Senior zejdzie ze sceny

Senior zejdzie ze sceny

Najlepiej zarabiający, najdłużej panujący, najlepiej ustosunkowany prezes polskiego banku za rok odejdzie na emeryturę. Bogusław Kott dla jednych zawsze będzie skarbnikiem nomenklaturowego kapitału, dla innych – pionierem prywatnej bankowości.
W branży bankowej mówią na niego „prezes senior". Trudno się dziwić. Kiedy w czerwcu 1989 r. zakładał Bank Inicjatyw Gospodarczych, inni guru polskiej bankowości jeszcze nie śnili o finansach. Mariusz Łukasiewicz, nieżyjący już założyciel Lukas Banku i Eurobanku, prowadził firmę montującą telewizory z importowanych części i dopiero zastanawiał się, jak zacząć sprzedawać je na raty. Leszek Czarnecki, założyciel i współwłaściciel bankowo-ubezpieczeniowego holdingu Getin, wciąż jeszcze zajmował się pracami podwodnymi, m.in. jako płetwonurek rozminowywał port w Szczecinie.

Kiedy w ubiegłym tygodniu Bogusław Kott ogłosił, że za rok odchodzi ze stanowiska prezesa Millennium, większość bankowców uznała to za koniec pewnej epoki. Kott to ewenement. Jedyny z szefów banków zasiadający w fotelu prezesa od ponad 20 lat. Zakładał swój bank, potem z sukcesem rozwijał, przetrwał kilka kryzysów finansowych, nie wysadziły go z fotela wojny podjazdowe i zakusy konkurentów.

– Ponad 20 lat temu potrzeba było pionierów. Ja jestem ostatnim starym pionierem na rynku. Dzisiaj do zarządzania bankiem trzeba menedżerów inaczej kształconych, bardziej nowoczesnych – powiedział dziennikarzom, tłumacząc swoje odejście. Daje sobie rok na znalezienie następcy. 

Skąd się wziął w biznesie? 65-letni menedżer pochodzi z Wielbarka, niewielkiej miejscowości koło Szczytna. Ukończył handel zagraniczny na SGPiS (dzisiejsza SGH). W latach 70. pracował w jednej z olsztyńskich fabryk mebli, aż za namową kolegi przeprowadził się do Warszawy, gdzie dostał posadę naczelnika wydziału handlu zagranicznego w Ministerstwie Finansów. Miał opinię pracowitego i inteligentnego, a jako wpływowy urzędnik (podlegały mu sprawy związane z handlem walutą i firmami polonijnymi) kolekcjonował znajomości z szefami firm.

Pomysł na bank

Tuż po wyborach 4 czerwca 1989 r. dzięki wpływowym przyjaźniom z politykami lewicy dostał koncesję na założenie banku. Złośliwcy wytykają mu, że choć Bank Inicjatyw Gospodarczych mienił się pierwszym prywatnym bankiem w Polsce, to zagospodarował czerwony kapitał. Wśród założycieli banku znalazły się państwowe spółki, jak Universal, Warta, PZU czy Poczta Polska. Wśród nabywców akcji – oprócz samego Kotta – znaleźli się m.in. Mieczysław Rakowski, Aleksander Kwaśniewski czy Jerzy Urban. Siedziba banku mieściła się w budynku Universalu obok Rotundy PKO BP w Warszawie. – Garstka pracowników, uwijający się jak w ukropie prezes. Dziwiłem się, że porywają się na takie przedsięwzięcie – wspomina jeden ze znajomych Kotta.

Prezes BIG mógł jednak liczyć na wpływowych przyjaciół. Do banku popłynęły spore pieniądze, lokaty założył w nim m.in. PZU, a Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego otworzył tu rachunek. Kott nabrał wiatru w żagle i ruszył na podbój niemal dziewiczego rynku. Jak wyglądały realia rynku finansowego w Polsce? Za konkurenta Kott miał jedynie Kredyt Bank założony przez Stanisława Pacuka. Pozostałe państwowe banki działały ociężale niczym urzędy. Kott od początku stawiał na obsługę firm. Biznesmeni pozamieniali już skórzane kurtki na markowe garnitury i płaszcze, a z polonezów przesiedli się mercedesów. Czego im brakowało? Porządnej karty kredytowej – takiej, jaką posługiwali się na co dzień bohaterowie serialu „Dynastia", którego emisję rozpoczęła właśnie TVP. Tylko jak to zrobić? Podobno podczas jednego z forów biznesowych we Frankfurcie przedarł się do samego prezesa organizacji Visa, złapał go za rękaw i zaproponował wspólny biznes w Polsce, roztaczając wizję niezagospodarowanego rynku i wielkich zysków w przyszłości.

