Tusk po wodzie

Tusk po wodzie

Donald Tusk jest jak Mojżesz, który przeprowadza Platformę przez kolejne morze – mówi „Wprost” minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Po kryzysie finansowym, aferze hazardowej oraz katastrofie smoleńskiej Tusk właśnie wychodzi suchą stopą z powodzi, a politycy PiS nazywają go mężem stanu. Z obrazkiem nakreślonym przez Kwiatkowskiego Platforma może mieć jednak kłopot: słabo widać na nim Bronisława Komorowskiego, który zamiast przewodzić, maszeruje w trzódce ciągnącej się za Tuskiem.
Drugi dzień powodzi, Pcim. Do zbiegowiska mieszkańców zbliża się kilkuosobowa grupka. Na jej czele sunie postawny BOR-owiec z granatowym parasolem. Dopiero z bliska widać, kim jest idący pod nim człowiek w  gumiakach i sportowej kurtce. – Premierze, po co przyjechałeś? Masz walizkę z pieniędzmi? – krzyczy ktoś z tłumu. – Cicho. Dobrze, że jest. Przynajmniej coś tutaj zaczęli robić – ucisza go kobieta, zza której ktoś pstryka zdjęcie telefonem komórkowym. Przekrzykiwania szybko przeradzają się w kilkunastominutową litanię próśb i narzekań, której Tusk słucha z zaciśniętymi zębami i rękami założonymi na piersiach.

Tę minę widzieli mieszkańcy wszystkich zalanych miejscowości, w których ostatnio był szef rządu – Bochni, Lanckorony, Kobiernic i Sandomierza. Z  tego ostatniego pochodzą chyba najbardziej dramatyczne obrazki z tej powodzi. – Nas nikt nie ostrzegał. To jest okropne, panie premierze. Co  robiły służby? Pytam: co robiły służby całą noc? Woda cały czas się podnosi, a mój mąż tam został z synem, panie premierze – płacze jedna z  kobiet. Scenę, w której Tusk bierze ją za rękę, pokazywały wszystkie serwisy informacyjne.

Metafora z Mojżeszem jest ryzykowna, ale Tusk, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że powódź, która ludziom odbiera dobytek, rządom czasem odbiera władzę, był rzeczywiście w  ofensywie. Tak jak w czasie ostatniego posiedzenia rządu zakończonego decyzją o wyjęciu dwóch miliardów złotych z rezerwy na dofinansowanie projektów unijnych i skierowaniu ich na pomoc dla powodzian. – Premier był już po konsultacjach z ministrem finansów Jackiem Rostowskim, Elżbietą Bieńkowską zajmującą się funduszami europejskimi i Michałem Bonim, który odpowiada za wypłatę powodziowych odszkodowań. Po prostu przyszedł i ogłosił swoją decyzję – opowiada jeden z ministrów. Na tym posiedzeniu Tusk narzucił wszystkim wojskowy dryl. Gdy minister edukacji Katarzyna Hall popadła w dygresję o potrzebach zalanych szkół, premier błyskawicznie odebrał jej głos. Sekundę potem zastrzelił ministra rolnictwa Marka Sawickiego prostym pytaniem: „Panie ministrze, jak się ma areał zalany obecnie w porównaniu do strat z 1997 roku?". Ale Hall i  Sawicki nie byli jedynymi ofiarami. Premier przeczołgał wszystkich równo.

W tym miejscu warto postawić ważne pytanie: jak na tle aktywnego premiera odnalazł się prezydencki kandydat PO Bronisław Komorowski? W  pierwszej wizycie marszałka na zalanych terenach było sporo przypadku. Drugiego dnia kataklizmu wypadło mu bowiem wyborcze spotkanie w  Częstochowie i to przy tej okazji odwiedził miejsca nawiedzone przez powódź. Decyzję o tym wyjeździe podjął sam, bez konsultacji ze sztabem. Komunikacja między nim a PR-owskim war roomem zresztą cały czas szwankuje. Komorowski co prawda cały czas jest w kontakcie ze Sławomirem Nowakiem i z Grzegorzem Schetyną, ale jedynym politykiem, którego chętnie słucha i któremu w pełni ufa, pozostaje Janusz Palikot.

Same wizyty u powodzian zresztą też wypadły nie najlepiej. Marszałek już na  samym wstępie zaliczył serię wpadek. Podczas swojego pierwszego wyjazdu najpierw ocenił, że „woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem spływa do Bałtyku". Potem dodał, że powódź była także rok temu, więc „pewnie ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem". A dwa dni później serię swoich wyjazdów skwitował stwierdzeniem, że  „miał przyjemność być na południu Polski, gdzie ta walka z żywiołem powoli ustępuje”. Włodzimierza Cimoszewicza utopiło 13 lat temu jedno zdanie w tym stylu.

