Porzucił szefa za fotel ministra

Porzucił szefa za fotel ministra

Marek Zagórski
Marek Zagórski / Źródło: Newspix.pl / Jacek Herok
Marek Zagórski, były wiceszef partii Gowina, dołącza do PiS. Stoi za tym Artur Balazs. Mówi się, że to próba likwidacji Porozumienia.

Marka [Zagórskiego – red.] bardzo interesowało, czy komitet polityczny rozpatrzył już jego wniosek o akces do Prawa i Sprawiedliwości. Dopytywał, czy jest szansa, aby to stało się jeszcze w tym tygodniu – opowiada wpływowy polityk PiS. Komitet polityczny partii Jarosława Kaczyńskiego obradował w czwartkowe przedpołudnie, ale głównym celem tego posiedzenia nie były sprawy personalne, lecz kwestia kryzysu politycznego wywołanego nagrodami, które były wypłacane ministrom rządu Beaty Szydło. Dlaczego Zagórskiemu tak zależało na czasie? Bo od przyjęcia do PiS zależy jego dalsza kariera polityczna, przede wszystkim możliwość objęcia funkcji ministra cyfryzacji.

Dramat jak u szekspira

– Zagórski był mocno sfrustrowany tym, że w wyniku rekonstrukcji nie został następcą Anny Streżyńskiej. Nie mógł tez pogodzić się z faktem, że ministerialna teka przypadłanie jemu, ale jego partyjnej koleżance Jadwidze Emilewicz, która stanęła na czele resortu przedsiębiorczości i technologii – opowiada polityk zbliżony do kierownictwa Porozumienia Jarosława Gowina. Po dymisji Streżyńskiej Zagórski przejął jej obowiązki, ale ministrem nie został. Nadzór nad ministerstwem zachował premier Mateusz Morawiecki. – Jego frustracja wzrastała z czasem, gdy kolejni potencjalni kandydaci na szefa tego resortu odrzucali propozycję, a Zagórskiemu nikt tej funkcji nie proponował. To, co się wówczas z nim zadziało, to historia zbliżona do „Makbeta” Szekspira – ironizuje nasz rozmówca. „Pech” Zagórskiego wynikał z czystej politycznej arytmetyki. Porozumienie Jarosława Gowina przed rekonstrukcją stało na czele dwóch ministerstw. Gowin jako wicepremier był też szefem resortu nauki, a wskazana przez niego Anna Streżyńska – szefem Ministerstwa Cyfryzacji. Po rekonstrukcji sytuacja się zmieniła.

Gowin zachował swoje funkcje, Streżyńska została odwołana, ale do rządu weszła Jadwiga Emilewicz, wiceszefowa ugrupowania Gowina, która została ministrem przedsiębiorczości. Gowin miał też zyski pośrednie – ministrem zdrowia został jego były wiceminister Łukasz Szumowski, a ministrem finansów Teresa Czerwińska, także kojarzona z wicepremierem – wcześniej jego zastępczyni w resorcie nauki. Po tej politycznej zmianie to Gowin był wskazywany jako jej największy beneficjent. Gdyby kolejne ministerstwo trafiło wprost do działacza jego partii, następnego ministerstwa domagałoby się ugrupowanie Zbigniewa Ziobry. To dlatego Zagórski, chcąc zrealizować swoje polityczne ambicje, musiał zdecydować się na zmianę barw partyjnych. Czyli opuścić szeregi ugrupowania Gowina i przejść do PiS. Zadzwoniliśmy do Marka Zagórskiego, aby ustalić, jakie były prawdziwe przyczyny jego odejścia z partii wicepremiera i czy faktycznie jest już pewny nominacji, ale pełniący obowiązki ministra cyfryzacji odmówił „Wprost” komentarza. Jego przyszłość nie wydawała się pewna, bo jeszcze kilka tygodni temu likwidacja Ministerstwa Cyfryzacji wydawała się przesądzona. Z jednej strony (poza Zagórskim) brak było chętnych na przyjęcie odpowiedzialności kierowania tym resortem. Z drugiej – Mateusza Morawieckiego kusiły korzyści polityczne wynikające z likwidacji resortu, w myśl zapowiedzi odchudzania administracji rządowej i redukcji liczby obsługujących ją urzędników. Resort cyfryzacji miała zastąpić, odchudzona z kompetencji i działająca przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Agencja ds. Informatyzacji. (O sprawie pisaliśmy przed kilkoma tygodniami). Zresztą jeden z pomysłów, jak powinna ona działać, zgłosił sam Zagórski, licząc, że stanie na jej czele, gdy zastąpi ona ministerstwo. Tyle że – jak się okazuje – w przypadku pozostawania w partii Gowina nie miał na to szans.

