Zawracanie Dunaju

Zawracanie Dunaju

Przewodnictwo w Unii Europejskiej właśnie przejęli nasi węgierscy bratankowie. Sęk w tym, że mają rząd, który metodycznie łamie najbardziej elementarne europejskie standardy.
Trzy dni przed Wigilią przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy, spacerując po Budapeszcie, nie mógł się nachwalić Viktora Orbána. Premier Węgier zrobił na nim „doskonałe wrażenie", jest „dobrze przygotowany" do przejęcia 1 stycznia prezydencji UE. Unijny prezydent nosi okulary, zadziwiające jest więc, że nie zauważył, iż tego samego dnia parlament nad Dunajem przyjął ustawę prasową fundującą mediom knebel.

Od 1 stycznia węgierskie media nie mogą zawierać treści „niezrównoważonych", czyli nadmiernie krytycznych wobec rządu. Dotyczy to również publikacji i programów zbyt niemoralnych albo brutalnych, naruszających godność ludzką lub nawołujących do nienawiści między narodami bądź religiami. Wszystko nadzorować będzie pięcioosobowa rada ds. mediów, wybierana przez parlament (w którym ogromną większość ma rządząca partia Fidesz). Na jej czele stoi bliska premierowi Annamária Szalai, która nie ukrywa intencji rady: „Swoboda wyrażania opinii, wolność słowa i prasy nie są już celem samym w sobie, lecz służą interesom wspólnoty i integracji społeczeństwa, przez co media mogą się przyczynić do reprodukcji narodu". Mocne.

Za „niezrównoważone" treści przewidziane są kary: od89 tys. euro dla gazet isieci internetowych do 700 tys. euro dla telewizji. Ukarane media muszą skorygować tekst, w razie braku sprostowania zapłacić karę, a dopiero potem odwoływać się do sądu. 

Porządek z kagańcem

Ustawa przewiduje ponadto likwidację osobnych redakcji informacyjnych dla telewizji i radia oraz powołanie jednego centrum przy ogólnokrajowej agencji prasowej MTI, finansowanej przez państwo. Szef MTI Csaba Belénessy, który pokieruje nowym centrum, zapowiada już, że pracujący tam dziennikarze będą musieli być lojalni wobec rządu. Na dziennikarzy nałożono obowiązek ujawniania źródeł informacji o kwestiach dotyczących „bezpieczeństwa narodowego".

Ustawa, nazwana kagańcową, kończy serię posunięć służących według węgierskiego rządu porządkowaniu rynku mediów. Po zwycięstwie Fideszu w wyborach centroprawicowy rząd przejął kontrolę nad niemal wszystkimi instytucjami państwowymi. Zapowiedział zmianę ustawy zasadniczej i podporządkował sobie trybunał konstytucyjny.

Zajął się też mediami, pamiętając o wyborczej klęsce z ich powodu w 2002 r. Władze twierdzą, że ustawa jest zgodna ze standardami UE i nie tylko gwarantuje wolność słowa, ale nawet podniesie jakość mediów, bo dziennikarze będą unikać publikowania niesprawdzonych informacji.

Przedsmak swoiście rozumianych standardów dają finansowe kłopoty lewicowego dziennika „Népszabadság". Wywołał on furię władz, publikując artykuł, w którym napisał, że Annamária Szalai sprawuje w radzie ds. mediów „władzę absolutną". Gazeta odmówiła sprostowania i grozi jej grzywna. Niecałe dwa tygodnie później kierownictwo publicznego Kossuth Rádió zawiesiło dwójkę dziennikarzy, którzy zarządzili minutę ciszy w proteście przeciw przyjęciu ustawy medialnej.

Haider ministrantem

W Budapeszcie mówi się o cofaniu wskazówek zegara, czasem o zawracaniu biegu Dunaju. Na szczęście okazało się, że nie cała Europa cierpi razem z Van Rompuyem na wadę wzroku. Do poczynań Budapesztu krytycznie odniósł się rząd niemiecki. – Węgry jako kraj, który niebawem obejmuje przewodnictwo w UE, ponoszą szczególną odpowiedzialność za wizerunek całej Unii Europejskiej w świecie – upomniał Budapeszt zastępca rzecznika rządu w Berlinie Christoph Steegmans.

