Awantura o laurkę

Awantura o laurkę

Jodi Kantor napisała książkę „Obamowie” tak jak Styka malował Pana Boga – na kolanach. Mimo to Biały Dom książkę zaatakował. Dlaczego?
Książka, dramatyzująca przebrzmiałe nowiny, opowiada o stosunkach między dwojgiem ludzi, z którymi autorka nie rozmawiała od wielu lat –  oświadczył rzecznik prezydenta Eric Schultz. – Uczucia, przemyślenia i  osobiste przeżycia przypisane prezydentowi oraz pierwszej damie odzwierciedlają jedynie subiektywne wyobrażenia autorki. Takie sensacje oparte na wiadomościach z drugiej ręki są produktem ubocznym towarzyszącym każdej ekipie rządzącej i nie należy przywiązywać do nich zbyt wielkiej wagi.

Nic dziwnego, że pani Kantor, wieloletnia reporterka „The New York Times", poczuła się urażona. Chciała dobrze, a zmyto jej głowę jak pierwszej lepszej pseudodziennikarce z brukowca. Broniąc się w  programie „Today”, zwróciła uwagę, że Biały Dom „nie zakwestionował żadnego konkretnego fragmentu”. – W książce zostało jasno powiedziane, że nie opiera się ona na rozmowach z Obamami, lecz z osobami do nich zbliżonymi – podkreśliła. – Chciałam przede wszystkim pokazać przemianę Michelle, która przestała się ograniczać do funkcji reprezentacyjnych i  podjęła wyzwania największego kalibru. 

Herbatka u Szalonego Kapelusznika

Sęk w tym, że książki poświęconej jedynie „wyzwaniom największego kalibru" nikt by nie kupił. Autorka musiała ją trochę podkolorować, przyprawić kontrowersją. Tabloidy rzuciły się przede wszystkim na opis balu z okazji Halloween, który pierwsza para wydała w 2009 r. Kiedy kraj sięgnął dna recesji, Obamowie śmieli urządzić imprezę dorównującą rozmachem zabawom w Wersalu! Część rezydencyjna Białego Domu przeistoczyła się na jeden wieczór w krainę czarów Lewisa Carrolla przefiltrowaną przez wyobraźnię Tima Burtona, który pełnił obowiązki mistrza ceremonii. Państwa Obamów, a przede wszystkim pierwsze córki, zabawiali Johnny Depp w filmowym kostiumie Szalonego Kapelusznika i Mia Wasikowska przebrana za Alicję. Był też Deep Roy, czyli Umpa Lumpa z  „Charliego i fabryki czekolady” Burtona, a George Lucas wypożyczył prawdziwego Chewbaccę z „Gwiezdnych wojen”. Przy stole zasiadł z gośćmi Marcowy Zając, w kącie czaił się Jack Szkieleton z „Miasteczka Halloween”, a do tańca przygrywała orkiestra kościotrupów. Kantor uważa, że państwo Obamowie zataili bal, by nie drażnić opinii publicznej. Korespondenci w Białym Domu relacjonujący wcześniejsze spotkania Baracka i Michelle z ubogimi dziećmi na wieczór nie zostali zaproszeni.

W raportach wartowni nie pojawiły się nazwiska Deppa, Burtona ani Wasikowskiej. – Nieprawda! – oburza się Eric Schultz w rozmowie z „The Washington Post". – Korespondenci wiedzieli o balu, a część nawet brała w nim udział i robiła zdjęcia. Żonom i dzieciom żołnierzy, stanowiącym większość uczestników, nikt nie zabronił mówić, co widziały. Nazwiska celebrytów nie zostały wpisane przez wartowników do rejestru, bo nie byli gośćmi, tylko wodzirejami, co oznacza, że pracowali. Rzecznik podkreśla, że w innych zapisach z wartowni można znaleźć nazwisko Shawna Cartera (Jay-Z), ale nie ma tam nazwiska towarzyszącej mu Beyoncé Knowles, ponieważ weszła jako jedna z wykonawczyń programu estradowego.