Don arturo i polityczne wągliki

Z naszych informacji wynika, że za transferem Zagórskiego do PiS stoi jego polityczny patron Artur Balazs. To pochodzący z Zachodniopomorskiego działacz antykomunistycznej opozycji w PRL, a następnie minister w kilku rządach po 1989 r. Balazs był członkiem Rady Ministrów w gabinetach premiera Tadeusza Mazowieckiego, a następnie Jana Olszewskiego. Z kolei w rządzie Jerzego Buzka, który powstał po wygranych wyborach przez Akcję Wyborczej Solidarność (AWS) – założone przez Balazsa Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe (SKL) było ważną częścią tej wyborczej koalicji, a on sam został ministrem rolnictwa. To wtedy zaczęła się prawdziwa kariera polityczna Zagórskiego, który jako członek SKL kierował jego gabinetem politycznym. W 2001 r. Balazs, jeszcze jako minister rolnictwa, zachęca do głosowania na Zagórskiego, który na Białostocczyźnie próbuje dostać się do Sejmu z list Platformy Obywatelskiej. Udaje się, podobnie jak Balazsowi, który też startuje z list PO, tyle że w Szczecinie. Po wyborach politycy SKL nie wchodzą jednak do klubu Platformy, tylko zakładają własne koło poselskie. Donald Tusk nazywa ich wtedy politycznymi wąglikami. Wtedy na kilka lat polityczna kariera Zagórskiego cichnie. Powraca w 2006 r., gdy powstaje kolacja PiS z Samoobroną i LPR. W rozmowach koalicyjnych Balazs jest negocjatorem ze strony… Samoobrony.

Po uformowaniu rządu Zagórski zostaje pierwszym wiceministrem w resorcie rolnictwa u Andrzeja Leppera. Po roku zostaje zmuszony przez Leppera do dymisji. Nieoficjalnie mówiło się, że to dlatego, że głównym beneficjentem posad w podległych ministerstwu rolnictwa agendach i instytucjach byli nie ludzie Samoobrony, ale Balazsa. Ten ostatni, choć sam od lat pozostający poza czynną polityką, zachował swoje wpływy i w regionie nazywany był Don Arturo. W 2007 r. Zagórski reaktywuje SKL, a dwa lata później zostaje prezesem tej partii. W 2010 r. dołącza do komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego, który w tych wyborach walczy o prezydenturę z Jarosławem Kaczyńskim. W 2011 r. Zagórski bezskutecznie stara się o mandat senatora – tym razem z list PiS, jako członek SKL. W 2014 Stronnictwo wchodzi w szeregi Polski Razem Jarosława Gowina. To z rekomendacji tej partii znajduje się na listach PiS w 2015 r. i zdobywa mandat poselski, by niedługo później zostać wiceministrem skarbu, a następnie, we wrześniu 2016 r., wiceministrem cyfryzacji. Polityczna ścieżka, przede wszystkim poparcie Komorowskiego, gdy ten w wyborach prezydenckich mierzył się z Kaczyńskim, nie zjednują mu sympatyków w szeregach Prawa i Sprawiedliwości. – Za jego transferem do PiS stoi Artur Balazs – ucina rozmowę jeden z czołowych polityków partii Kaczyńskiego. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że ten interweniował bezpośrednio u Kaczyńskiego lub u pochodzącego ze Szczecina Joachima Brudzińskiego. Co na tym transferze zyskuje PiS? Nieoficjalnie mówi się, że odejście Zagórskiego, który jako wiceszef Porozumienia Gowina był odpowiedzialny za struktury tej partii, ma rozpocząć proces jej destrukcji. – W tej układance nawet nie chodzi o Zagórskiego, ale raczej o przeciągnięcie Balazsa, który faktycznie ma możliwości budowania partyjnych struktur – słyszymy.

Politycy Porozumienia dystansują się od tematu. Przekonują, że za budowę partyjnych struktur od dłuższego czasu Zagórski i stojący za nim Balazs nie byli już odpowiedzialni. – Drogi z Zagórskim zaczęły się rozchodzić sporo wcześniej. Gdy szerzej otworzyliśmy się na ugrupowania radykalnie wolnorynkowe, on zaczął czuć się programowo obcy – przekonuje wpływowy polityk tej partii. Dodaje, że partia uznała, że ich drogi współpracy się rozeszły. – To było aksamitne rozstanie, od kilku tygodni wiedzieliśmy, że Zagórski rozmawia z PiS. On jest zdania, że połączenie się z tą partią będzie i tak konieczne. My mamy inne podejście – dodaje nasz rozmówca. Podkreśla, że partia na tym transferze uzyskała spore profity, jak chociażby polityczne wsparcie Jarosława Kaczyńskiego dla sztandarowego projektu Gowina, czyli nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, Konstytucji dla Nauki. Przed Zagórskim jako ministrem cyfryzacji bardzo trudne zadanie. Po rządach Anny Streżyńskiej bardzo słabo wygląda realizacja kilku kluczowych projektów z obszaru informatyzacji państwa. Klęska chociażby projektu elektronicznego dowodu oznaczać będzie konieczność zwrotu Brukseli ok. 200 mln zł. – Być może w tej sprawie chodzi o jeszcze jedną rzecz, by zrobić z niego kozła ofiarnego, na którego da się zrzucić później te wszystkie cyfrowe porażki – mówi nasz rozmówca z PiS. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Współpraca: Anna Gielewska

Okładka tygodnika WPROST: 15/2018
Więcej możesz przeczytać w 15/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0