Tymochowicz: Lepper chciał oczyścić swoje nazwisko

Tymochowicz: Lepper chciał oczyścić swoje nazwisko

Dodano:   /  Zmieniono: 36
Andrzej Lepper i Piotr Tymochowicz (fot. FORUM)
Andrzej mówił kiedyś, że ludzie twierdzą, iż jest skończony, a on przecież ma z czego żyć, ma gospodarstwo i może sobie świetnie dać radę – mówi w rozmowie z „Wprost” specjalista ds. wizerunku i marketingu politycznego, a prywatnie dobry znajomy Andrzeja Leppera - Piotr Tymochowicz.
Paweł Sikora, Wprost24: Z czego żył Andrzej Lepper po odejściu z polityki?

Piotr Tymochowicz: Nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Lepper o tym nie mówił, a ja sam też się tym nie interesowałem. Pamiętam jednak jak Andrzej mówił kiedyś, że ludzie twierdzą, że jest skończony, a on przecież ma z czego żyć, ma gospodarstwo i może sobie świetnie dać radę. Mam wrażenie, że ostatnio to ja go na siłę namawiałem, by został doradcą w niezależnej spółce, by odpoczął od polityki. Było mnóstwo firm, które chciały zbadać białoruski rynek i Lepper mógł mieć z tego pieniądze. Ale nie zdążyliśmy.

Kiedy rozmawialiście o wspólnym biznesie?

To był wrzesień, może październik. Mieliśmy konstytuować nową spółkę, bo nie chciałem wchodzić w żadne stare układy Andrzeja.

Dlaczego?

Bo nie mam zaufania do jego partnerów.

Pamięta pan tę rozmowę, kiedy pierwszy raz zapytał Leppera o współpracę?

To był moment, kiedy kilka osób pytało mnie, czy mam dobry rozeznanie na rynku białoruskim. Andrzej zaprosił mnie akurat do siebie i zapytałem go, czy byłby zainteresowany pracą doradczą. Śmiał się wtedy, że nagle „miałby zakładać jakieś białoruskie spółki". Ale nie był temu niechętny i stwierdził, że wrócimy do tematu. I rzeczywiście do tych rozmów wróciliśmy.

I nic z nich nie wyszło.

Ostatecznie nie.

Bo?

Andrzej nigdy nie był typem człowieka biznesu. Zawsze drażniło mnie, że nie skupiamy się na  kwestiach biznesowych, a on mówi tylko o problemach, jakie ma w polityce.

Ale powiedział: Piotr, nie wchodzę w to, bo…

Zawsze miał dwa argumenty, które powtarzał jak mantrę. Po pierwsze, że jest zobowiązany, że musi jeździć po terenie. Zawsze byłem zaskoczony, jak mówił, że ma sporo struktur w terenie, że ma ludzi, którzy go nie opuścili, że bez przerwy jeździ i spotyka się z tymi osobami. Drugi argument, który powtarzał przy każdej okazji był taki, że nie będzie się angażował w żaden biznes dopóki nie oczyści swojego nazwiska. To było ważne dla niego i dla jego rodziny.

Czym miała zajmować się firma, w którą chciał pan wciągnąć Leppera?

Mieliśmy być doradcami. On miałby doradzać jak wygląda rynek białoruski, a ja jak polski. Uparłem się trochę, żeby się na to zgodził niekoniecznie dlatego, że widziałem w tym jakieś wielkie pieniądze. Chciałem go odciągnąć od polityki. Nigdy nie chciałem powiedzieć mu wprost, że dla mnie reaktywacja Leppera jest niemożliwa. Miałem wrażenie, że nie do końca to do niego docierało.

Lepper miał na Białorusi spółkę APA Trade. Wspominał coś o swoich interesach na wschodzie?

Zawsze enigmatycznie mówił, że mógłby być doradcą dla różnych firm. Z nutką rozczarowania wspominał o zagranicznych firmach, które wchodzą na tamten rynek i jak Niemcy profesjonalnie i dokładnie się przygotowują do wejścia na tamten rynek. Zaskoczyło mnie trochę, że miał gotową spółkę na Białorusi, bo nigdy o tym nie wspominał. Byłem przekonany, że w żadnej spółce nie jest aktywny. Może nie chciał się chwalić Rybą (Piotrem Rybą – jednym z bohaterów afery gruntowej), z którym tę spółkę prowadził?

Dowiedział się pan, że taka spółka istnieje i nie zapytał Leppera – swojego dobrego znajomego – czym będzie się zajmował?

Dowiedziałem się, kiedy Leppera nie było już na świecie. Wiedziałem, że jakąś funkcję doradczą tam spełnia, choć nie miałem pojęcia, że otworzył tam regularną spółkę.

Zostawmy biznes. Czy rodzina Leppera bardzo cierpiała z powodu tego, co działo się wokół byłego lidera Samoobrony?

Tak. Andrzej mówił mi ile problemów mają jego dzieci na studiach i w innych miejscach, w których bywają. I to tylko dlatego, że ich ojcem jest Lepper. Powiedział mi kiedyś podczas jednego z naszych spotkań, że ma wyrzuty sumienia z powodu wszystkiego, co stało się w ostatnich latach z jego osobą.

Jak wyglądały wasze spotkania?

To najczęściej były spotkania w jego biurze, ale często proponowałem byśmy też spotkali się u mnie na grillu.

Nie lubił pan biura Leppera?

Te spotkania były dla mnie kłopotliwe z dwóch względów – po pierwsze to biuro działało na mnie przygnębiająco. Stały tam dziwne stare meble, pomieszczenie wyglądało na opuszczone i tworzyło przygnębiająca atmosferę. Poza tym Lepper ciągle opieprzał mnie, że palę papierosy. Zawsze musiałem się powstrzymywać, bo on nienawidził dymu papierosowego. Ale musiałem się podporządkować. Ostatnio, w czwartek, miał do mnie pretensje, że czekając na niego zapaliłem i robił mi jakieś uwagi dotyczące zdrowego trybu życia.

Spotykaliście się u Leppera na wsi?

Zapraszał mnie tam kilkanaście razy, ale nigdy się nie kwapiłem, żeby jechać tak daleko, szczególnie ostatnio, kiedy miałem mało czasu. Czekaliśmy na moment, kiedy Andrzej był w Warszawie. Jeśli tylko mogłem, to się widywaliśmy.

Zawsze w siedzibie partii?

Nie, ale tam najczęściej. Spotkania były jednak również u mnie w domu, na grillu. To była okazja, żeby Andrzej wypoczął.

Bywał na tych spotkaniach ktoś jeszcze?

Różnie. Czasem był sam, innym razem z Januszem Maksymiukiem, jeszcze innym ze znajomymi, których ja w ogóle nie kojarzę. Ale zawsze pytał czy może kogoś przywieźć, a jako że prowadzę „dom otwarty", to nigdy się przed towarzystwem nie broniłem.

Co pamięta pan z tych spotkań?

Kilka miesięcy temu Andrzej był przerażony tym, jak przygotowuję kiełbasę na grilla. Zdjął marynarkę, koszulę i zamienił się w kucharza, bo powiedział, że nie może patrzeć jak to robię. Ja byłem zadowolony, bo mogłem spokojnie usiąść przy stole i palić papierosy, a Andrzej harował przy grillu i w kuchni. To było sympatyczne.
+
 36

Czytaj także