– Nie alarmowaliśmy prasy, że przychodzi Johnny Depp, bo nie anonsowaliśmy też przybycia Chewbacki – kpi Schultz. Halloweenowa burza w szklance wody świadczy o tym, jak niepokalanym wizerunkiem publicznym szczyci się obecny prezydent i jego żona. Czy dziennikarze kruszyliby kopie o to, kto przyszedł na imprezę do Białego Domu za czasów Clintona albo Busha? Ten pierwszy zrobił z pałacyku przy Pennsylvania Avenue 1600 hotel, w którym sypiali najhojniejsi sponsorzy Partii Demokratycznej. Drugi zapraszał tam szefów wielkich korporacji naftowych, by dyktowali wiceprezydentowi Cheneyowi postanowienia ustawy energetycznej. I jakoś niespecjalnie im to szkodziło.

Małżeństwo partnerskie

Zbesztana przez Biały Dom dziennikarka tłumaczy, że nie zamierzała budzić kontrowersji na siłę. Owszem, napisała o butach do joggingu kupionych przez Michelle za 515 dolarów, ale tylko dlatego, że takie detale stanowią sól dobrego reportażu. Suche fakty nieokraszone lokalnym i personalnym kolorytem są nudne. Obamowie pozostają nieprzejednani i  oburzeni, że ktoś ośmielił się wyjść poza formułę oficjalnych relacji, opisać ich związek od strony emocjonalnej. Zadanie faktycznie było ryzykowne i zapewne reporterka nieraz trafia swoim psychologizowaniem jak kulą w płot, ale naprawdę nie ma o co się obrażać.

Michelle Obama zawsze była postrzegana jako kobieta o silnej osobowości, wywierająca duży wpływ na męża. Dlatego od chwili przeprowadzki do Białego Domu grała rolę, w której chce widzieć żonę prezydenta większość Amerykanów. Ubrana w efektowne kreacje uświetniała przyjęcia i podróże zagraniczne. Powtarzała, że „nie chce być pierwszą damą, tylko pierwszą mamą". Zamiast magazynom politycznym, udzielała wywiadów pismom lifestyle’owym. Urządziła przy Białym Domu ogródek warzywny, który dowodził, że jako dobra gospodyni nie tylko karmi rodzinę zdrowym jedzeniem, ale również ogranicza wydatki na żywność w dobie kryzysu.

Te zabiegi nikogo jednak nie zwiodły. Prasa z lubością przypominała, jak przed wystąpieniem męża na Konwencji Demokratów w 2004 r., które było początkiem nowej pięknej kariery, odciągnęła go na bok i grożąc palcem, ostrzegła: „No, tylko mi tego nie spieprz, kolego!". Prawica wypominała Michelle, że podczas wiecu w Wisconsin nie zawahała się stwierdzić: „Pierwszy raz w życiu jestem dumna z tego kraju, bo społeczeństwo zaczęło wreszcie odczuwać potrzebę zmiany”. Podkreślając wpływ pierwszej damy na męża, Kantor nie  odkrywa Ameryki, jedynie przypomina to, co wszyscy wiemy.

Nie robi też wcale z Michelle jakiejś herod-baby, która trzyma chłopa pod pantoflem. Wręcz przeciwnie. Stawia tezę, że Obamowie to małżeństwo partnerskie, w  którym mąż i żona kochają się, wspierają oraz dzielą każdym sukcesem i każdą porażką. Charakterystyczny jest fragment o przemówieniu prezydenta w Arizonie, po zamachu na kongresmenkę Gabrielle Giffords: Michelle „chłonęła słowa męża, lekko kiwając głową, każde zapalało w jej oczach iskierki. Kiedy prezydent opisywał moment odzyskania przez panią Giffords przytomności, Michelle przymknęła powieki i przez chwilę poruszała ustami, powtarzając to, co słyszy, naśladując mimikę męża, okazując tę samą ulgę, która widniała na jego twarzy. Robiła to często podczas przemówień Baracka, jakby własną energią chciała nadać słowom dodatkowy impet. Gdy skończył, jej twarz wyrażała głęboką satysfakcję. Z  jej miny mógł odczytać: jesteś takim prezydentem, jakim chciałam cię widzieć".

