Powikłany stan rzeczy

Powikłany stan rzeczy

Dodano:   /  Zmieniono: 48
Kiedyś byłem specjalistą od szukania dziury w całym. Teraz szukam całego wśród dziur.
Jak trudno czasami ustalić stan rzeczy. W Polsce kryzys czy tylko spowolnienie? Kraj pogrąża się w czarnej dziurze, a może jednak się rozwija? I czy to możliwe, że prezes i PiS już przestają robić ludziom wodę z mózgu i zajmują się ekonomią w ramach wielogłosu i pluralizmu? Oto po raz drugi mamy słynny manewr przesuwania armii prezesa ku centrum. Najpierw buduje się wielkie dmuchawy, by utopić zbiorową pamięć w mgle smoleńskiej. I woła się wielkim głosem, że dwa plus dwa jest siedem. Po czym nagle unosi się mgła, a dwa plus dwa łaskawie może być nawet cztery. Radio Maryja i prawicowe brukowce na razie nie wchodzą w taką spółkę i robią swoje. Rozumieją, że wódz musi grać i mamić despotę, tak potężne są złe moce, które okupują Polskę. Część narodu nie czyta złorzeczących i pozwala sobie na oddech ulgi. Jak prezes nam znormalniał! I to po raz drugi! Człowiek ma nieprzebrane zasoby naiwności. Nie przeoczam u nas pęknięć i blizn. Kiedyś nawet byłem specjalistą od szukania dziury w całym. Ale teraz upieram się: czas szukać całego wśród dziur. Widzę słabości, nie skupiam się jednak na nich. Kiedyś pisałem: „Polska to nie jest kraj dla miłośników szczegółu”. Z tego też rodzi się niechlujstwo, jedyna nasza tradycja, która przetrwała stulecia. Trudność w ustalaniu reguł gry i ich przestrzegania – tak doszło do smoleńskiej katastrofy. W finale pomylono zwłoki Anny Walentynowicz. Zdarza się, wszędzie. Tyle dni spędziłem z panią Anią, spisując jej życie – też siedząc na brzegu jej szpitalnego łóżka – że jakoś mnie to dotyczy. I nie dotyczy. Jestem zwolennikiem rozsypywania prochów w kosmosie. Swoich i bliskich. Dla wielu jednak mają wielkie znaczenie owe nieszczęsne szczątki nasze. Próbuję to zrozumieć. A bez trudu pojmuję, że dla niektórych to kolejna okazja, by trwał danse macabre. Nagle wielka narodowa ekshumacja zwłok. Otwarcie trumien. Baczność! Dziady, Zaduszki i grafomania. Każdy Polak to już specjalista od samolotowych katastrof, a teraz histopatolog. A centrum prezesowi znowu się wymyka, więc na powrót wilczki nagania do środka.

*

A ja tydzień temu zachwycałem się nową kolejką na Okęcie. Luksusowa i pusta. Czytam teraz w prasie, że owa pustka jest chorobą. Mało kto jeździ na lotnisko, na ogół ciekawscy. Powód: brak informacji, czyli znowu niechlujstwo. Moja kuzynka Diana i Duncan z Kanady byli tak zachwyceni Polską, że postanowiłem pokazać im też mroczne strony. Wystarczyło pójść na spacer do pobliskiego lasu. Znowu ktoś wyrzucił worek śmieci, a koty i psy zrobiły bigos. Potem Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, ledwie dało się przejść natłok restauracji i kawiarni. Stadion jak wielki statek kosmiczny i wiszący most Świętokrzyski uwznioślony balonem na uwięzi.

*

Wydawnictwo Iskry, od zawsze w domniemanym dawnym mieszkaniu Boya na Smolnej, kończy 60 lat. Dzisiaj to chyba już ostatni salon Warszawy. Wiesław Uchański, szef od ćwierćwiecza, potem właściciel, co chwila przyjmuje gości. Nasza przyjacielska bliskość to paradoks. Słynnej nocy grudniowej spędził bezsenną noc w gmachu Domu Partii – budynek bieli nam się teraz w oknach – nie przyjął pistoletu, rozdawano towarzyszom, za to nasłuchiwał, czy nie nadlatuje helikopter, brano pod uwagę ewakuację dachem. A ja wtedy krążyłem po Warszawie, budząc ludzi na powstanie, które nie wybuchło. Światła w tym gmachu zdawały mi się ślepiami diabła. Teraz dostaję od Wiesława ostatni tom dzienników Zygmunta Mycielskiego i jak zwykle spowiadamy się sobie z życia. Mnie już prawie nikt nie lubi, a jego wszyscy, nawet Jarosław Marek R., chociaż głosił, że takich jak on powinno się wieszać. Dla Wiesława wszystko jest tylko teatrem, w którym przez chwilę odgrywamy swoje role, „w powieści idioty, by zniknąć na zawsze”. Też to wiem, ale angażuję się całym sobą w każdą chwilę, co znika. W poczekalni już czeka na audiencję pisarz Marek N., tak mi kiedyś bliski, teraz sekta smoleńska. Wahamy się, czy podać sobie ręce. Tak się porobiło. Czy jednak jakoś nie delektujemy się tą naszą wojną domową? Ileż emocji, jak mało ofiar. „A polegli w katastrofie?” – mruknie prezes. Rozumiem: polegli to członkowie i zwolennicy PiS, ci z innych partii oraz bezpartyjni po prostu zginęli. A w poniedziałek Polska już obudzona po budzikowym marszu. Jak można budzić cierpiących od wieków na bezsenność.
Więcej możesz przeczytać w 40/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 48

Czytaj także