Quo vadis, Europo?

Quo vadis, Europo?

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Kiedy spoglądam z mojego okna w Poczdamie, widzę park zamku Cecilienhof. Tak, to ten zamek, w którym pisana była europejska historia. To tu w 1945 r. odbyła się sławna konferencja trzech zwycięskich mocarstw – USA, Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. W sali Cecilienhof przypięczetowano podział Europy – ten najbardziej trwały skutek napaści Niemiec na sąsiadów.

Ciężaru historii nie można nosić na barkach bez przerwy, ale od czasu do czasu dobrze jest przypomnieć sobie, skąd przychodzimy. Pokonanie podziału Europy, zapoczątkowane decyzjami w Poczdamie, jest i pozostanie wielkim historycznym osiągnięciem. Dzięki niemu żyjemy w Europie bezpiecznej.

Urodziłem się w 1944 r. Wojny nie pamiętam, ale pamiętam, jak wygląda zniszczony przez nią kraj. I choćby dlatego zawsze wiedziałem, że korzystam z niewiarygodnego przywileju – kiedy stawiałem pierwsze kroki, wojny już nie było, a okres, w którym bez niej w Europie żyjemy, trwa już 67 lat. Wisiał nad naszymi głowami miecz Damoklesa, groźba przepoczwarzenia się zimnej wojny w najbardziej niszczycielską, ale jak sięgam pamięcią, w historii Niemiec nie było drugiego tak długiego okresu bez wojny. Odczuwam to więc jako swoistą łaskę, odczuwam wdzięczność wobec tych, którzy do tego doprowadzili – do matek i ojców europejskiej jedności. I do Polaków. To polski sprzeciw zapalił lont, który doprowadził do rozpadu sowieckiego reżimu.

Już z tego tylko powodu w europejskim aliansie Polska zajmuje szczególne miejsce. I dlatego w debacie o przyszłości europejskiego projektu głos Polski jest tak ważny. W unijnej rodzinie Polska jest krajem sukcesu. I dlatego sądzę, że to Polska ma szczególny interes w tym, aby europejską ideę uchronić przed klęską. Kryzys finansowy i gospodarczy Unii nie jest jeszcze za nami. Ale – stara to prawda – w jądrze kryzysu rodzą się i wzrastają nowe siły. Wystarczy się wsłuchać – wszędzie w Unii znajdziemy nowe impulsy, przemyślenia na temat naszego miejsca w jutrzejszym świecie. Wiemy już z dużą dozą pewności, że będziemy mieli do czynienia z nowym rozłożeniem politycznych i ekonomicznych sił. Będziemy poddani jeszcze ostrzejszemu naciskowi bezwzględnej konkurencji i będziemy w coraz większym stopniu mieli do czynienia z problemami, które rozwiążemy tylko na płaszczyźnie globalnej kooperacji.

Czy jesteśmy do tego przygotowani? Obawiam się, że niezupełnie, bo nie do końca rozumie się w Europie, że głos pojedynczych państw nie będzie ani słyszalny, ani słuchany. Nasze problemy możemy rozwiązać tylko wspólnie, wspólnym działaniem możemy zapobiec degradacji UE w świecie i postawieniu nas do kąta. Zatem czy mamy mieć więcej Europy, zabiegać o polityczną Unię, zmierzać w stronę Stanów Zjednoczonych Europy? Sam pytam siebie, co się kryje pod tymi hasłami i czy oferują one rozsądne wyjście z sytuacji. Nie zawsze jest bowiem jasne, o co dokładnie chodzi. Mam wątpliwości, bo „więcej Europy” nie musi oznaczać „więcej lepszej Europy”. I dlatego uważam, że wszystko to, co w domu robi się lepiej, powinno w domu pozostać – może nawet wskazane byłoby odebranie Brukseli tych czy innych prerogatyw, jeżeli nie do końca się sprawdziły. Ale tam, gdzie potrzebujemy wspólnoty – jak w polityce gospodarczej i finansowej, przy kontroli banków i regulacji rynków finansowych, w polityce bezpieczeństwa i zagranicznej – możemy osiągnąć o wiele więcej, i to nie za cenę wykreowania supereuropejskiego państwa.

Gdy mówię o potrzebie rozbudzenia na nowo poczucia wspólnoty, nie chodzi mi o zwiększenie zakresu władzy brukselskiego aparatu. Nawet jeżeli Unia nie jest państwem, to jej organizacja może i powinna opierać się na fundamentach demokracji. Nigdy nie mogłem na przykład zrozumieć, dlaczego Komisja Europejska nie pochodzi z wyborów do Parlamentu Europejskiego, podobnie jak nie zrozumiałem, dlaczego wybierany w powszechnych wyborach parlament nie ma w każdej sprawie ostatniego słowa! Zatem więcej wspólnotowego działania musi być związane z głęboką reformą politycznego systemu UE.

Sukces Unii ma dwa fundamenty – spójność i solidarność. To zasady, których nie wolno spuścić z oczu. Spójność oznacza, że nikogo nie odpychamy. Potrzebujemy Greków, nawet jeżeli samym sobie i nam przysparzają problemów, tak jak potrzebujemy Brytyjczyków z ich praktycznym rozsądkiem. Potrzebujemy nas wszystkich. A europejska solidarność to w praktyce dążenie do tego, aby wszędzie w Europie ludzie mogli żyć dobrze. Prawda jest jedna i brzmi, że bogatemu i silnemu tylko tak długo dobrze się wiedzie, jak długo dobrze wiedzie się jego sąsiadowi.

Jeżeli w Europie jakiś naród wie, co oznaczają spójność i solidarność, to są to Polacy. Dlatego wierzę w Polskę. Wiążę z nią wiele nadziei i wiem, co mówię, bo znam Europę, jej dobre i gorsze strony, zapatrzonych w siebie i odrzuconych. Przyzwyczailiśmy się, że ton w Europie nadają Niemcy i Francja. Ale ta rola nie musi być wyłącznie przez nie obsadzona. Nadaje się do niej także Polska.
Więcej możesz przeczytać w 31/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 2

Czytaj także