Nowe fakty w sprawie śmierci ciężarnej w Warszawie. Lekarz miał prośbę do policji

Nowe fakty w sprawie śmierci ciężarnej w Warszawie. Lekarz miał prośbę do policji

Szpitalny korytarz
Szpitalny korytarz Źródło: Shutterstock / FotoDax
Dziennikarze warszawskiej „Gazety Wyborczej” dotarli do nowych informacji na temat wstrząsającej sprawy śmierci kobiety w ciąży. Odkryli m.in., że to lekarz anestezjolog pierwszy zadzwonił na policję.

W połowie grudnia do Szpitala Specjalistycznego im. Św. Rodziny przy ul. Madalińskiego w Warszawie przyjęto pacjentkę na drobny zabieg związany z ciążą. Jak relacjonowała „Gazeta Wyborcza”, kobieta była wówczas zdrowa i w pełni sił. Lekarze przeprowadzali zabieg na sali z aparaturą anestezjologiczną. Po jego zakończeniu, ciężarnej zgodnie ze standardową procedurą podano maskę z – jak sądzono – tlenem. Wówczas stan kobiety zaczął się pogarszać.

Warszawa. Śmierć ciężarnej po niegroźnym zabiegu

Podjęto decyzję, że pacjentka trafi na oddział intensywnej opieki medycznej w innej placówce. Ciężarną przetransportowano do szpitala MSWiA. Kobieta zmarła po 10 dniach, dzień przed Wigilią. Osierociła dwulatka. – Przywieźli ją do nas bez sensu. Może chcieli przerzucić temat na inny szpital? To, co tam zrobili, nie mieści się w głowie – komentował jeden z pracowników placówki. Jak ustalono, stan ciężarnej się pogorszył, bo kobiecie podano do maski inny gaz niż tlen.

Z nowych ustaleń „Wyborczej” wynika, że już 9 grudnia kwadrans po godzinie 14 do Komendy Rejonowej Policji na Mokotowie zadzwonił lekarz, który prosił funkcjonariuszy o przyjazd i zabezpieczenie sprzętu w jednej z sal operacyjnych. Miał to być anestezjolog, który tego samego dnia przed 9 rano znieczulał panią Kalinę i przez błędne połączenie gazów w kolumnie anestezjologicznej, nieświadomie dostarczył jej podtlenek azotu zamiast tlenu.

– Nie dziwi mnie, że anestezjolog wezwał policję. Szpital odpowiada za prawidłowe działanie sprzętu. Jeśli ten był wadliwy, powinien go zabezpieczyć podmiot niezależny – podkreślał rozmówca „Wyborczej”. Oficer prasowa asp. szt. Marta Haberska w rozmowie z gazetą przyznała, że policjanci stawili się w szpitalu krótko po godzinie 16. Sprzętu medycznego jednak nie zabezpieczyli, lecz wydali polecenie personelowi placówki.

„Policjanci nie posiadają uprawnień ani specjalistycznej wiedzy umożliwiającej podejmowanie działań wobec specjalistycznego sprzętu medycznego, w szczególności o dużych gabarytach” – zaznaczała rzeczniczka. Szpital miał wyłączyć z użytkowania salę, chociaż zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył dopiero trzy dni później, czyli 12 grudnia.

Śmierć ciężarnej w szpitalu w Warszawie. Gdzie popełniono błąd?

„Wyborcza” nieoficjalnie dowiedziała się też, że lekarze ze szpitala przy Wołoskiej nie znali początkowo przyczyny złego stanu pacjentki. Mieli poznać go dopiero 10 grudnia, choć podkreślają, że dla losów kobiety nie miało to znaczenia, ponieważ już w dniu przyjęcia nie dało się jej pomóc”. Dlaczego jednak szpital na Madalińskiego od razu nie przekazał placówce na Wołoskiej faktycznej przyczyny stanu pani Kaliny? – pyta gazeta i sugeruje, że albo nie wiedziano, albo ukrywano tę informację.

Rozmawiający z dziennikarzami rzeczoznawca z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w projektowaniu instalacji gazów medycznych w szpitalach podkreślał, że najprawdopodobniej do złego podłączenia węża z podtlenkiem azotu doszło wewnątrz kolumny anestezjologicznej. Zaznaczył, że takim montażem zajmują się firmy serwisowe, a nie lekarze.

Gazeta skontaktowała się z właścicielem firmy, która serwisowała feralną kolumnę w sierpniu 2025 roku. Przedsiębiorca zwrócił uwagę, że do grudnia okazji do użycia sprzętu musiało być wiele, więc usterka wyszłaby na jaw znacznie wcześniej, gdyby to on był odpowiedzialny. Dziennikarze od pracowników technicznych szpitala dowiedzieli się, że od sierpnia do grudnia w kolumnach szpitala grzebały „jeszcze” dwie inne firmy.

– Nie czuję się odpowiedzialny i czekam na wezwanie z prokuratury, bo bardzo dużo dziwnych sytuacji się wydarzyło – podkreślił przedsiębiorca w rozmowie z „GW”. Rzeczniczka szpitala na Madalińskiego nie odpowiedziała na pytania gazety. Wiadomo jedynie, że 9 grudnia pani Kalina była pierwszą przyjętą pacjentką na zabiegu w danej sali. Śledztwo w sprawie jej śmierci prowadzi doświadczony prokurator, specjalizujący się w sprawach, dotyczących błędów medycznych.

Czytaj też:
Lekarz miał nie wpisać przecinka. Dwulatek zmarł
Czytaj też:
Tak potraktowano pacjenta w szpitalu. Na jaw wyszły nowe fakty

Źródło: Gazeta Wyborcza