Unię Europejską napędza ropa, gaz i węgiel. W ciągu 10 lat to trio odda jednak część pola odnawialnym źródłom energii. Dywersyfikacja źródeł energii nie uratuje UE przed globalnym ociepleniem, ale może ją uniezależnić od importu surowców z Rosji i uchronić przed brakami w dostawach ropy.
W Afryce subsaharyjskiej widok burzonej spychaczem chaty i zrozpaczonej utratą ziemi rodziny nikogo nie dziwi. To na pewno kolejny europejski producent biopaliw postanowił obniżyć koszty produkcji i przenieść swoje uprawy na Czarny Ląd. Z przekonaniem lokalnego urzędnika do podpisania nakazu wywłaszczenia nie miał problemów. Argumentem jest „dobro całej społeczności" i, oczywiście, parę dolarów.
Z raportu opracowanego przez międzynarodową organizację Przyjaciele Ziemi wynika, że Europejczycy wykupili w Afryce już ponad 5 mln ha ziemi, by uprawiać tam rośliny niezbędne do produkcji biopaliw. Autorzy raportu twierdzą, że ich uprawa odbywa się kosztem produkcji żywności dla samej Afryki, a także powoduje wylesianie i zwiększa niedobór wody pitnej.
Nie ma jednak szans, by koncerny ruszyło sumienie. Gdy unijni politycy zdecydowali, by w 2020 r. aż 10 proc. pojazdów jeżdżących po drogach Unii było napędzanych biopaliwami, zaczęły się poszukiwania taniego źródła ich pochodzenia. Biopaliwa to tylko jeden z elementów strategii zwiększania udziału odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym UE. W 2020 r. odnawialne źródła energii (OZE) mają stanowić już 20 proc. rynku energii. To ponad dwa razy więcej niż dziś. Wszystko po to, by zrealizować nadrzędny cel: do roku 2020 zredukować emisję dwutlenku węgla o jedną piątą i wygrać z globalnym ociepleniem.
Z deszczu pod rynnę?
Osiągnięcie tego celu będzie kosztować członków UE nawet 210 mld euro rocznie – twierdzi Richard Tol, ekonomista z dublińskiego Instytutu Badań Społecznych i Ekonomicznych. Czy biopaliwa rzeczywiście rozwiązują problem? Według upublicznionego w kwietniu tego roku raportu samej Komisji Europejskiej ich produkcja to nawet czterokrotnie więcej dwutlenku węgla w atmosferze niż w wypadku wykorzystywania zwyczajnej benzyny. Z kolei profesor David Pimentel z Cornell University uważa, że produkcja biopaliw pochłania o 70 proc. energii więcej, niż są one w stanie dostarczyć. Politycy jednak biopaliwa uparcie wspierają. Rzecz w tym, że w promowaniu odnawialnych źródeł energii nie chodzi tak naprawdę o klimat, ale o znalezienie surowca, który w przyszłości zastąpi ropę.– Żeby walka z globalnym ociepleniem była skuteczna, trzeba do niej przekonać największych emitentów CO2: Chiny, Indie, USA czy Rosję. Bez nich możemy w Unii zredukować emisję CO2 do zera i zamienić wszystkie elektrownie węglowe na fermy wiatrowe, a i tak średnie temperatury będą rosły – mówi prof. Janusz Lewandowski, dyrektor Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej. Tymczasem Chiny twierdzą, że ograniczanie emisji CO2 nie powinno stawać na drodze ich rozwoju. Zeszłoroczny szczyt klimatyczny w Kopenhadze pokazał, że do niczego wprost się nie zobowiążą. Nawet USA mimo „zielonej retoryki" nie są w stanie wprowadzić proklimatycznej legislacji – z tych samych powodów co Chiny. Zresztą w samej UE zmniejszanie emisji CO2 i zwiększanie obecności energii odnawialnej też może się nie udać. – O ile kraje starej Unii bez problemu zrealizują ambitne założenia, o tyle w Polsce, Bułgarii czy Estonii dużą rolę odgrywa i przez długi czas będzie odgrywać węgiel. Te kraje są zbyt biedne, żeby szybko przestawić się na czystą energię – uważa prof. Krzysztof Żmijewski analityk z firmy Procesy Inwestycyjne zajmującej się doradztwem energetycznym. Janusz Lewandowski twierdzi, że nie sposób szybko zrezygnować z węgla, bo koszt energii wyprodukowanej z biomasy, wiatru, energii wodnej czy słonecznej jest co najmniej dwukrotnie większy niż w wypadku tej samej energii wyprodukowanej z węgla.
