Nie wystarczy być

Nie wystarczy być

Kim naprawdę był Jerzy Kosiński: wybitnym pisarzem, seksualnym maniakiem, manipulantem? Nowa powieść Janusza Głowackiego nie przynosi łatwych odpowiedzi.
Pisarz Jerzy Kosiński został znaleziony martwy w swoim apartamencie na  Manhattanie wczoraj rano – informował „The New York Times" 4 maja 1991 roku. – Miał 57 lat. To prawdopodobnie samobójstwo. Świadkowie, którzy tego samego wieczoru widzieli go na przyjęciu na Upper East Side, podają, że urodzony w Polsce pisarz sprawiał wrażenie osoby zadowolonej. 14 godzin później jego żona Katherina von Fraunhofer-Kosinski znalazła go nagiego w wannie wypełnionej wodą, z plastikową torbą zawiniętą wokół głowy”. Obraz tragicznej śmierci oraz burzliwe życie Jerzego Kosińskiego wracają przy okazji książki „Good night Dżerzi” opublikowanej właśnie przez Janusza Głowackiego, dramaturga i powieściopisarza, autora m.in. „Antygony w Nowym Jorku”. – Jerzy nie był moim kolegą – przyznaje Głowacki. – W Ameryce jest powiedzenie: „On jest moim dobrym przyjacielem, grałem z nim raz w tenisa". Znałem go trochę, kilka razy się spotkaliśmy w Nowym Jorku. Obserwowałem jego oszałamiający sukces i  jego upadek. To był rodzaj fascynacji połączonej z zazdrością o jego dziką karierę. Napisałem tę książkę, żeby sprawdzić, czy to się tak musiało skończyć, a przy okazji dowiedzieć się, ile w jego zachowaniu było prawdy, a ile gry, ile manipulacji, a ile prawdziwego koszmaru. Głowacki nazywa Kosińskiego „Wielkim Mistyfikatorem”, kimś, kto fałszował swój życiorys,grał: – To był szalenie atrakcyjny performer, który w pewnym momencie poczuł, że jest już zmęczony byciem Kosińskim.

Polo na Florydzie

Gwiazdą w Ameryce Kosiński, na równi z Normanem Mailerem czy Johnem Updikiem, stał się w 1965 roku, po publikacji „Malowanego ptaka" –  wstrząsającej książki o małym chłopcu, nie wiadomo, czy Cyganie, czy  Żydzie, który opuszczony przez rodziców w trakcie II wojny światowej błąka się po wschodnioeuropejskich wsiach, stając się bądź ofiarą, bądź świadkiem najokrutniejszych form przemocy. Głowacki mówi, że Kosiński skontaktował się z Elie Wieselem, recenzentem książki, nim ten wysłał ostateczną wersję tekstu do „The New York Timesa”, i przekonał go, że  jako dziecko przeżył to piekło osobiście. Wzruszony Wiesel, który był w  obozach w Auschwitz i Buchenwaldzie, uznał Kosińskiego za świadka Holocaustu i zmienił chłodną recenzję na entuzjastyczną. „Malowany ptak” wszedł do kanonu literatury o Holocauście.

Kosiński potwierdził klasę kolejną powieścią – „Kroi" z 1968 roku – za którą otrzymał prestiżową The National Book Award. Kolejna – „Wystarczy być” z 1971 roku – została zekranizowana z Peterem Sellersem w roli przeciętnego ogrodnika, który robi karierę polityczną. Sukces sprawił, że Kosiński stał się częścią nowojorskiej elity łączącej nie tylko pisarzy i wydawców, ale też polityków, biznesmenów, ludzi mediów, aktorów. W 1973 roku został prezesem amerykańskiego Pen Clubu.Człowiek, który w 1957 roku w wieku 24 lat przyjechał do USA z Polski z dwoma dolarami w kieszeni, mógł sobie teraz pozwolić na apartament na Manhattanie oraz domek w Szwajcarii. Poza tym wykładał na prestiżowych uniwersytetach Yale i Princeton, był gościem popularnego talk-show „Tonight Show”, odpoczywał na południu Francji, grał w polo na Florydzie, opalał się na Dominikanie. Na okładki pism zdjęcia robiła mu Annie Leibovitz.

Mógłbym być terrorystą

Ale to Kosińskiemu nie wystarczało. Lubił eksperymentować i przekraczać siebie, nie tylko bawiąc się w przebieranki ze sztuczną brodą i wąsami, lecz przede wszystkim seksualnie. Mówiło się – czemu nie zaprzeczał – że  odwiedza burdele, kluby sadomasochistyczne, obraca się w środowisku transseksualistów. Jego kolejne książki zaludniły się perwersyjnymi bohaterami poszukującymi seksualnego spełnienia. „Za wyjątkiem morderstwa mam doskonałą wiedzę o sprawach, o których piszę – chwalił się. – Oczywiście mieć wiedzę nie znaczy praktykować. Pod łóżkiem trzymam papier do maszyny do pisania, a nie bicze i kajdanki. Mam w  sobie destrukcyjny potencjał. Mógłbym być kryminalistą, maniakiem seksualnym. Ale chroni mnie pisanie. Dzięki temu zamiast destrukcyjny jestem kreatywny".

