Więcej kija, mniej marchewki

Więcej kija, mniej marchewki

Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans
Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Jeśli działania Komisji Europejskiej wobec Polski są opcją atomową, to schron przeciwatomowy PiS pozostaje nienaruszony. Tyle że w sporze nie chodzi wcale o jego skruszenie, tylko o pretekst do cięcia finansowania dla Europy Środkowej.

Popsuć wizerunek Polski jest bardzo trudno. Przez dwa lata rządów obecnej ekipy nasza reputacja w Europie została zszargana tak, że więcej nie da się zrobić. Przecież każdy prawdziwy Europejczyk wie, że Polską rządzi banda ksenofobicznych katolików i faszystów. Budują oni dyktaturę, której filarami są patologiczne wielodzietne rodziny, karmione programem 500 plus, brutalni kibole i hasające po lasach bojówki ministra Macierewicza, najlepiej zakamuflowanego agenta GRU na świecie. Każdy prawdziwy Europejczyk dobrze też wie, że Polska, do niedawna ostoja dobrobytu i sprawiedliwości, ba, nawet lider regionu, a może i całej UE, stacza się po równi pochyłej w otchłań zaprzaństwa i dyktatury. Po drodze kąsamy jeszcze starannie, po europejsku wypielęgnowaną rękę zachodniego podatnika, który przecież od lat utrzymuje całe to środkowoeuropejskie dziadostwo. – Wszedł cham w zabłoconych gumofilcach do salonu, wypróżnił się i rechocząc, mówi: nic mi nie zrobicie – tak opisał tę sytuację Włodzimierz Cimoszewicz. Były premier na europejskich salonach się zna, bo wiele lat spędził, próbując dostać tam jakąkolwiek, choćby najmniej liczącą się, posadę. Nic więc dziwnego, że Unii Europejskiej nie pozostaje nic innego, jak zacząć wypraszać z salonu paskudzącego na dywan chama. Stąd uruchomienie artykułu 7 traktatu europejskiego zakładającego karanie państwa członkowskiego nieprzestrzegającego europejskich wartości i unijnego prawa. Co prawda w Europie nie brakuje innych kandydatów do takich karnych akcji. Nie szukając daleko, można by się wziąć także do Rumunii, gdzie rząd również wywraca do góry nogami wymiar sprawiedliwości. Czyni to nawet nie w imię czystej żądzy władzy, jak PiS w Polsce, ale po to, żeby uchronić premiera i jego najbliższe otoczenie przed dobrze udokumentowanymi zarzutami o korupcję. Rumuni mają jednak to szczęście, że zamachu na niezależność sądów dokonuje tam koalicja socjalistów i liberałów z ALDE. Ich partyjni koledzy w UE są zbyt zajęci walką z faszyzmem i dyktaturą w Polsce, żeby poświęcać czas Rumunom.

Czołgać innych, bronić swoich

Rozpoczęcie mozolnej, biurokratycznej procedury, na której końcu majaczy mało prawdopodobna możliwość nałożenia sankcji na Polskę, określone zostało zastosowaniem opcji atomowej. Normalnie oznacza to cios, którego przeciwnik nie ma prawa przetrwać. Po naciśnięciu guzika przez wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa po dyktaturze w Polsce powinny zostać zgliszcza. Niedobitki PiS powinny czmychnąć z podkulonym ogonem – najlepiej do Rosji. W morze ruin pozostawionych przez obalony reżim powinien wjechać na białym koniu Donald Tusk, ratując demokrację i dobre imię polskiego sukcesu. Niestety, ani na jedno, ani na drugie się w 2018 r. nie zanosi. Od samego sprawdzania, czy Polska jest na bakier z prawem własnym czy UE, nikomu w elicie władzy w Warszawie włos z głowy nie spadnie. Przeciwnie, zmasowany atak Brukseli tylko skonsoliduje szeregi rządzących, utwierdzając ich w przekonaniu, że dobra zmiana podąża w słusznym kierunku. Bo władza w Polsce, w przeciwieństwie do ekscytujących się siłą rażenia Unii komentatorów, dobrze wie, że ta groźna opcja atomowa to tylko kapiszon. Żeby spór Komisji z rządem w Warszawie mógł wejść w rzeczywiście groźną fazę, z realną groźbą sankcji, potrzebna jest w Unii jednomyślność. A tej zagorzałym przeciwnikom rządu PiS nie uda się osiągnąć. Za rządem PiS murem stanie węgierski premier Viktor Orbán, który zdaje sobie sprawę, że może być po Polsce następny w kolejce. Nie zapominajmy też o Rumunach. Na razie koledzy socjaliści i liberałowie kryją premiera Mihai Tudose. On zaś kryje swojego skorumpowanego patrona, byłego premiera Victora Pontę, forsując przepis, który może doprowadzić do zwolnienia każdego sędziego, który podejmie działania w – jak to określono – „złej wierze”. W tym wypadku „zła wiara” oznacza antykorupcyjne śledztwo przeciw rządzącym. Trzeba przyznać, że tego by nawet Zbigniew Ziobro nie wymyślił. W końcu jednak socjalista Timmermans i liberał Guy Verhofstadt będą musieli przyznać, że ich rumuńscy koledzy poczynają sobie nie gorzej od prawicowego nacjonalisty Kaczyńskiego. Wygląda więc na to, że na Rumunię Polska też w sprawie weta będzie mogła liczyć. W kolejce może także ustawić się Austria. 31-letni premier Sebastian Kurz właśnie zawarł koalicję ze skrajnie prawicową i antyimigrancką Partią Wolności. W czasach gdy przewodził jej pierwszy faszysta zjednoczonej Europy, Jörg Haider, UE wyprosiła z salonów austriacki rząd, którego częścią był Haider. W Wiedniu dobrze pamiętają dyplomatyczne czołganie austriackich ministrów i za nic nie zgodzą się na powtórkę. A jest ona prawdopodobna. Kanclerz Kurz otwarcie kontestuje bowiem obowiązujące w UE dogmaty o nieomylności Angeli Merkel w polityce migracyjnej (patrz kolejny tekst). Co gorsza, jego skrajnie prawicowy koalicyjny partner Heinz-Christian Strache opowiada się za wejściem Austrii do Grupy Wyszehradzkiej, uważanej w Brukseli za klub środkowoeuropejskich eurosceptyków i populistów. Wszystko to oznacza, że anonsowana jako opcja atomowa karna procedura wobec Polski nigdy się nie zmaterializuje. Nie o to zresztą wcale chodzi, bo czołganie Polski ma zupełnie inne zadanie.