W Polsce, w której węgiel ma 90-procentowy udział w rynku energii, zbyt mały nacisk kładzie się na ekologiczne wykorzystanie paliw kopalnych. A jeśli się to już robi, to zupełnie na opak. Tak jak w wypadku zastosowania mechanizmu CCS (technologii przechwytywania i składowania CO2 pod ziemią) w Elektrowni Bełchatów. Instalacja kosztuje 600 mln euro, zacznie działać dopiero w 2015 r., a już wiadomo, że znacznie zmniejszy wydajność elektrowni.
– Inwestycje w OZE są konieczne, ale unijna strategia jest zbyt mocno upolityczniona. Odnawialne źródła energii promują najsilniejsze państwa Unii: Niemcy, Wielka Brytania i Francja, bo mają one nadzieję, że będą mogły potem sprzedawać czyste technologie innym. Na przykład Anglicy zakładają, że po 2030 r. nie będą mieli w ogóle przemysłu na swoim terytorium, bo przeprowadzą jego całkowity outsourcing. Bezpośrednio z Anglii będą eksportować jedynie energetyczne know-how – uważa Krzysztof Żmijewski.
Co po ropie
Dywersyfikacja źródeł energii w Unii Europejskiej klimatowi nie pomoże, ale ochroni nas przed brakiem benzyny w baku. Raport Dowództwa Połączonych Sił Zbrojnych USA „JOE 2010" prognozuje, że już od 2015 r. ze względu na wyczerpywanie się złóż zacznie brakować do 10 mln baryłek ropy dziennie. Doradca prezydenta Baracka Obamy, Glen Sweetnam, ostrzega nawet, że niedobory ropy mogą wystąpić już w przyszłym roku. W dodatku opublikowane w marcu badania dr. Davida Kinga z Oksfordu ujawniają, że światowe rezerwy ropy są o 20 proc. mniejsze, niż dotychczas sądzono. Zamiast ponad 1,1 bln baryłek rocznie wynoszą jedynie ok. 900 mld. Jak to możliwe? W latach 80. XX w. państwa OPEC, czyli najwięksi światowi producenci ropy, wzajemnie się okłamywały i podawały zawyżone szacunki swoich rezerw. Na tej podstawie mogły zwiększyć produkcję ropy kosztem swoich „wspólników". Zawyżone szacunki trafiały potem do globalnych statystyk. Jakie będą skutki braku ropy, jeśli nie uda nam się na czas zastąpić jej innym paliwem? – W skali świata spadek produkcji ropy oznacza ograniczenie wzrostu gospodarczego. Słabe kraje mogą zbankrutować. Poważnie ucierpią nawet Chiny i Indie – alarmuje generał James Mattis, jeden z twórców amerykańskiego raportu. Unia Europejska również ucierpi, bo ropa stanowi aż 36 proc. europejskiego rynku paliw. W ciągu kilkudziesięciu lat stanie się towarem luksusowym. Puru Saxena, szef Puru Saxena Wealth Management, globalnej firmy konsultingowej, przewiduje, że ceny ropy wzrosną nawet do 300 dolarów za baryłkę (obecnie baryłka kosztuje ok. 70 dolarów), samochody SUV spalające rocznie ogromne ilości paliwa przejdą do historii, a samolotami podróżować będą tylko najbogatsi.
Silnik benzynowy zastąpiłby napęd elektryczny. Nic nie stoi na przeszkodzie, by potrzebną mu energię wytwarzano ze źródeł odnawialnych. UE ma ambitne plany. Chce wykorzystać energię słoneczną. Wiadomo, że w ciągu roku metr kwadratowy globu absorbuje średnio 170 W energii ze słońca. To ilość odpowiadająca spaleniu 200 kg węgla. W lipcu 2009 r. pod auspicjami Klubu Rzymskiego narodził się projekt „Desertec". Na terenie Sahary mają powstać elektrownie słoneczne za 400 mld euro. Do 2050 r. przedsięwzięcie ma zaspokajać 15 proc. europejskiego zapotrzebowania na prąd. – To dzięki prężnie rozwijającej się nauce zajmującej się przetwarzaniem energii świetlnej na elektryczną. Energia świetlna to tylko 1 proc. w bilansie energetycznym Unii, ale to się zmieni, bo projekt „Desertec" już przyciąga realnych inwestorów – komentuje Bogdan Szymański, ekspert ds. energii odnawialnej z czasopisma „GLOBEnergia”.
