Wschodnia sztuka walki

Wschodnia sztuka walki

Wietnamczycy nie zabierają nam miejsc pracy. Oni je tworzą


Nie zastanawiałem się długo, gdzie mam studiować. Przyjechałem do Polski, bo od kilku lat mieszkają tu moi rodzice - mówi Ngo Truong Giang, student drugiego roku ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim. Cała rodzina pochodzi z Hanoi. Pierwsza trafiła do nas w połowie lat 90. jego mama, z wykształcenia biolog. Przyjechała do Łodzi na badania naukowe. Dziś prowadzi knajpkę z wietnamskim jedzeniem na warszawskim Żoliborzu. Po jakimś czasie dojechał do niej mąż, też z dyplomem akademickim. Zajął się handlem na bazarze.
- Oboje rodzice bardzo ciężko pracują. Szczególnie mama, która na dodatek często spotyka się z chamstwem i zaczepkami pijaków. No ale w końcu wszyscy jesteśmy razem - mówi Ngo Truong Giang. Decyzję, czy zostaną w Polsce na zawsze, podejmą dopiero za kilka lat, gdy Truong Giang skończy studia.

Viettown
Wietnamczycy stali się u nas znaczącą mniejszością narodową - kultywują swoje zwyczaje, wydają wietnamskojęzyczną prasę, mają stowarzyszenia, przywódców, a nawet szkołę. Liczebnością dorównują Romom. Z tą różnicą, że Romowie twierdzą, iż jest ich więcej, niż podają urzędnicy, a Wietnamczycy - że mniej. Szacunkowe dane Departamentu Ochrony Granic, Migracji i Uchodźstwa MSWiA z zeszłego roku mówią już o 50 tys. Wietnamczyków w naszym kraju. - To przynajmniej dwukrotnie za dużo - ocenia dr Nguyen Van Thai ze stowarzyszenia Solidarność i Przyjaźń. - Większość naszych rodaków mieszka w Warszawie, kilkuset w Łodzi, Krakowie i Trójmieście. Nie wychodzi więcej niż dwadzieścia tysięcy - stwierdza Nguyen Van Thai. On sam przyjechał do Polski po raz pierwszy w latach 60. na studia na Politechnice Warszawskiej. Wrócił, aby obronić pracę doktorską. Dziś prowadzi firmę handlową. Stowarzyszenie Solidarność i Przyjaźń, do którego należy prawie 800 rodzin wietnamskich, powstało dwa lata temu. Jego członkowie pomagają rodakom przebrnąć przez gąszcz przepisów i długie korytarze urzędów, tłumaczą pisma, wydają gazetę, organizują koncerty.
Wielu handlarzy i właścicieli restauracji przyjechało do Polski dzięki studiującym tu wcześniej członkom rodziny czy znajomym. Ci ściągnęli następnych. Dlaczego przyjeżdżają właśnie do nas?
- Polskie prawo jest liberalne. Cudzoziemiec stosunkowo łatwo może założyć firmę, a rynek jest chłonny. Wietnamczycy szybko znaleźli w nim niszę: tanie jedzenie i handel odzieżą - tłumaczy Jan Węgrzyn, dyrektor Departamentu Migracji i Uchodźstwa. W Czechach jest ich 30 tys., w Niemczech - ponad 100 tys. Spośród 80-milionowego narodu na emigracji przebywają trzy miliony.

Polaka zatrudnię
Co trzeci Polak uważa, że cudzoziemcy mogą stanowić zagrożenie na rynku pracy. Jeszcze dwa lata temu ponad połowa ankietowanych twierdziła, że obecność Wietnamczyków jest niekorzystna. - I oni zdają sobie z tego doskonale sprawę. Boją się, że zostaną potraktowani jak intruzi. Zapewniają więc często, że niczego od Polaków nie oczekują, niczego nie chcą za darmo, że świetnie sami dają sobie radę - mówi dr Teresa Halik z Polskiej Akademii Nauk, przygotowująca na zlecenie Komitetu Badań Naukowych raport "Integracja czy izolacja. Wietnamczycy w Polsce".
Przybysze z Dalekiego Wschodu nie tylko nie zabierają nam pracy, ale przeciwnie - dają ją. W każdej firmie prowadzonej przez cudzoziemca musi, zgodnie z prawem, pracować Polak. Bywa to złem koniecznym dla wietnamskich pracodawców.
- Polacy nie przykładają się do roboty, spóźniają się, często robią przerwy, nie pojmują, nie chcą zrozumieć naszej sztuki walki o przetrwanie - mówi chcąca zachować anonimowość właścicielka baru. - Wietnamczycy często wykonują te czynności, których Polacy nie chcieliby się podjąć. Który Polak wstawałby o czwartej rano, by dźwigać wózki? - pyta Anh Tuan Truong, właściciel restauracji Dong Nam i przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Wietnamczyków w Polsce, skupiającego absolwentów naszych uczelni. Jego zdaniem, zbyt wiele spraw odkładamy na później, twierdzimy, że wszystko zdążymy zrobić następnego dnia, i nie chcemy pracować w weekendy. - My zawsze musieliśmy być pracowici i zaradni. Nie sprzyjały nam ani historia, ani klimat. Wystarczy sobie wyobrazić, co czuje człowiek, którego gotowe do zbioru pole ryżowe zalewa deszcz, niszcząc wszystko w jednej chwili - obrazowo przedstawia sytuację Anh Tuan Truong.
Handlujący bielizną na ulicach stolicy Nguyen Kong wstaje zwykle o piątej, czasem czwartej rano, spać kładzie się przed 20.00. Mimo że nie ma zbyt dużo wolnego czasu, czyta wszystkie wietnamskie gazety dostępne w Polsce. Najtrudniej jest dostać "Que Viet" - tygodnik wydawany w Warszawie. Pismo informuje o statusie prawnym cudzoziemców i pozwala śledzić zawirowania na naszej scenie politycznej. Publikuje również opowiadania i wiersze zarówno mieszkających w Polsce Wietnamczyków, jak i Poświatowskiej czy Szymborskiej.