Reporterska opera mydlana

Na podstawie drobnych gestów Kantor wyciąga daleko idące wnioski. Z  dziennikarskimi standardami „The New York Times" zazwyczaj mają niewiele wspólnego. Przywodzą raczej na myśl profile znanych par zamieszczane przez kolorowe pisma. Prezydenta poznajemy jako introwertycznego, ambitnego samotnika, który odnalazł w równie ambitnej Michelle swoją drugą połówkę. Potrafi być arogancki i samolubny, lecz zawsze zabiega o  jej aprobatę. Małżonka jest dla niego natchnieniem i krytykiem, trenerem i najtwardszym ochroniarzem, ostoją i drogowskazem na drodze do  realizacji wspólnych celów.

Pani Obamowa przezwycięża własne słabości, wiedziona kobiecą intuicją, tak jak potrafi tylko kochająca żona, ściąga męża z obłoków, zmusza do twardego stąpania po  ziemi, rozbudza jego aspiracje, zagrzewa do walki. Przykłady? Według Jodi Kantor to właśnie Michelle pomogła Barackowi zmienić styl, kiedy wskaźniki jego popularności gwałtownie spadły. Skłoniła męża, by wplatał do przeintelektualizowanych mów wątki osobiste, ułatwiające kontakt ze  zwykłym Amerykaninem. Ona również stała za przetasowaniami personalnymi w Białym Domu po zdobyciu przez republikanina Scotta Browna fotela senatorskiego Edwarda Kennedy’ego. Demokraci stracili w izbie wyższej tak zwaną superwiększość i pani Obama była wściekła na prezydenta oraz  jego doradców, którym zarzucała oderwanie od rzeczywistości, dezorganizację i brak strategii.

– Uważam, że ster naszego okrętu jest ustawiony na niewłaściwy kierunek – miała powiedzieć personelowi prezydenckiej kancelarii. „Taki był właśnie wpływ Michelle na  prezydenturę – pisze autorka książki. – Co dnia doradcy przypominali prezydentowi o waszyngtońskich realiach, słupkach popularności, lecz noce spędzał z Michelle, która mówiła o imperatywach moralnych, nieustannie przypominała, że znaleźli się tutaj, by czynić dobro, nie  wolno im wsłuchiwać się w polityczny szum, muszą być dzielni". I tak dalej, w stylu opowieści o Nadieżdzie Krupskiej, przez całą książkę. Co  gorsza, autorka ma tak drażniącą manierę łączenia swoich wydumanych i  uproszczonych tez w złowieszcze paradoksy, jak scenarzyści horrorów kategorii B. Za jasną fasadą czai się mrok i pani Kantor nie da się zwieść pozorom! Oto kilka wybranych na chybił trafił przykładów jej dociekliwości: „Publicznie Obamowie uśmiechali się i machali do tłumu, lecz co naprawdę czuli po przeprowadzce do Białego Domu?”. „Skoro cały świat cieszył się z przybycia Obamów do Waszyngtonu, dlaczego Michelle przeżywała rozterki?”.

„Najważniejsze momenty prezydentury rozgrywały się bez świadków, gdy Barack Obama pogrążony w milczeniu, siedział sam na pierwszym piętrze". I najbardziej chyba oklepany spośród tych komunałów: „Kampania prezydencka spełniła największe nadzieje Michelle związane z polityką, a zarazem potwierdziła jej najgorsze obawy”. Jak puentuje Kantor te wywody? Obamowie nie są postaciami jednowymiarowymi. Są postaciami dwuwymiarowymi! Trudno orzec, dlaczego Biały Dom tak zajadle krytykuje 368-stronicową laurkę pani Kantor. Zabawmy się wzorem autorki w jasnowidza. Są dwie możliwości: albo książka wydaje się prezydentowi zbyt kiczowata, albo kazał robić wokół niej zamieszanie, żeby się lepiej sprzedała. Autor jest korespondentem Radia Zet

Okładka tygodnika WPROST: 4/2012
Więcej możesz przeczytać w 4/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także