Brzemię białego człowieka

W 2018 r. Europę czekają dwie bardzo trudne przeprawy, przy których zmagania z polskim faszyzmem są naprawdę marginalnym problemem. Po pierwsze trzeba będzie ustalić, na jakich warunkach przeprowadzić brexit, a po drugie trzeba będzie przygotować unijny budżet na lata 2021-2027. Jedno z drugim jest bardzo ściśle związane. Brytyjskiej składki do kasy UE już wtedy nie będzie, co oznacza, że pieniędzy do podziału będzie mniej. A potrzeby się nie zmniejszają. W październiku Komisja Europejska opublikowała raport na temat skuteczności polityki spójności, konsumującej znaczną część budżetu UE. Wynika z niego, że różnica między unijnym wschodem i zachodem pogłębia się w ostatnich latach, ale wypada to na korzyść krajów nowej Unii. Weźmy kraje takie jak Polska, które są krytykowane w Brukseli za naruszanie europejskich wartości i regulacji. Z gospodarczego punktu widzenia nasz region nie dość, że przestrzega ściśle litery traktatów europejskich, to jeszcze dobrze na tym wychodzi. Wzrost PKB w Polsce wedle danych KE w 2017 r. wyniósł 4,2 proc. na Węgrzech 3,7, a w Rumunii aż 5,7 proc. Tymczasem wiele krajów południa strefy euro ciągle nie może wygrzebać się z kryzysu. Pod wieloma względami gospodarki Hiszpanii czy Włoch cofnęły się w rozwoju o całe 20 lat. Co ciekawe, problem dotyczy także zamożnych krajów zachodniej Europy, gdzie wiele regionów pozostaje gospodarczo w tyle za świetnie rozwijającymi się stolicami i dużymi centrami gospodarczymi. Ich mapa pokrywa się z mapą wyborczych zwycięstw populistów we Francji, Włoszech, w Niemczech, Holandii czy Austrii, a w przypadku Wielkiej Brytanii z rozkładem poparcia dla brexitu. To dla Brukseli sygnał alarmowy. Wzmacnia go coraz powszechniejsze w stolicach starej UE poczucie, że zachodnia Europa zaczyna tracićw konkurencji z nowymi krajami członkowskimi. Unia stoi więc przed momentem, w którym Polakom, Czechom, Węgrom czy Rumunom trzeba będzie powiedzieć, że stali się zbyt bogaci, a kłopoty gospodarcze Francuzów, Włochów czy Hiszpanów zbyt duże, żeby utrzymywać dotychczasowe dotacje. To jest wielki problem, bo trzeba by jednocześnie przyznać, że dziki wschód, rządzony przez faszystów i ksenofobów radzi sobie gospodarczo lepiej m.in. dlatego, że poważnie traktuje unijne przepisy dotyczące wolności gospodarczych i dyscypliny budżetowej. Do tego dochodzi też odradzający się wewnątrz samej strefy euro spór o to, czy bogata północ ma ciągle finansować niewydolne gospodarki Francji, Hiszpanii czy Włoch. Jego ofiarą stał się m.in. forsowany przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona plan powołania wspólnego zarządzania finansami strefy euro. Został on odrzucony przez Niemców a także Holendrów, Austrię, Finów i kraje bałtyckie. Istniało bowiem podejrzenie, że integracja jest jedynie przykrywką dla uzyskania dalszego finansowania długów Francji i innych krajów śródziemnomorskich. Trzeszcząca w szwach Unia nie może sobie pozwolić na kolejne rozłamy, inicjując gorącą dyskusję na temat tego, komu zabrać dotacje po 2020 r. Stąd też próby znalezienia innych argumentów. Źródła w Komisji Europejskiej wypuszczają więc przecieki, że zarzuty dotyczące łamania praworządności w krajach takich jak Polska mogą być połączone z cięciami budżetowymi. ­– Byłoby nierealistycznym oczekiwać, że w obecnej sytuacji Polska dostałaby w przyszłej perspektywie budżetowej takie same pieniądze jak obecnie – mówią źródła w Komisji. Jak słyszę, nie ma nikogo, kto podjąłby się obrony praworządności w Polsce. Przyznanie, że podejmowana interwencja może służyć za przykrywkę dla gospodarczego protekcjonizmu, mającego niewiele wspólnego z literą i duchem europejskich traktatów, przychodzi jednak bardzo opornie. Misja cywilizacyjna jest ważniejsza. To „brzemię białego człowieka” brzydko pachnie neokolonializmem. Nie jest to jednak zapach, który drażniłby nozdrza tak doświadczonych Europejczyków jak premier Cimoszewicz bardziej niż smród pisowskiego chama wypróżniającego się w salonie. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 1/2018
Więcej możesz przeczytać w 1/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także