Głowacki sądzi, że amerykański establishment tolerował jego mroczne fascynacje, tłumacząc je potrzebą odreagowania traumy Holocaustu. – Problem w tym, że Kosiński zaczął identyfikować swoje życie z życiem bohaterów. Nagle sam stał się ekspertem od seksklubów, od zmian płci. Zobaczył, jak dobrze zło się sprzedaje. Widział wokół siebie ogrom kłamstwa i manipulacji i szybko się uczył. W pewnym momencie zamienił siebie w kreację, nie wiedząc samemu, gdzie prawda, a gdzie kłamstwo.

Andrzej Żuławski, reżyser i  pisarz, te rewelacje o Kosińskim nazywa insynuacjami: – Jego życie wszyscy znali tylko do północy. Reszta to spekulacje, połowa jego życia była skrywana. Poznałem go pod koniec lat 70. w Nowym Jorku. Zaopiekował się mną bezinteresownie, jak młodszym bratem. Był serdeczny, troskliwy i  przyjacielski, choć nie musiał. Poza tym był najlepszym prezesem Pen Clubu w historii – po cichu wyciągał pisarzy z reżimowych więzień w  Ameryce Południowej. Upomniał się też o pisarzy więzionych w Iranie i  Europie Wschodniej.

Poprawialiśmy słowo po słowie

W 1982 r. – po dwóch latach dziennikarskiego śledztwa – tygodnik „The Village Voice" publikuje tekst „Tainted Words”. „Zbrukane słowa” to  długi reportaż o tym, że Kosiński jest kłamcą. Po pierwsze wojnę przeżył we wsi Dąbrowa w rodzinie katolickiej, która ani go nie torturowała, ani nie zadenuncjowała (w 1996 r. biograf James Park Sloan odkryje, że cała rodzina Kosińskich przeżyła wojnę w tym samym miejscu, nie było więc mowy o błąkaniu się sieroty od wsi do wsi). Po drugie „Malowanego ptaka” prawdopodobnie napisał po polsku, a potem ktoś, czyjego nazwiska Kosiński nie raczył podać, przetłumaczył na angielski. Po trzecie pewne opisy obyczajów wiejskich mógł czerpać z Reymonta i polskich opracowań socjologicznych. Po czwarte – „Wystarczy być” to plagiat „Kariery Nikodema Dyzmy”. Po piąte wreszcie – jego „pisanie” to zamykanie się na  długie tygodnie w hotelu z redaktorami wynajętymi przez wydawnictwa, którzy pisali jego książki. Redaktor Faith Sale, która pracowała przy książce „Randka w ciemno”, mówiła: – Poprawialiśmy słowo po słowie, zdanie po zdaniu, scena po scenie. Ale przecież ton, pomysł, wyobraźnia i wrażliwość były jego.

Na pytanie, czy Kosiński był pisarzem, Janusz Głowacki odpowiada: – Jego biograf powiedział, że Kosiński „był kimś więcej i kimś mniej niż pisarzem". Widać, jak szalenie zmienia się styl narracji z książki na książkę. To zależało od tego, z jakim edytorem on pracuje i jakie są granice interwencji redakcyjnej.

Andrzej Żuławski: –  Zarzut, że ktoś mu pisał książki, wydaje mi się śmieszny. Kazimierz Kutz chwalił się, że to on zrobił Wajdzie „Kanał", a Janusz Morgenstern że  wymyślił wiele kluczowych scen w „Popiele i diamencie”. Ale te filmy noszą wyraźną sygnaturę Wajdy. Podobnie Kosiński: to on dyktował redaktorom, co pisać; sami z siebie by tych książek nie napisali.

Żuławski dodaje, że „Malowany ptak" jest książką kiepską i sensacyjną, fałszerstwem literackim, bo napisaną pod tzw. Jew York, czyli żydowski Nowy Jork: – Kosiński wspiął się na schody, które podstawili mu Amerykanie. Mówili mu: „To dobre, bo to o tobie”, a on przytakiwał. Co  miał robić? A że udawał i grał? A kto z nas nie udaje? Czy Janusz Głowacki nie udaje? Kosiński nie był snobem, potrafił korzystać z  salonowych znajomości, ale miał do nich stosunek ironiczny.

Przydałby się redaktor

Kosiński z wybitnego autora stał się Kosińskim plagiatorem i oszustem. Czy artykuł w „The Village Voice" musiał go zniszczyć? Głowacki: –  Amerykanie nie lubią być oszukiwani. Może gdyby jego kariera była mniejsza, toby go zastawili w spokoju? Ale ponieważ była gigantyczna, to  się ożywili ludzie, którzy go sprawdzili i udowodnili, że jego życie to  mistyfikacja. To go dobiło. Ludzie zaczęli się odwracać, odwołano sceniczną adaptację powieści „Pinball” na Broadwayu i spotkania z  czytelnikami w Europie. Żaden z amerykańskich pisarzy nie stanął w jego obronie.