W tych czasach płatności kartą obsługiwało zaledwie kilka punktów Orbisu. Żeby wypłacić pieniądze, trzeba było czekać ponad godzinę, aż tzw. pogotowie gotówkowe potwierdzi transakcję międzybankowym telefaksem i dowiezie pieniądze do klienta. Kott zaczął budowę rynku od podstaw. Nie tylko wprowadzając plastikowy pieniądz, ale we współpracy z Orbisem zakładając Polcard, pierwszą w Polsce firmę budującą sieć punktów akceptujących płatności plastikowym pieniądzem (po kilku latach sporo zarobił na jej sprzedaży amerykańskiemu inwestorowi).

– To było świetne posunięcie. Kartę kredytową chciał mieć każdy szanujący się prezes, który wyjeżdżał za granicę, a nie chciał zabierać z sobą walizki z walutą. Aby otrzymać kartę, należało wpłacić na depozyt bankowy równowartość 20 tys. dolarów, a stąd już tylko krok do zaproponowania kolejnych usług bankowych – wspomina Małgorzata O’Shaughnessy, wiceprezes Visa Europe.

Dobrze zarabiający

W 1996 r. tygodnik „Wprost" umieścił Kotta na 91. miejscu listy 100 najbogatszych Polaków, pisząc o nim, że to jeden z najlepiej opłacanych menedżerów w polskim biznesie. Tak miało pozostać przez lata. Co roku Kott brylował w zestawieniach najlepiej zarabiających prezesów banku. W 2009 r. zarząd Millennium zarobił 21 mln zł. – Jeszcze zajmowałem się pracą naukową, gdy Bogusław Kott namawiał mnie na przejście do biznesu. Przekonywał, że za 10 lat zaczniemy zarabiać jak cywilizowani ludzie na Zachodzie. Nie bardzo w to wierzyłem, tymczasem jego odważna wizja świata się sprawdziła i dopiął swego – śmieje się Krzysztof Kalicki, dziś prezes Deutsche Banku w Polsce.

Jaki jest Kott w biznesie? – Odważny, inteligentny, sprytny i skuteczny – odpowiada Kalicki. Dobrze zapamiętał go podczas prywatyzacji Banku Gdańskiego w 1997 r. Kalicki nadzorował prywatyzację banków jako urzędnik Ministerstwa Finansów. Po słynnej giełdowej prywatyzacji Banku Śląskiego, a później sprzedaży WBK i BPH wydawało się, że sprzedaż kolejnego z dawnych państwowych banków nie wzbudzi już emocji. – Obawiałem się, że nie pojawi się wystarczający popyt i będę przełykał gorycz porażki. Tymczasem nieoczekiwanie okazało się, że głównym rozgrywającym jest prezes Bogusław Kott. Dyskretnie i bez wywoływania sensacji złożył zlecenia na zakup akcji Banku Gdańskiego. W krótkim czasie otrzymał zgodę polskiego nadzoru bankowego na całkowite przejęcie kontroli nad spółką – wspomina Kalicki.

Potem gazety pisały, że pieniądze na zakup Banku Gdańskiego pochodziły z... Banku Gdańskiego, w którym BIG zaciągnął wcześniej wielomilionowy kredyt. Mimo to przejęcie okazało się skuteczne, a BIG Bank zmienił nazwę na BIG Bank Gdański.

Pogonił kota Niemcom

Nie mniej spektakularna rozgrywka miała miejsce wokół prywatyzacji PZU. Tu również Bogusław Kott chciał grać pierwsze skrzypce. Miał za sobą wsparcie potężnej grupy finansowej Banco Comercial Português, największego prywatnego banku w Portugalii. BCP wespół z holenderskim Eureko startował w wyścigu po akcje największego polskiego ubezpieczyciela. Pomimo konkurencji bardziej uznanych inwestorów branżowych to konsorcjum Eureko i BIG Banku Gdańskiego kupiło pierwszy pakiet akcji PZU.