Z drugiej strony, w Europie jak grzyby po deszczu rosną elektrownie wiatrowe. Mają duży potencjał. Uczeni z Uniwersytetu Harvarda twierdzą, że wiatr mógłby całkowicie zaspokoić potrzeby energetyczne ludzkości. Gdyby jednak sam wiatr nie wystarczył, mamy jeszcze – przekonują rzecznicy OZE – energię geotermalną, elektrownie wodne, a nawet możliwość wytwarzania energii ze zwierzęcych odchodów.
Tyłem do Rosji
Zwiększona obecność odnawialnych źródeł energii w całkowitym zużyciu energii w UE rozwiązałaby jeszcze inny problem – zależność od importu surowców od jednego kontrahenta. Jednak to trudne zadanie. Obecnie UE importuje ponad 80 proc. ropy i 60 proc. całości wykorzystywanego przez siebie gazu. Głównym dostawcą tych paliw jest Rosja. Prawdziwym problemem jest jednak gaz, bo dostawców ropy o wiele łatwiej zmienić. Niektóre państwa członkowskie obawiają się powtórki sytuacji z początku 2009 r., kiedy Rosja wstrzymała dostawy gazu na Ukrainę, wywołując tym samym niedobory w innych krajach (m.in. w Polsce). Wszystko dlatego, że właśnie przez Ukrainę dociera do UE aż 80 proc. rosyjskiego gazu. Unijny komisarz ds. energii Günther Oettinger twierdzi, że uzależnienie od Rosji w najbliższym czasie będzie rosło. – Unia i Rosja są na siebie zdane – mówił w sierpniowym wywiadzie dla moskiewskiego „Kommiersanta". – Tak długo, jak nie jest dostępna infrastruktura umożliwiająca dywersyfikację dostaw, tak długo nie można oczekiwać uniezależnienia w imporcie gazu – przekonuje Honorata Nyga-Łukaszewska ze Szkoły Głównej Handlowej. Niestety, infrastruktura to wciąż teoria. Budowa gazociągu Nabucco, który transportując ropę znad Morza Kaspijskiego, mógłby zmienić układ sił energetycznych, wciąż stoi pod znakiem zapytania, a słynny gazociąg Nord Stream raczej zwiększa, niż zmniejsza zależność UE od Rosji.
Skoro nie ma nadziei na dywersyfikację dostaw gazu, powinniśmy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wyprodukować go samodzielnie alternatywnymi sposobami. – Nie można wykluczyć, że w długim okresie to właśnie dzięki innowacyjnym technologiom uda się uzyskać większą ilość własnego gazu – przekonuje Nyga-Łukaszewska. Jednym z alternatywnych sposobów jest uzyskiwanie tzw. biogazu z fermentacji związków pochodzenia organicznego. Taka fermentacja zachodzi samoczynnie, choćby na wysypiskach śmieci. Uzyskany w ten sposób gaz może skutecznie podgrzewać wodę albo zostać przekształcony dalej w energię elektryczną. 100 m³ biogazu to 540-600 kWh energii elektrycznej. W Niemczech liczba elektrowni biogazowych przekroczyła już 1000, w Polsce jest ich zaledwie koło 130.
Skąd brać energię
Same źródła odnawialne jednak nie wystarczą. Słońce nie świeci 24 godziny na dobę, wiatr nie wieje cały rok, a woda w wielu miejscach na świecie staje się towarem deficytowym. Dywersyfikacja źródeł energii musi być szersza. Potrzebne są rozwiązania, które będą komplementarne z OZE. Pierwszym, który trzeba rozważyć, jest energia atomowa. Stanowi ona obecnie jedynie 13 proc. unijnego rynku, ale pod względem wydajności (choć nie kosztów uruchomienia produkcji) bije wszystkie inne na głowę. Uranu, choć nie jest surowcem odnawialnym, starczy co najmniej na 300 lat. Niektórzy twierdzą nawet, że jeśli odtworzymy i będziemy kontrolować reakcję zachodzącą w bombie wodorowej, będziemy w stanie zapewnić bezpieczeństwo energetyczne całej ludzkości. – Jeśli nie wykorzystamy energii atomowej, może dojść do sytuacji podobnej jak w Szwecji uzależnionej od elektrowni wodnych. Gdy jest susza, muszą energię importować – twierdzi prof. Lewandowski. Polska swoją pierwszą elektrownię atomową zamierza wybudować do 2020 r.
