Renesans lewicy

Renesans lewicy

SLD chce wystartować w wyborach samorządowych razem z PSL i Unią Pracy – ustalił „Wprost”. Taka centrolewicowa formacja ma szanse, by zaistnieć jako trzecia siła polityczna.

Spełnia się czarny sen Zjednoczonej Prawicy – SLD, który, przepadając w wyborach w 2015 r., przyczynił się do zdobycia przez obecny obóz władzy bezwzględnej większości mandatów w Sejmie, i wydawał się skazany na niebyt, dziś łapie drugi oddech. Przynajmniej w sondażach, które co prawda nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością, ale na początek dobre i to. Wydawało się, że hojna polityka socjalna PiS i przejęcie tematu prawa do aborcji przez konkurencyjną formację lewicową Barbary Nowackiej zepchnie Sojusz na trwałe do niszy postkomunistycznej. To skazałoby partię na balansowanie na granicy progu wyborczego. Tymczasem od listopada ubiegłego roku poparcie dla SLD powoli, ale konsekwentnie pnie się do góry. A to oznacza, że Sojusz ma szansę wrócić do parlamentu za rok. Byłoby to wielkim zaskoczeniem nie tylko dla prawicy, która chciała raz na zawsze zadeptać Sojusz, dla PO i Nowoczesnej, które chętnie przejęłyby lewicowy elektorat, ale przede wszystkim dla innych środowisk lewicowych. Dodajmy – niemiłym zaskoczeniem. Na zajęcie na scenie politycznej miejsca po SLD od dawna szykowała się Partia Razem, stowarzyszenie Barbary Nowackiej czy inne rozdrobnione środowiska lewicowe. Tymczasem może się okazać, że wszyscy dzielili skórę na niedźwiedziu.

Postkomunistyczna nisza

To wepchnięcie Sojuszu do postkomunistycznej niszy po części prawicy się udało dzięki inicjatywom, które podejmowała Zjednoczona Prawica. Chodzi o ustawę dezubekizacyjną oraz degradacyjną, które dotknęły elektorat SLD i zmusiły partię do zajmowania się głównie tymi tematami. Ale też te właśnie inicjatywy dały partii Włodzimierza Czarzastego drugie życie. Ustawa dezubekizacyjna dotycząca obniżenia emerytur byłym pracownikom urzędów i służb w jakiś sposób związanych z aparatem represji PRL dotknęła według szacunków ok. 50 tys. ludzi. SLD rozpoczął zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy odwracającej skutki ustawy dezubekizacyjnej, a tym samym wyszedł na ulice i przypomniał się wyborcom. Choć zbieranie podpisów nie było łatwe, o czym w nieoficjalnych rozmowach mówili politycy Sojuszu, to jednak zakończyło się sukcesem. Zebrano 250 tys. podpisów. Tuż przed Świętami Wielkanocnymi Andrzej Rozenek, dziś związany z SLD (niegdyś w Ruchu Palikota), przedstawiał projekt w Sejmie. Grzmiał, że ustawą dezubekizacyjną zabija się ludzi, bo nie żyje już 37 osób objętych nowymi przepisami – część popełniła samobójstwo, a część zmarła bezpośrednio po otrzymaniu decyzji obniżającej świadczenie. Zaapelował o uczczenie tych ludzi minutą ciszy i część posłów wstała. W debacie Rozenek dostał też wsparcie od Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej i PSL. Co prawda Zjednoczona Prawica ani myślała procedować nad projektem obywatelskim i odrzuciła go w pierwszym czytaniu, ale zawsze był to symboliczny i efektowny powrót SLD do Sejmu. Taką samą rolę odegrała ustawa degradacyjna dotycząca odebrania stopni wojskowych członkom WRON i stalinowskim generałom. Sojusz znowu znalazł się w centrum uwagi, ponieważ wziął na sztandary Monikę Jaruzelską, a ta zadeklarowała, że będzie bronić generałów przed degradacją.