"Mafia Tonga"
- Polskie gazety rozpisują się o działającej jakoby u was naszej "mafii Tonga". To słowo po wietnamsku nic nie znaczy - oburza się Nguyen Van Hao, z wykształcenia lekarz, właściciel restauracji, sekretarz stowarzyszenia Solidarność i Przyjaźń. - Gdy jeden Wietnamczyk pokłóci się z drugim, Polacy od razu myślą, że to porachunki mafijne. Oczywiście ludzie są różni, ale to nam najbardziej zależy na wyeliminowaniu z naszego grona czarnych owiec.
Policja rzadko interweniuje wśród Wietnamczyków. - Oni ciężko pracują, starają się nie zwracać na siebie uwagi - zauważa Dariusz Janas, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji. - Rzadko wchodzą w konflikt z prawem, prawdopodobnie wszelkie zatargi załatwiają między sobą.
Po wejściu w życie w 1997 r. ustawy o cudzoziemcach trudniej jest Wietnamczykom dostać pozwolenie na pobyt czasowy w Polsce, nie mówiąc o stałym. Nieufnie spogląda się też na małżeństwa mieszane, które - według urzędników - niejako z założenia są kontraktowe. Dziś polską wizę przybyszom z Hanoi czy Ho Chi Minh trudniej jest dostać niż amerykańską. W zeszłym roku nie otrzymali ich nawet studenci płatnych uczelni. - Kurek przyjazdów został przykręcony - przyznaje Jan Węgrzyn.
Wietnamczycy łapią się więc wszelkich sposobów, by zalegalizować pobyt w Polsce. Lawinowo rośnie liczba ubiegających się o uzyskanie statusu uchodźcy. W zeszłym roku było ich siedmiokrotnie więcej niż w latach poprzednich. Choć szanse na przyznanie statusu są żadne (od 1994 r. nie zdarzyło się to ani razu), wystąpienie o niego pozwala przebywać w Polsce legalnie nawet do roku.
Wietnamczycy radzą sobie jakoś. Potrafią u nas przetrwać całe lata. - Nasze dzieci są na ogół najlepszymi uczniami w klasie - mówi Hoang Thu Oanh, od roku prowadząca szkołę języka wietnamskiego. Co sobotę na ul. Twardej w Warszawie pojawia się pół setki uczniów w wieku od 6 do 14 lat, którym pani Oanh, polonistka i tłumacz, przybliża coraz bardziej obcy język ojczysty. - Uczę ich też naszych zwyczajów. Wietnamskie dzieci za bardzo przypominają polskie. Nie zwracają się do rodziców w odpowiedniej formie, potrafią od razu zaprotestować przeciwko jakiemuś nakazowi, co w Wietnamie jest nie do pomyślenia - opowiada pani Oanh.
Luong Thu Trang przyjechała do naszego kraju z rodzicami, gdy miała dwanaście lat. Dziś płynnie mówi po polsku i studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim.
- Najprawdopodobniej wrócę do Wietnamu po studiach. Tutaj jako prawnik nie mam wielkich szans - mówi Thu Trang. - Wielu z nas czeka. Obserwuje, w jakim kierunku pójdzie wasza polityka wobec cudzoziemców. Czy ludzie będą mogli spokojnie i legalnie pracować - mówi Nguyen Van Hao. - Przecież im więcej jest osób przyjezdnych, tym większe szanse rozwoju kraju - zaznacza Anh Tuan Truong.
- Polacy nie powinni się obawiać, że staną się mniejszością we własnym państwie. Przykładem są Stany Zjednoczone. Emigranci wnoszą tam to, co najlepsze z ich kultury.

Okładka tygodnika WPROST: 24/2001
Więcej możesz przeczytać w 24/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0