Kosiński postanowił uratować swoją reputację, pisząc kolejną powieść – „Pustelnika z 69 ulicy". Bohaterem jest Kosky ( jak tłumaczył autor, Kosinski bez cząstki „sin” – grzech), „pierwszorzędnie drugorzędny powieściopisarz”.

Kosiński pisał książkę latami, dostarczał wydawnictwu Henry Holt po kilkanaście manuskryptów, odsyłał z nowymi skreśleniami kolejne „ostateczne" wersje. Głowacki: – Sukces był mu potrzebny, by mógł egzystować jako wielka gwiazda. Siedem lat pracował nad powieścią, by udowodnić, że jednak jest wielkim pisarzem, i to była klęska, to było nie do przeczytania.

Recenzent „The New York Timesa" wyzłośliwiał się: „Nie wiadomo, czy Kosiński znów wynajął kogoś do  pisania, ale tym razem przydałby mu się bardziej aktywny redaktor”.

Chcę być wolny

Miażdżąca krytyka „Pustelnika", poczucie, że jako autor jest skończony, że wydawcy i krytyka są przeciw niemu, dobiły Kosińskiego. Poza tym miał problemy ze zdrowiem, brał leki na arytmię serca i bał się, że tak jak jego ojciec zakończy życie, cierpiąc po wylewie.

Już wcześniej brał pod  uwagę samobójstwo, gdyby okazało się, że jest nieuleczalnie chory. – Nie  mam manii samobójczej, ale chcę być wolny – mówił, dodając, że nosi przy sobie truciznę. Z drugiej strony przed śmiercią planował kolejne wizyty w Polsce, gdzie w 1989 roku ukazał się „Malowany ptak", wcześniej zakazany niczym książki Orwella. Pracował też nad zbiorami opowiadań i  esejów.

Być może ostatnią osobą, która widziała go żywego, była Urszula Dudziak, polska wokalistka jazzowa, która mieszkała wtedy w Nowym Jorku i przyjaźniła się z pisarzem. „The New York Magazine" podawał, że po  przyjęciu feralnej nocy Jerzy umówił się z nią do kina na film „Wyliczanka” Petera Greenawaya. Po filmie Kosiński wrócił do domu, nie  budząc żony, napisał do niej list pożegnalny, później wszedł do wanny i  zawiązał sobie na głowie plastikową torbę. Po kilku minutach oddychania dwutlenkiem węgla stracił przytomność, a potem jego serce przestało bić.

Urszula Dudziak wciąż nie chce rozmawiać o Kosińskim. – Przepraszam, ale  nie. Może za następnych 20 lat? – mówi przez telefon.

Demony go dopadły

W wywiadzie dla „The Paris Review" z 1972 roku. Kosiński mówił, że w  komunistycznej Polsce był „wewnętrznym emigrantem” i najlepiej czuł się w fotograficznej ciemni, z dala od partii, Stalina, ideologii: – Mogłem się tam zamknąć i być sam. Tam wywoływałem moje prywatne zdjęcia. Zamiast pisać, wyobrażałem sobie siebie jako postać z powieści. Pisałem swoją literaturę nie na papierze, ale emocjonalnie. Ciemnia była dla  mnie świątynią w państwie policyjnym.

Kiedy już zaczął pisać, Kosiński chciał konfrontować czytelnika z amoralnością, przemocą, bestialstwem, zdeprawowanym seksem. – Był specjalistą od perwersji, dzięki czemu nawet gdy przestała go czytać nowojorska elita, wciąż był ulubieńcem kierowców trucków i housewives – mówi Głowacki. Zdaniem Kosińskiego tylko taka literatura pozwalała na oczyszczenie się, okiełznanie demonów. – Jednak pewnego dnia jego własne demony go dopadły – mówi Głowacki. – On naprawdę, idąc ulicą, rzucał za siebie spojrzenia, jakby ktoś go  śledził. Ale nie byłem pewien, czy on wtedy gra, czy nie gra.

Żuławski: – Kosiński nazwał siebie Czarnym Ptakiem. Poprawny myślowo nowojorski establishment zauważył, że ma wśród siebie Czarnego Ptaka, a chciał, żeby wszystkie były białe. Więc go zaszczuli! On był erudytą i miał o  wiele większą wiedzę o kulturze niż oni. A przy tym przez całe życie był niezwykle samotnym człowiekiem. Czuł, że świat jest mu wrogi, od  okupacji, przez komunizm, po Amerykę. Za sukces w Ameryce płaci się straszną cenę. I on ją zapłacił.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2010
Więcej możesz przeczytać w 44/2010 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0