Projekt – Jaruzelska

Monika Jaruzelska, rocznik 1963, to stylistka, projektantka mody, dziennikarka, autorka trzech książek o własnej rodzinie i przede wszystkim córka swojego ojca gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Przez całe życie nie zdradzała zainteresowania polityką. Udzieliła w życiu wielu wywiadów, ale dotyczyły one rodziny, stylu życia, jej potrzeb i pragnień. – Wyłączyć telefon, usiąść z książką na kanapie, puścić Bacha, wtedy czuję się najlepiej – tak o sobie mówiła, gdy jeszcze nie zdradzała ciągot politycznych. Co sądzi o polityce społecznej, wieku emerytalnym, programie 500 plus, aborcji na życzenia czy zmianach w systemie sądownictwa – tego opinii publicznej nie wiadomo. W wywiadach podkreślała, że odcina się od polityki i nie ma poglądów. Gdy się jednak okazało, że ma wystartować w wyborach samorządowych, zaczęła bronić PRL, a to już są jakieś poglądy. – Tysiącom ludzi PRL dał dobre, bezpłatne wykształcenie. My, dzieci PRL, ludzie, którzy w tym czasie żyli, normalnie pracowali, nie jesteśmy gorsi od tych, którzy mówią dziś o byciu w opozycji, chociaż spali do 13 w czasie wprowadzenia stanu wojennego – mówiła w Wirtualnej Polsce, nawiązując zapewne do faktu, że Jarosław Kaczyński nie był internowany w stanie wojennym, a więc mógł się tego poranka wyspać.

Sama w jednej z książek zwierzyła się, że jako nastolatka przygotowująca się do matury prawie nie zauważyła wprowadzenia stanu wojennego, dopóki nie doszło do masakry górników w kopalni „Wujek”. Czy taka osoba nadaje się na sztandary? Kierownictwo Sojuszu uważa, że tak, a nawet nie kryje zadowolenia, że udało się przyciągnąć tak znane nazwisko do partii, od której ostatnio ludzie głównie odchodzili. Bo Sojusz to partia, w której dominują starzy ludzie. Młodsi rozpierzchli się do innych inicjatyw. Kilka dni temu pojawiła się plotka, że z SLD zamierza odejść nawet były wicemarszałek Jerzy Wenderlich, który latami wygrywał wybory w Toruniu, wyprzedzając wszystkich innych kandydatów. Sam zainteresowany w rozmowie z „Wprost” tego nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył. – Ja się plotkami nie zajmuję, nie dlatego, żebym tego nie lubił, ale plotek się boję – powiedział jedynie. Z takiego stwierdzenia można wnioskować, że coś jest na rzeczy.

A w takiej sytuacji zdobycie Jaruzelskiej jest tym bardziej cenne, mimo że weto prezydenta do ustawy degradacyjnej pogrzebało początkowy zamiar utworzenia centrum monitorującego skutki tej regulacji, na której czele miała stanąć córka generała. – Weto prezydenta nie powoduje, że start w wyborach samorządowych Moniki Jaruzelskiej staje się bezzasadny – zapewnia Anna Maria Żukowska, rzeczniczka SLD. – Pani Monika zadeklarowała, że będzie walczyła o prawa wojskowych. A jeśli dostanie się do samorządu, chce zajmować się polityką zdrowotną i senioralną. Samorząd to miejsce, gdzie można nauczyć się polityki, stąd decyzja, by startowała właśnie tam. Sama zainteresowana zapewnia, że o starcie w wyborach myślała już kilka lat temu. – Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. rozmawiałam o tym z Leszkiem Millerem i Januszem Palikotem. Ale mocnym bodźcem, który spowodował, że postanowiłam teraz wejść do polityki, była ustawa degradacyjna i grupa pozostawiona sama sobie, czyli wojskowi. A z wojskiem byłam zawsze bardzo emocjonalnie związana – mówi w rozmowie z „Wprost”.

Byli działacze SLD uważają, że start Jaruzelskiej to głupi pomysł. – Nawet w SLD się z tego śmieją – mówi jeden z naszych rozmówców, dziś poza Sojuszem. – Mówią, że kierownictwo powinno wystawić też żonę Kiszczaka i rozpocząć kampanię na grobach. Zdaniem naszego rozmówcy Jaruzelska została potraktowana instrumentalnie. – To będzie dla niej trudna kampania, będą jej wypominać wszystko, co zrobił Jaruzelski. Ona nie wie, jak okrutna potrafi być polityka, kiedy jest się w jej środku – przekonuje polityk lewicy. Ale sama Jaruzelska się tym nie przejmuje. – Niezależnie od tego, czy jestem aktywna czy nie, i tak życiorys mojego ojca we mnie uderza – mówi. – Polityka sięgnęła po mnie w momencie, kiedy zmarła moja mama, a potem najbliższa przyjaciółka, czyli w połowie ubiegłego roku. Przebywałam wtedy w domu rodziców, opiekując się ich 18-letnim psem, a przed domem odbywały się konferencje w sprawie odebrania mi tej willi.