Z raportu opracowanego przez międzynarodową organizację Przyjaciele Ziemi wynika, że Europejczycy wykupili w Afryce już ponad 5 mln ha ziemi, by uprawiać tam rośliny niezbędne do produkcji biopaliw. Autorzy raportu twierdzą, że ich uprawa odbywa się kosztem produkcji żywności dla samej Afryki, a także powoduje wylesianie i zwiększa niedobór wody pitnej.
Nie ma jednak szans, by koncerny ruszyło sumienie. Gdy unijni politycy zdecydowali, by w 2020 r. aż 10 proc. pojazdów jeżdżących po drogach Unii było napędzanych biopaliwami, zaczęły się poszukiwania taniego źródła ich pochodzenia. Biopaliwa to tylko jeden z elementów strategii zwiększania udziału odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym UE. W 2020 r. odnawialne źródła energii (OZE) mają stanowić już 20 proc. rynku energii. To ponad dwa razy więcej niż dziś. Wszystko po to, by zrealizować nadrzędny cel: do roku 2020 zredukować emisję dwutlenku węgla o jedną piątą i wygrać z globalnym ociepleniem.
Z deszczu pod rynnę?
Osiągnięcie tego celu będzie kosztować członków UE nawet 210 mld euro rocznie – twierdzi Richard Tol, ekonomista z dublińskiego Instytutu Badań Społecznych i Ekonomicznych. Czy biopaliwa rzeczywiście rozwiązują problem? Według upublicznionego w kwietniu tego roku raportu samej Komisji Europejskiej ich produkcja to nawet czterokrotnie więcej dwutlenku węgla w atmosferze niż w wypadku wykorzystywania zwyczajnej benzyny. Z kolei profesor David Pimentel z Cornell University uważa, że produkcja biopaliw pochłania o 70 proc. energii więcej, niż są one w stanie dostarczyć. Politycy jednak biopaliwa uparcie wspierają. Rzecz w tym, że w promowaniu odnawialnych źródeł energii nie chodzi tak naprawdę o klimat, ale o znalezienie surowca, który w przyszłości zastąpi ropę.– Żeby walka z globalnym ociepleniem była skuteczna, trzeba do niej przekonać największych emitentów CO2: Chiny, Indie, USA czy Rosję. Bez nich możemy w Unii zredukować emisję CO2 do zera i zamienić wszystkie elektrownie węglowe na fermy wiatrowe, a i tak średnie temperatury będą rosły – mówi prof. Janusz Lewandowski, dyrektor Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej. Tymczasem Chiny twierdzą, że ograniczanie emisji CO2 nie powinno stawać na drodze ich rozwoju. Zeszłoroczny szczyt klimatyczny w Kopenhadze pokazał, że do niczego wprost się nie zobowiążą. Nawet USA mimo „zielonej retoryki" nie są w stanie wprowadzić proklimatycznej legislacji – z tych samych powodów co Chiny. Zresztą w samej UE zmniejszanie emisji CO2 i zwiększanie obecności energii odnawialnej też może się nie udać. – O ile kraje starej Unii bez problemu zrealizują ambitne założenia, o tyle w Polsce, Bułgarii czy Estonii dużą rolę odgrywa i przez długi czas będzie odgrywać węgiel. Te kraje są zbyt biedne, żeby szybko przestawić się na czystą energię – uważa prof. Krzysztof Żmijewski analityk z firmy Procesy Inwestycyjne zajmującej się doradztwem energetycznym. Janusz Lewandowski twierdzi, że nie sposób szybko zrezygnować z węgla, bo koszt energii wyprodukowanej z biomasy, wiatru, energii wodnej czy słonecznej jest co najmniej dwukrotnie większy niż w wypadku tej samej energii wyprodukowanej z węgla.
W Polsce, w której węgiel ma 90-procentowy udział w rynku energii, zbyt mały nacisk kładzie się na ekologiczne wykorzystanie paliw kopalnych. A jeśli się to już robi, to zupełnie na opak. Tak jak w wypadku zastosowania mechanizmu CCS (technologii przechwytywania i składowania CO2 pod ziemią) w Elektrowni Bełchatów. Instalacja kosztuje 600 mln euro, zacznie działać dopiero w 2015 r., a już wiadomo, że znacznie zmniejszy wydajność elektrowni.
