Pomysł, by to klienci czy odbiorcy sami
ustalali cenę za towar albo usługę, narodził się w USA, gdzie bywa z powodzeniem
stosowany w placówkach kulturalnych, a także hotelach czy restauracjach. Wbrew
obawom, wcale nie powoduje mniejszych obrotów. W Gandawie okazało się, że przez
tydzień liczba odwiedzających wystawy w renomowanym muzeum wzrosła o 10 proc. dzięki
nagłośnieniu akcji w lokalnych mediach i reklamie. Średnio każdy odwiedzający
zostawił w kasie 3,14 euro, wobec średniej ceny kupionego w kasie biletu wynoszącej
1,70 euro.
O eksperymencie, który ma być
powtarzany w muzeum SMAK przy okazji specjalnych wydarzeń artystycznych, pracę
magisterską napisała jedna ze studentek ekonomii uniwersytetu w Gandawie.
Zanalizowała ona także różne sposoby manipulacji gośćmi muzeum, tak by skłonić ich
do jak największej zapłaty.
REKLAMA
Jak relacjonuje dziennik "De Standaard", okazało się,
że sposób jest prosty: opłata powinna być pobierana po wizycie w muzeum, a nie
przed. Goście płacący później byli średnio o jedno euro hojniejsi od tych, którzy
zapłacili przed wejściem na wystawę. Nie bez kozery - blisko trzy czwarte
odwiedzających deklarowało zadowolenie z wizyty i chwaliło wysoki poziom artystyczny
wystaw. Szczegółowe badanie wykazało też, że miłośnicy sztuki są najbardziej
szczodrzy w weekendy. Hojni są także obcokrajowcy. Zaledwie 8 proc. gości muzeum
oświadczyło, że zamierza zapłacić za wizytę jak najmniej.
PAP, arb