Najostrzej zareagował szef dyplomacji Luksemburga, Jean Asselborn. – Komisja Europejska powinna bezzwłocznie wystąpić przeciwko planom Budapesztu, które są sprzeczne z duchem i literą traktatów europejskich. Dotychczas prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka uchodził za ostatniego dyktatora w Europie. Po wejściu w życie węgierskiej ustawy medialnej nie odpowiada to już prawdzie – stwierdził. Luksemburski minister sprzeciwił się też porównywaniu węgierskich polityków z austriackim populistą Jörgem Haiderem. – W zestawieniu z węgierskimi planami Haider, który nigdy nie próbował podporządkować mediów państwowej kontroli, był ministrantem – podkreślił.

Co na to Viktor Orbán? – Nawet mi się nie śni zmieniać ustawy medialnej. Nie mam zamiaru reagować drżącymi kolanami na zachodnią krytykę – powiedział w Wigilię. Węgierski premier próbuje robić wrażenie „silnego Europejczyka", którego bardziej obchodzą losy całej Unii niż narzekania środowisk medialnych. Na niedawnym szczycie UE mówił, że w centrum węgierskiej prezydencji nie będą stały sprawy jego kraju, lecz raczej wielkie problemy europejskie takie jak „odziedziczone po poprzednikach kwestie gospodarcze". Dla dobra euro trzeba podjąć „historyczne decyzje”. Innymi słowy, Węgry obejmują przewodnictwo UE w „być może najtrudniejszym okresie w historii Unii”.

Pełne patosu słowa przykrywają skrzeczące realia: sceptycyzm w wielu europejskich stolicach wobec węgierskiego przewodnictwa w UE oraz kryzys gospodarczy i finansowy nad Dunajem. W2008 r. Węgry jako pierwszy kraj UE musiały ratować się przed bankructwem za pomocą 20-miliardowego kredytu z MFW. Rząd Orbána chce powrotu do gospodarczego wzrostu, ale jeśli rachuby te się nie powiodą, Węgry mogą znaleźć się w sytuacji takiej jak Irlandia czy Grecja. W ostatnich dniach agencja ratingowa Fitch obniżyła wiarygodność kredytową Węgier do najniższego poziomu inwestycyjnego BBB, z realną perspektywą spadku do tzw. poziomu śmieciowego.

Pragmatyczny populista

Rząd Orbána wciąż może jednak liczyć na silne poparcie w kraju. Wobec wskaźników jego popularności sięgających 60 proc. Zachód dość bezradnie patrzy na kolejne kontrowersyjne posunięcia premiera. Z jednej strony ściąganie pieniędzy z otwartych funduszy emerytalnych, z drugiej obietnica redukcji aparatu państwowego, ulg podatkowych dla rodzin i dopłat do komunikacji lokalnej. – Wysokie poparcie wyborców dla Orbána można tłumaczyć tym, że cięcia uderzają mniej w tzw. prostych ludzi, a bardziej w warstwy dobrze zarabiające i w urzędników państwowych – uważa politolog ágoston Mráz. – A wyborcy po latach zamętu pod rządami socjalistycznymi tęsknią za władzą silnej ręki – dodaje.

Węgierska ustawa medialna, niemająca precedensu w UE, nad Dunajem wywołała raczej ograniczone protesty. Kilka gazet ukazało się z niezadrukowanymi pierwszymi stronami, a opozycja na wiecu przed parlamentem zdołała zebrać nie więcej niż 1500 osób. Na głosy zaniepokojenia z Brukseli w Budapeszcie odpowiada się, że prezydencja UE dawno już nie miała tak silnego rządu jak węgierski. A Orbán, mając dwie trzecie deputowanych w parlamencie, może działać twardo i mówić twardo. Tym bardziej że Europa ma na głowie zbyt wiele problemów, by przejmować się Węgrami, a ewentualne sankcje wobec Budapesztu są iluzoryczne. O postępowaniu przeciw państwu łamiącemu europejskie normy mogłaby zdecydować jedna trzecia krajów członkowskich UE, Parlament Europejski lub Komisja UE. Gdy ich naciski nie przyniosą efektu, Rada Europejska może zastosować sankcje. Sankcji więc nie będzie. Postępowania prawdopodobnie też nie.

Nikt jednak nie może być wykluczony z UE. Ironia sytuacji polega na tym, że państwo, które miałoby podobne prawo medialne jak Węgry, z pewnością nie zostałoby przyjęte do Wspólnoty. Pod Górą Gellerta Dunaj jakby zmienił bieg. I może tak pozostać przez wiele lat. Chyba że obudzą się sami Węgrzy.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2011
Więcej możesz przeczytać w 1/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także