Sojusz robotniczo‑chłopski

Sama Jaruzelska to jeszcze za mało, żeby budować trwały wzrost poparcia. Ale Włodzimierz Czarzasty rozpoczął starania o współpracę z PSL, czyli sprawdzony przed laty sojusz robotniczo-chłopski (choć dzisiejszy SLD niewiele ma wspólnego z robotnikami). – Czarzasty na jednym ze spotkań już kilka tygodni temu powiedział, że w wyborach samorządowych Sojusz wystartuje wspólnie z PSL, że sprawa jest już prawie dogadana i że on sam będzie kandydował do sejmiku mazowieckiego z drugiego miejsca na liście, zaraz za marszałkiem mazowieckim Adamem Struzikiem z PSL – opowiada polityk Sojuszu. W partii część osób podchodzi nieufnie do tej deklaracji. Uważają, iż PSL jest taką potęgą samorządową, że z nikim nie podzieli się biorącymi miejscami na swoich listach. Byli działacze Sojuszu wręcz wyśmiewają się, że ten plan to miraże rozsnuwane przez Czarzastego. Ale Piotr Zgorzelski, poseł Stronnictwa, nie dementuje tej informacji. – Rozmawiamy ze wszystkimi partiami, choć takich szczegółowych ustaleń na obecnym etapie nie było – mówi.

I dodaje dosyć enigmatycznie: – W moim przekonaniu jako polityka i samorządowca na scenie politycznej między PO a PiS brakuje trzeciej siły, czyli opozycji społecznej, a jest teraz na nią zapotrzebowanie. Ta opozycja społeczna to nowa nazwa starego pomysłu, który już się kiedyś pojawił w przestrzeni publicznej, a dotyczącego budowy centrolewicy. Z naszych informacji wynika, że praktycznie ten pomysł jest już dogadany, podobnie jak miejsce dla Czarzastego do sejmiku samorządowego, choć Adam Struzik na początku kręcił nosem. Obok PSL i SLD do porozumienia przystąpić ma też Unia Pracy i ugrupowanie Piotra Ikonowicza. Jest już nawet kandydat na prezydenta Warszawy z owej opozycji społecznej – Jacek Wojciechowicz, były wiceprezydent stolicy i były działacz Platformy Obywatelskiej, który niedawno w wywiadach ostro rozprawił się ze swoją byłą partią. Są też badania zrobione przez IBRIS na zlecenie Sojuszu, z których wynika, że wspólna lista PSL i SLD z przydatkami może liczyć na 17 proc. głosów. Na razie więc projekt zapowiada się atrakcyjnie. Przynajmniej na papierze.

A ponieważ działania PiS stwarzają coraz większą przestrzeń dla formacji czy koalicji centrolewicowej, to być może wypali on też w rzeczywistości. Bo najwięcej popularności napędza lewicy projekt zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Co prawda SLD w tej sprawie nie był na pierwszej linii frontu, tylko stowarzyszenie Barbary Nowackiej, które zbierało podpisy pod obywatelskim projektem ustawy „Ratujmy kobiety”, wprowadzającym aborcję na życzenie. Jednak statystyczny wyborca nie rozróżnia, który odłam lewicy czym się zajmuje. Sojusz ciągle pozostaje najsilniejszym oraz najbardziej rozpoznawalnym ugrupowaniem po lewej stronie sceny politycznej i zaangażowanie stowarzyszenia Nowackiej poszło po prostu na jego konto. Widać wyraźnie, że kolejne czarne marsze przysparzają mu punktów sondażowych. Jeszcze kilka dyskusji na temat zaostrzenia przepisów aborcyjnych, kilka akcji protestacyjnych, a do tego kilka pomysłów PiS o charakterze rozliczeniowym lub dekomunizacyjnym, jak kto woli, i Zjednoczona Prawica wyhoduje solidną konkurencję po lewej stronie sceny politycznej. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 15/2018
Więcej możesz przeczytać w 15/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0