Polacy to jeden z niewielu narodów, który cieszy się
nawet z klęsk. Gdy
sympatyczna drużyna piłkarzy ręcznych przegrywała mecz za meczem, hasło
o tym, że się nic nie stało, było stałym przebojem na trybunach. Jak
wszyscy kochamy, gdy nasi zwyciężają, ale cieszymy się też, gdy
przegrywają po zaciętej i honorowej walce. Liczne klęski tak nas
zaprogramowały, że się do nich przyzwyczailiśmy i je polubiliśmy. Jako
jedyni na świecie jesteśmy z nimi oswojeni. Zwycięstwo jest sympatyczne,
ale zdarza się tak rzadko, że wręcz budzi zdziwienie. Wyjątki
potwierdzają regułę. Seria zwycięstw, jak w wypadku pamiętnej kariery
Adama Małysza, spowodowała narodową eksplozję euforii i narodziny
zjawiska zwanego małyszomanią.
Polską normą, i to
nie tylko w sporcie, jest przegrana.Bywa i tak, że
gdy nam się coś uda, coś nam przypadkiem wyjdzie, to albo niespecjalnie
to cenimy, albo nawet tego nie zauważamy. Bezkrwawe powstanie i wyjście
z komuny po 1989 r. jest dziś kompletnie niedoceniane, bo nie było
okupione jakimś widowiskowym stosem trupów i zadymami. Uwielbiamy być
cierpiący i oszukani. Sami siebie programujemy na ofiary. W telewizji
ciągle pokazywane są jakieś ofiary losu, z którymi polski widz potrafi
się utożsamić. Programy z ludźmi sukcesu czy szczęściarzami budzą
irytację, a bywa, że wściekłość.
Ten duch kroczącej i wiecznie nam
towarzyszącej klęski zrósł się z
naszym życiem i paradoksalnie uodpornił nas na wiele życiowych przygód.
Być może dzięki temu całkiem nieźle radzimy sobie w sytuacjach
kryzysowych. Niestety, o ile w życiu pasmo klęsk może nas czegoś
nauczyć, a jako droga do zdobycia doświadczenia jest nawet potrzebne, o
tyle ma ono fatalne skutki dla ogólnego stanu naszej psychiki narodowej.
Polak, widząc iluzjonistę, czeka, aż mu się sztuczka nie uda, a zając
zdechnie, nim wyskoczy z cylindra. Oglądając modelki na wybiegu, wszyscy
czekamy, aż któraś się przewróci. Festiwal muzyczny jest dla nas o tyle
ciekawy, o ile dyrygent się wywali, orkiestra pomyli, a wokalistka
udławi własnym językiem.
Ta fatalna miłość do wiecznego pesymizmu
daje sygnały także teraz, przed
wielkim świętem piłki kopanej. Na ponad miesiąc przed rozpoczęciem
mistrzostw Euro 2012 można już kupić koszulki z napisem „Polacy, nic się
nie stało". No cóż… powiedzmy szczerze, że nie jest to zbyt budujące
hasło dla drużyny Franciszka Smudy. W Ameryce czci się zwycięzców i na
zwycięzcach się zarabia. U nas zarabia się na koszulce z napisem, który
potwierdza naszą przyszłą przegraną. Z historii wiemy, że Polacy nigdy
się nie poddają. Walczą, nawet gdy sprawa już na starcie jest
beznadziejna. To jest piękne i bardzo polskie, tylko czy mądre? W
polityce nie zawsze, ale na boisku na pewno.
Też mam wątpliwości,
czy orły Smudy pokażą piękną piłkę, ale staram się
je ukrywać i mam nadzieję, że nasi nie dadzą plamy. Tymczasem w wyniku
długoletniej tradycji naszego profilowania się na klęskę tuż przed
mistrzostwami atmosfera wśród sporej części narodu przypomina trzecią
godzinę stypy po wujku lub moment, w którym nasze dziecko znalazło
ulubionego kotka powieszonego na trzepaku. Skoro już pojawiły się
koszulki zapowiadające naszą przegraną, to pewnie niebawem pojawi się
gra planszowa pod tytułem „I ty możesz ograć naszą reprezentację",
znana
piosenkarka zaśpiewa piosenkę pod tytułem „Smuda na pewno się nie
uda”,
w sklepach hitem będzie wino owocowe Łza Lewandowskiego, znany portal
plotkarski opublikuje fotografie piłkarzy pijących herbatę z podpisem
„To ich zabije!”, w kabaretach sypnie złośliwymi skeczami o tym, że
kadra narodowa to patałachy, bo jedyna bramka, do której trafiają
bezbłędnie, to bramka do wykrywania metalu na lotnisku, a nieoficjalną
maskotką imprezy będzie gumowa zabawka podobna do Grzegorza Laty z
podbitym okiem.
W psychologii istnieje pojęcie samospełniającego
się
proroctwa. Jak student zamartwia się, że nie zda egzaminu, to się
zamartwia, nie uczy i w efekcie rzeczywiście go nie zdaje. Jak będziemy
pluskać się zbiorowo w pesymistycznej wannie, to z pewnością podstawimy
nogę naszym, i to już przy wychodzeniu z szatni. Chciałoby się więcej
luzu, uśmiechu i optymizmu, ale to jest w Polsce niemalże prawnie
zakazane. Warto pamiętać, że przy okazji tej imprezy piłkarze mają
wielkie pole do popisu. Pole karne.
Autor jest muzykiem, frontmanem zespołu Big Cyc, publicystą, performerem