I wtedy się zagotowało. Do kontrataku przystąpili ówcześni szefowie PZU, Grzegorz Wieczerzak i Władysław Jamroży. PZU miał 10-procentowy pakiet udziałów w BIG Banku Gdańskim. Kiedy Wieczerzak i Jamroży zorientowali się, że w nowym PZU zabraknie dla nich miejsca, weszli w sojusz Deutsche Bankiem. Sprzedając akcje BIG Banku Niemcom, przekazali im kontrolę nad konkurentem. Ci odsunęli od władzy prezesa Kotta. Ale wtedy to on przeszedł do kontrataku – użył politycznych kontaktów, by odzyskać stery w spółce. W obronę Kotta zaangażowali się m.in. minister Emil Wąsacz oraz Marek Belka. Skutecznie. Niemcy wycofali się z transakcji – zachowując twarz i odsprzedając pakiet z zyskiem. Jamroży i Wieczerzak dostali po głowach. Kott wrócił na stanowisko prezesa, ale twierdzi, że ta przegrana gra o PZU jest jego największą biznesową porażką.

Największe oklaski prezes Millennium zbiera za to, że ponad 20 lat potrafił rozwijać bank, nadążając za zmianami rynku.

– Zbudował bank od podstaw, jako pierwszy z branży znalazł się na warszawskiej giełdzie, przejął i wchłonął dużo większy bank, obronił się przed wrogim przejęciem, a stworzona przez niego marka Millennium nie dość, że należy do najbardziej rozpoznawalnych bankowych brandów w Polsce, to jeszcze została przyjęta przez portugalskiego właściciela. W kryzysie i po nim bank też sobie nieźle poradził mimo trudnej sytuacji spółki matki i niepewności, czy nie wycofa się ona z polskiego rynku – recenzuje konkurenta Piotr Czarnecki, szef Raiffeisen Bank Polska.

W 2009 r. grupa Millennium stanęła wobec poważnych problemów. Bank wyniszczyła wojna o rynek kredytów hipotecznych, feralne opcje walutowe pogrążyły kilku dużych klientów banku, inni gorzej spłacali kredyty. Skala problemów była tak duża, że bank musiał poprosić akcjonariuszy o kapitał.

Ostatnia prosta

Prezes Millennium potrafił ostro szarpnąć za lejce. W ciągu roku ściął koszty o 169 mln zł, nie wypłacał premii pracownikom, zmniejszył zatrudnienie, ale też przykręcił śrubę klientom banku, zwiększając marże za bankowe usługi.

Do pracy zaprzągł największe polskie gwiazdy show-biznesu. W reklamach kredytów hipotecznych wystąpili Zakopower i Kasia Kowalska. Do lokowania oszczędności w Millennium przekonywał Hubert Urbański. Obie kampanie odniosły sukces. Wartość udzielonych kredytów wyniosła 2,2 mld zł (wzrost o 79 proc.), a depozyty klientów indywidualnych wzrosły o ponad miliard. Bank stanął na nogi, osiągając 326 mln zł zysku, a w kolejnym roku przynosząc 466 mln zł zysku, otworzył 180 tys. nowych kont, zdobył 220 tys. nowych klientów.

Kott przyznaje, że to jeden z najtrudniejszym momentów w jego karierze. – To były trudne dwa lata. Kryzys nadszedł nieoczekiwanie, miał nieprzewidywalny zasięg, a konsekwencje odczuwane są nawet teraz – mówi w rozmowie z „Wprost". – Z drugiej strony boom hipoteczny był kołem zamachowym, dzięki któremu szybko rozwinął się rynek detaliczny. Sami byliśmy beneficjentem tego trendu. Kryzys i nowe regulacje spowolniły wzrost kredytów hipotecznych, ograniczając zyski instytucji finansowych, ale też sprowadziły ich portfel do rozmiarów racjonalnych z punktu widzenia każdego z banków – dodaje.

Kott odchodzi w momencie, kiedy wyprowadzony na prostą Millennium jest perełką w portfelu portugalskiej grupy BCP. Zarazem jednak Millennium BCP znalazł się na liście banków, które po tzw. stress testach dokonanych jesienią 2011 r. przez Europejski Nadzór Bankowy muszą uzupełnić swoje kapitały o ponad 2,1 mld euro. Może to oznaczać, że nowy prezes będzie tym, który sprzeda fotel, na którym zasiądzie. Podobno oferta na zakup polskiego Banku Millennium leżała już na biurku… szefa Deutsche Banku.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2012
Więcej możesz przeczytać w 16/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także