To nie my zaczęliśmy domową zimną wojnę

To nie my zaczęliśmy domową zimną wojnę

Dodano:   /  Zmieniono: 
 
Sprzedany, wykluczony, marginalizowany, niepewny przyszłości – tak się czuje Bronisław Wildstein, publicysta "Rzeczpospolitej".
Istnieje bardzo wpływowa grupa, która usiłuje mnie wykluczyć - mówi Wildstein w rozmowie z "Wprost". I dodaje: tak łatwo się nie dam.

Jego zdaniem, w Polsce istnieje "absolutna nierównowaga" sił. Polega ona na tym, że dominujące media, ośrodki opiniotwórcze są w rękach jednej opcji, bardzo mocno zideologizowanej. I one usiłują wypchnąć tę resztę - mówi. Powoduje to sytuację, że "ogół społeczeństwa nie za bardzo ma swój głos". Publicysta "Rzeczpospolitej" przytacza lewicowego socjologa francuskiego Pierre'a Bourdieu'a, który "opisał zjawisko ukrytej przemocy, polegającej na tym, że pewnym grupom odbiera się głos i wypycha się poza margines dopuszczalnych poglądów i postaw, próbując je zawstydzić i wywołać w nich kompleksy.

Przeciwstawia tę sytuację IV RP. Jak mówi, teksty czy wypowiedzi, które mogłyby się pojawiać w jedynie w niszowych publikacjach, "nagle wychynęły na światło dzienne".

Ocenia, że budowa świata medialnego w Polsce była pozarynkowa i dyktowana interesami dominującej grupy, pod której dyktando  Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji dawała koncesje "na bardzo dziwnych zasadach, przydzieliła na przykład koncesję pewnej telewizji, która dzięki temu uzyskała potężne wpływy, a potem dopiero konkurentom. Odrzuca sugestię, że to wojsko z oporami i na raty zwalniało częstotliwości.

W tym świecie do opiniotwórczych mediów dopuszczani są dziennikarze o określonych poglądach, a ich profesjonalizm - wg Bronisława Wildsteina - ma znaczenie drugorzędne. Podaje tu przykład Janka Pospieszalskiego, Ziemkiewicza i własny.

O drugiej stronie dziennikarskiego światka mówi: - Są między wami głupki, są ludzie cyniczni i są
ludzie, którzy mają inne poglądy i mają prawo mieć inne poglądy.

Więcej w najnowszym wydaniu "Wprost"