– Inwestycje w OZE są konieczne, ale unijna strategia jest zbyt mocno upolityczniona. Odnawialne źródła energii promują najsilniejsze państwa Unii: Niemcy, Wielka Brytania i Francja, bo mają one nadzieję, że będą mogły potem sprzedawać czyste technologie innym. Na przykład Anglicy zakładają, że po 2030 r. nie będą mieli w ogóle przemysłu na swoim terytorium, bo przeprowadzą jego całkowity outsourcing. Bezpośrednio z Anglii będą eksportować jedynie energetyczne know-how – uważa Krzysztof Żmijewski.
Co po ropie
Dywersyfikacja źródeł energii w Unii Europejskiej klimatowi nie pomoże, ale ochroni nas przed brakiem benzyny w baku. Raport Dowództwa Połączonych Sił Zbrojnych USA „JOE 2010" prognozuje, że już od 2015 r. ze względu na wyczerpywanie się złóż zacznie brakować do 10 mln baryłek ropy dziennie. Doradca prezydenta Baracka Obamy, Glen Sweetnam, ostrzega nawet, że niedobory ropy mogą wystąpić już w przyszłym roku. W dodatku opublikowane w marcu badania dr. Davida Kinga z Oksfordu ujawniają, że światowe rezerwy ropy są o 20 proc. mniejsze, niż dotychczas sądzono. Zamiast ponad 1,1 bln baryłek rocznie wynoszą jedynie ok. 900 mld. Jak to możliwe? W latach 80. XX w. państwa OPEC, czyli najwięksi światowi producenci ropy, wzajemnie się okłamywały i podawały zawyżone szacunki swoich rezerw. Na tej podstawie mogły zwiększyć produkcję ropy kosztem swoich „wspólników". Zawyżone szacunki trafiały potem do globalnych statystyk. Jakie będą skutki braku ropy, jeśli nie uda nam się na czas zastąpić jej innym paliwem? – W skali świata spadek produkcji ropy oznacza ograniczenie wzrostu gospodarczego. Słabe kraje mogą zbankrutować. Poważnie ucierpią nawet Chiny i Indie – alarmuje generał James Mattis, jeden z twórców amerykańskiego raportu. Unia Europejska również ucierpi, bo ropa stanowi aż 36 proc. europejskiego rynku paliw. W ciągu kilkudziesięciu lat stanie się towarem luksusowym. Puru Saxena, szef Puru Saxena Wealth Management, globalnej firmy konsultingowej, przewiduje, że ceny ropy wzrosną nawet do 300 dolarów za baryłkę (obecnie baryłka kosztuje ok. 70 dolarów), samochody SUV spalające rocznie ogromne ilości paliwa przejdą do historii, a samolotami podróżować będą tylko najbogatsi.
Silnik benzynowy zastąpiłby napęd elektryczny. Nic nie stoi na przeszkodzie, by potrzebną mu energię wytwarzano ze źródeł odnawialnych. UE ma ambitne plany. Chce wykorzystać energię słoneczną. Wiadomo, że w ciągu roku metr kwadratowy globu absorbuje średnio 170 W energii ze słońca. To ilość odpowiadająca spaleniu 200 kg węgla. W lipcu 2009 r. pod auspicjami Klubu Rzymskiego narodził się projekt „Desertec". Na terenie Sahary mają powstać elektrownie słoneczne za 400 mld euro. Do 2050 r. przedsięwzięcie ma zaspokajać 15 proc. europejskiego zapotrzebowania na prąd. – To dzięki prężnie rozwijającej się nauce zajmującej się przetwarzaniem energii świetlnej na elektryczną. Energia świetlna to tylko 1 proc. w bilansie energetycznym Unii, ale to się zmieni, bo projekt „Desertec" już przyciąga realnych inwestorów – komentuje Bogdan Szymański, ekspert ds. energii odnawialnej z czasopisma „GLOBEnergia”.
Z drugiej strony, w Europie jak grzyby po deszczu rosną elektrownie wiatrowe. Mają duży potencjał. Uczeni z Uniwersytetu Harvarda twierdzą, że wiatr mógłby całkowicie zaspokoić potrzeby energetyczne ludzkości. Gdyby jednak sam wiatr nie wystarczył, mamy jeszcze – przekonują rzecznicy OZE – energię geotermalną, elektrownie wodne, a nawet możliwość wytwarzania energii ze zwierzęcych odchodów.
