W Nowy Rok o świcie w kościele w Żywcu-Zabłociu odprawiona zostanie dla jukacy "msza dziadowska". Po jej zakończeniu rozbiegną się oni w małych grupkach, by kolędować i składać życzenia mieszkańcom wracającym z nabożeństw. - Jukace ograniczali się terytorialnie do Zabłocia, niegdyś osobnej gminy, a dziś dzielnicy Żywca. Posługują się najbardziej archaicznym typem masek, najczęściej z kawałka baraniego runa, z wyciętymi otworami na oczy i usta. Na głowę wkładają "ciakę" w formie stożka zakończoną pomponem, na której wypisany jest nadchodzący nowy rok - tłumaczył Terteka.
Rzecznik żywieckiego samorządu wyjaśnił, że jukace przypinają do pasa dzwonki i noszą - wykonany z powroza - trzymetrowy bat osadzany na drewnianym trzonku, który zakończony jest tzw. strzylockiem splatanym samodzielnie przez jukaca z lnianych nici. - To właśnie ta końcówka daje efekt "trzaskania", przypominający huk wystrzału z broni palnej - podkreślił. Wśród jukacy panuje swoista hierarchia. Kompania zawsze jest tylko jedna. - Jakakolwiek konkurencja nie wchodzi w grę. Na czele stoi kasjer, jako jedyny odziany jest w czerwony strój. Ma do pomocy kilku poganiaczy. Można rozpoznać ich po lampasach na spodniach. Następnymi w hierarchii są: dziad, który ma czapkę jak poganiacz, ale z rogami, kominiarz, diabełek i baba. Chcący awansować w hierarchii, musi legitymować się już stażem w chodzeniu "po dziadach" - tłumaczył Terteka.
Dawniej jedną ze ściśle przestrzeganych reguł było, że w miejscach publicznych pod żadnym pozorem jukac nie mógł zdradzić swojej prawdziwej tożsamości. - Musiał pozostać anonimowy, a za złamanie tej reguły groziło zdzielenie przez poganiacza batem - wspominał Terteka.