Znamienna jest historia jedynego wspólnego wyjazdu Tuska i Komorowskiego na tereny zagrożone powodzią, do Włocławka. Premier początkowo miał tam jechać sam, a marszałek miał tego dnia być na zjeździe mazowieckiej Platformy. Dopiero podczas bezpośredniej rozmowy obu polityków pojawił się pomysł z włączeniem w całe przedsięwzięcie Komorowskiego. Wyszło jak zwykle: podczas wizyty pierwsze skrzypce grał premier, marszałek jedynie mu akompaniował. Tę sytuację błyskawicznie wyczuli politycy PiS, którzy od kilku dni konsekwentnie powtarzają, że kandydat Platformy jest jedynie doczepką do  prawdziwego męża stanu, jakim w ich mniemaniu jest Tusk.

Przy okazji powodzi warto się zastanowić nad jeszcze jednym: czy na tereny zalewowe w ogóle powinien jeździć premier? – Ogólna zasada jest taka, że VIP-y powinny jeździć na miejsce katastrof czy kataklizmów, ale nie w ich pierwszych dniach, kiedy trwają akcje ratunkowe – mówi „Wprost" dr Przemysław Guła, ekspert w dziedzinie zarządzania kryzysem. – Spojrzenie na sytuację ludzi premierowskim okiem jest potrzebne, ale najpierw należałoby wcisnąć guzik i uruchomić procedury. Te mówią, że za  koordynację działań antykryzysowych odpowiada szef MSWiA. A mam wrażenie, że u Tuska górę wziął instynkt Zosi Samosi. Wygląda to tak, jakbypremier zakasał rękawy, wypchnął swojego ministra i sam pojechał bronić wałów – dodaje w rozmowie z nami były wicepremier Ludwik Dorn.

Tyle teorii. O tym, jak wygląda praktyka, na własnej skórze przekonał się były prezydent USA George Bush, którego huragan Katrina zastał podczas urlopu. Prezydent na miejscu Podczas jedynego wspólnego wyjazdu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego na tereny dotknięte powodzią pierwsze skrzypce grał premier, a marszałek tylko mu akompaniował katastrofy pojawił się ze  sporym opóźnieniem. To wystarczyło, by w świadomości Amerykanów utrwaliły się obrazki zapomnianego przez władzę Nowego Orleanu, który pozostawiono samemu sobie akurat w momencie, gdy miastu trzeba było pomóc. To był śmiertelny cios dla prezydentury Busha.

Decyzję o zakasywaniu rękawów i bronieniu wałów, by trzymać się Dornowskiego języka, Tusk podjął sam. Nie konsultował się w tej sprawie ani ze swoimi współpracownikami z kancelarii premiera, ani z kolegami z  partii. Niewykluczone, że miał też w pamięci niemieckie wybory z 2002 r., do których szef SPD Gerhard Schröder przystępował, jak się początkowo wydawało, ze straconej pozycji. Paradoksalnie jego rząd uratowała wówczas właśnie powódź. Podczas gdy jego rywal z CDU Edmund Stoiber ubrany w elegancki garnitur obserwował żywioł ze statku marynarki wojennej, umorusany i spocony kanclerz pomagał ratować dobytek zwykłych ludzi. Oprócz chęci powtórzenia efektu Schrödera Tuskiem mogły kierować inne motywy. – Gdyby Tusk nie jeździł od pierwszego dnia, byłby atakowany, że lekceważy tragedię – przyznaje były premier Leszek Miller. Sporo racji ma też szef klubu PO Grzegorz Schetyna. – Ludzie muszą wiedzieć, że rząd o nich pamięta. Poza tym nie oszukujmy się, czasami trzeba też na kogoś huknąć.

Coś w tym jest. By jeszcze raz odwołać się do słów Dorna, można by postawić tezę, że zgodnie z ustawą tymi pohukiwaniami powinien się zajmować szef MSWiA. Tyle że Jerzy Miller kompletnie się do tego nie nadaje. To raczej typ pilnego urzędnika niż twardego menedżera umiejącego wziąć podwładnych za twarz. Dobrze obrazuje to jego styl pracy. Miller jest diabelnie pracowity i  chyba jako jedyny minister osobiście czyta wszystkie dokumenty. Robi to  nawet teraz, kiedy na głowie ma powódź i badanie smoleńskiej katastrofy. Szczegóły potrafią mu przesłonić to, co najważniejsze. Efekt jest taki, że zamiast podejmować kluczowe decyzje, skupia się na przykład na  poprawianiu w dokumentach błędów interpunkcyjnych. Wygląda na to, że  pryncypia umknęły mu też w dniach poprzedzających powódź. Mimo że  Instytut Meteorologii trzy dni z rzędu bombardował go alarmami hydrologicznymi, jego biuro prasowe kilkanaście godzin przed rozpoczęciem dramatu wydało komunikat z jasnym przekazem: powodzi nie  będzie.

Miller wśród urzędników swojego resortu dorobił się przezwiska „król Jerzy". Jego sekretarki są przyzwyczajone do tego, że gdy auto szefa przekracza bramę resortu, trzeba zamówić śniadanie. Zdarzały się już sytuacje, w których Miller majestatycznie wkraczał do swojego gabinetu, a za nim dreptał kelner niosący talerz z jajecznicą lub  parówkami. Całkiem niedawno w prasie ukazały się też zdjęcia amfibii przewożącejjego limuzynę. Tu ludzie tracący dobytek życia, a obok wyeksponowane ministerialne luksusowe bmw. Słuchu społecznego Tuska Miller na pewno nie ma.