Tyłem do Rosji
Zwiększona obecność odnawialnych źródeł energii w całkowitym zużyciu energii w UE rozwiązałaby jeszcze inny problem – zależność od importu surowców od jednego kontrahenta. Jednak to trudne zadanie. Obecnie UE importuje ponad 80 proc. ropy i 60 proc. całości wykorzystywanego przez siebie gazu. Głównym dostawcą tych paliw jest Rosja. Prawdziwym problemem jest jednak gaz, bo dostawców ropy o wiele łatwiej zmienić. Niektóre państwa członkowskie obawiają się powtórki sytuacji z początku 2009 r., kiedy Rosja wstrzymała dostawy gazu na Ukrainę, wywołując tym samym niedobory w innych krajach (m.in. w Polsce). Wszystko dlatego, że właśnie przez Ukrainę dociera do UE aż 80 proc. rosyjskiego gazu. Unijny komisarz ds. energii Günther Oettinger twierdzi, że uzależnienie od Rosji w najbliższym czasie będzie rosło. – Unia i Rosja są na siebie zdane – mówił w sierpniowym wywiadzie dla moskiewskiego „Kommiersanta". – Tak długo, jak nie jest dostępna infrastruktura umożliwiająca dywersyfikację dostaw, tak długo nie można oczekiwać uniezależnienia w imporcie gazu – przekonuje Honorata Nyga-Łukaszewska ze Szkoły Głównej Handlowej. Niestety, infrastruktura to wciąż teoria. Budowa gazociągu Nabucco, który transportując ropę znad Morza Kaspijskiego, mógłby zmienić układ sił energetycznych, wciąż stoi pod znakiem zapytania, a słynny gazociąg Nord Stream raczej zwiększa, niż zmniejsza zależność UE od Rosji.
Skoro nie ma nadziei na dywersyfikację dostaw gazu, powinniśmy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wyprodukować go samodzielnie alternatywnymi sposobami. – Nie można wykluczyć, że w długim okresie to właśnie dzięki innowacyjnym technologiom uda się uzyskać większą ilość własnego gazu – przekonuje Nyga-Łukaszewska. Jednym z alternatywnych sposobów jest uzyskiwanie tzw. biogazu z fermentacji związków pochodzenia organicznego. Taka fermentacja zachodzi samoczynnie, choćby na wysypiskach śmieci. Uzyskany w ten sposób gaz może skutecznie podgrzewać wodę albo zostać przekształcony dalej w energię elektryczną. 100 m³ biogazu to 540-600 kWh energii elektrycznej. W Niemczech liczba elektrowni biogazowych przekroczyła już 1000, w Polsce jest ich zaledwie koło 130.
Skąd brać energię
Same źródła odnawialne jednak nie wystarczą. Słońce nie świeci 24 godziny na dobę, wiatr nie wieje cały rok, a woda w wielu miejscach na świecie staje się towarem deficytowym. Dywersyfikacja źródeł energii musi być szersza. Potrzebne są rozwiązania, które będą komplementarne z OZE. Pierwszym, który trzeba rozważyć, jest energia atomowa. Stanowi ona obecnie jedynie 13 proc. unijnego rynku, ale pod względem wydajności (choć nie kosztów uruchomienia produkcji) bije wszystkie inne na głowę. Uranu, choć nie jest surowcem odnawialnym, starczy co najmniej na 300 lat. Niektórzy twierdzą nawet, że jeśli odtworzymy i będziemy kontrolować reakcję zachodzącą w bombie wodorowej, będziemy w stanie zapewnić bezpieczeństwo energetyczne całej ludzkości. – Jeśli nie wykorzystamy energii atomowej, może dojść do sytuacji podobnej jak w Szwecji uzależnionej od elektrowni wodnych. Gdy jest susza, muszą energię importować – twierdzi prof. Lewandowski. Polska swoją pierwszą elektrownię atomową zamierza wybudować do 2020 r.
Pewne jest, że UE nie zarzuci projektu zmiany swego energetycznego oblicza i trzeba go zrealizować tak, by nie zmarnować pieniędzy. – Kiedyś z podręcznego słownika znikną takie słowa jak „ropa" czy „gaz". Nie dlatego, że się wyczerpią, ale dlatego, że ktoś wymyśli coś lepszego – mówi ekonomista Bryan Caplan z George Mason University. Czy unijny plan dywersyfikacji źródeł energii przyspieszy ten proces?
