor Kazana stwierdził, że "Na razie nie ma decyzji
prezydenta, co dalej robić." Wiemy że w kabinie w trakcie samego finalnego
podejścia - uwaga! - nie próby, ale podejścia do lądowania - był dowódca sił
powietrznych, generał Błasik. To nie jest sygnał, że decyzja o tym, że lądować
trzeba, była wyrażona wprost, zanim samolot wystartował z Okęcia. Ale to nie
była też do końca decyzja pilota. I to jest właśnie presja, o której dość
niechętnie wspominał pułkownik Edmund Klich.
Kapitan Protasiuk
postanowił podejść do lądowania. Okazało się jednak, że nie była to próba, lecz
lądowanie za wszelką cenę. Świadczy o tym to, że pilot po przekroczeniu bariery
100 metrów, która została określona jako pułap decyzji,zamiast zaprzestać
lądowania i poderwać maszynę, wciąż schodził niżej ignorując ostrzeżenia systemu
TAWS. Zastanawiający jest brak reakcji pilota w ciągu ostatnich 30 sekund przed
katastrofą. Tak, jakby pilot nagle przestał reagować na informacje od
naprowadzającego go nawigatora (drugiego pilota?) i na wskazania urządzeń
pokładowych. Pilot uparcie szukał ziemi, o czym wspominał również Edmund
Klich.
Rosjanie oskarżani są przez część polskich komentatorów o to,
że nie zamknęli lotniska. Trzeba jednak pamiętać, że rosyjskie przepisy mówią
wyraźnie: pilot zagranicznego statku powietrznego sam podejmuje decyzję o tym,
czy podjąć próbę lądowania. I jeżeli nawet rosyjski dyspozytor popełnił błąd, to
ostateczną decyzję o lądowaniu podjął pilot Tu-154M.