W rolę jednego z dowódców w walce z powodzią teoretycznie powinien wejść minister środowiska Andrzej Kraszewski. Ale  nie ma ku temu żadnych predyspozycji. Ten ceniony naukowiec jest całkowicie pozbawiony politycznego zacięcia. Kiedy premier na jednym z  posiedzeń sztabu kryzysowego spytał go o pomysły na przeciwdziałanie powodziom, Kraszewski zaproponował zorganizowanie całodziennej sesji pod  auspicjami jego resortu. – Chodzi o analizę wpływających do mnie wniosków w sprawie usprawnienia systemu – tłumaczy „Wprost". Kilkanaście godzin akademickich dyskusji z pewnością nie zaszkodzi, ale trudno się po czymś takim spodziewać rewolucji.

W walkę z powodzią z refleksem włączyli się natomiast szef MON Bogdan Klich i minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Obaj już pierwszego dnia rzucili do walki z wodą wojsko, służbę więzienną i  osadzonych (głównie alimenciarzy, pijanych rowerzystów i odsiadujących końcówki wyroków). Ich pomoc okazała się przydatna. Kiedy o drugiej w nocy w  podwarszawskich Łomiankach zaczął przeciekać wał chroniący miasto przed Wisłą, z więziennych prycz zerwano kilkudziesięciu osadzonych i sytuacja została opanowana.

Gdy powódź się zaczęła, wielu sądziło, że Tusk, rząd i Platforma mają wielkiego pecha. Po pierwszym, „smoleńskim" ciosie, który dał wielki impet PiS, przyszedł cios drugi, potencjalnie nokautujący. Wszystko wskazuje jednak na to, że i z tego kryzysu premier wyszedł obronną ręką. A że wcześniej nie zaszkodziły mu ani kryzys finansowy, ani afera hazardowa, politycy PiS uznali, że w tym politycznym sezonie Tusk jest nie do pokonania. Skupili się zatem na  tym, który wydał im się słabszy, czyli na bezpośrednim rywalu w  najbliższych wyborach Bronisławie Komorowskim.

Ten na tle Tuska wypadł blado. Chcąc dodatkowo obniżyć rangę marszałka, politycy PiS zaczęli nazywać Tuska mężem stanu, który to tytuł dotychczas rezerwowali wyłącznie dla swojego prezesa. A potem próbowali przekonywać, że Polska potrzebuje duetu dwóch mężów stanu. Czy taki zabieg może przynieść efekty? Jeden duet Polacy już mieli. Teraz mają drugi, platformerski, z  ewidentnym szefem i jasnym zastępcą. Sondaże wskazują na to, że  większość czuje się z tym duetem i ustaloną w nim hierarchią całkiem komfortowo.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2010
Więcej możesz przeczytać w 23/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 15
  • Lebanon@10g.pl IP
    Pan Premier nie ma łatwego życia !
    Dziennikarze używają coraz więcej określeń biblijnych dla szefa państwa !
    Powódź jest wielka ,to każdy wie i widzi ,ale zauważmy ,nikt nie nawiązje do powodzi biblijnej czyli,potopu !
    Ateiści nie chcą słyszeć o Biblii ,bo ją traktują jak baśń !
    A to przecież była prawda !
    Ciekawe , w jaki sposób dotknie zdemoralizowanych ludzi los Sodomy i Gomory ?
    Sprwiedliwi zawsze będą pod opieką Pana Boga ,ale demoralizatorzy znajdą się w piekle !
    Pomagajmy powodzianom !
    Zmażemy z siebie część naszych win !Kapitaliści,bogacze pochwalcie się, ile daliście powodzianom ?
    Papież dał 50 milionów ,Caritas też miliony a wy ?
    • ania IP
      Niestety możliwości komentowania strony numer 4 (Internauci komentują zmianę naczelnego) papierowego wydania - brak, zatem piszę na pierwszej dostępnej. Przytoczono na niej pozytywne i negatywne komentarze dotyczące (tfu) redaktora Lisa w proporcji 1:1. TANIA PROPAGANDA. Czyli tak jak można się było spodziewać. Na forum WPROST 24, gdzie komentarze zaczynają się 25 maja, NEGATYWNE komentarze stanowią przeszło 90 procent. Tyle na ten temat.
      • Narodowiec; IP
        Niech się wytłumaczy powodzianą,!!! Co zrobił z ustawami i pieniędzmi--/ śp Gęsickiej, a nie rżnie głupa, przed ludzmi.!!??//
        • maxlowe IP
          Prozne zale.. Wybieraliscie w tomacie - no to macie!
          • xylon IP
            Jeżeli jest jak Mojżesz to reszta PO to egipcjanie patrzący z niedowierzaniem jak zalewa ich spiętrzona krytyka za zmarnowane 3 lat rządzenia.Niestety na ratunek za póżno bo sprawiedliwość dziejowa musi się dokonać

            Czytaj także