Filipińczycy z Wiejskiej

Filipińczycy z Wiejskiej

Problemy z alkoholem mają prezydenci, ministrowie i posłowie z wszystkich opcji. Dlaczego polskim politykom trudno się przyznać do alkoholizmu?

Najgorsza jest symboliczna lampka szampana. Polityka częstują nią wszędzie, nie wypada odmówić. A głupio tłumaczyć, że na jednym kieliszku nie umiesz skończyć – mówi „Wprost” Bolesław Piecha, szef sejmowej Komisji Zdrowia. – Jedyne wyjście: powiedzieć o swojej chorobie otwarcie. Ja w każdym razie tak robię. Mówię wprost: nie piję, bo jestem uzależniony – mówi Piecha.

Pod tym względem polityk PiS jest wyjątkiem: inni sejmowi alkoholicy o problemie nie mówią. – A przecież to najbardziej demokratyczna choroba świata, dotyka nie tylko ludzi z marginesu, ale także prezydentów, ministrów i posłów. Tyle że u nas długo nie pozostawia zgliszczy. Uzależniony polityk jest ogolony, dobrze ubrany, nie przypomina menela. Nie pije w bramie denaturatu. Aż nagle, najczęściej w sytuacjach stresowych, coś pęka. Wyskakuje niedyspozycja albo inna „choroba filipińska” – dodaje Piecha.

Europa minus

Konferencja prasowa Europy Plus w piątek tydzień temu. Aleksander Kwaśniewski, Janusz Palikot i Marek Siwiec ogłaszają kolejny etap budowy bloku, który ma wystartować w przyszłych eurowyborach. Jednak zainteresowanie mediów budzi nie polityczny plan lewicowych trzech tenorów, lecz podejrzane zachowanie Kwaśniewskiego. Chwiejny krok, roztargnione spojrzenie, ręka sztywno trzymana w kieszeni spodni, zmieniony głos. I zdenerwowany Siwiec, który za wszelką cenę próbuje nie dopuścić, by dziennikarze zadawali byłemu prezydentowi pytania. Pytania i tak się pojawiają: czy to nie powrót „choroby filipińskiej”? (W 2007 r. przemawiając na wiecu LiD w Szczecinie, były prezydent sprawiał wrażenie pijanego. Później tłumaczył, że to reakcja organizmu na egzotyczną chorobę przywleczoną z Filipin).

Współpracownicy Aleksandra Kwaśniewskiego zdecydowanie zaprzeczająsugestiom, że na konferencji był on pod wpływem alkoholu. – Moim zdaniem był trzeźwy, choć w telewizji rzeczywiście wyglądał dziwnie – przyznaje w rozmowie z „Wprost” Janusz Palikot. Zapewnia, że na spotkaniu poprzedzającym konferencję nie wypili z prezydentem ani kropli. – Siedziałem naprzeciwko niego i, słowo honoru, nic nie wyczułem! – dodaje.

Koszary na Wiejskiej

Niezależnie od tego, jak było, problem picia na szczytach władzy istnieje. W tej sprawie jednym głosem mówią i Palikot, i Piecha.

– W Sejmie jest wielu pijaków i alkoholików, o których opinia publiczna nie ma zielonego pojęcia. To dotyczy wszystkich, także mojego klubu – przyznaje Palikot. Zaznacza jednak, że wyjściem z sytuacji są rozwiązania systemowe, a nie tropienie tego czy innego polityka na rauszu.

– Trzeba zacząć od likwidacji hotelu poselskiego, którego atmosfera sprzyja piciu. Posłowie powinni mieszkać w lokalach wynajętych na terenie miasta. A w pokojach trzeba urządzić miejsca pracy dla parlamentarzystów, bo większość z nas nie ma nawet gdzie spokojnie przejrzeć dokumentów – dodaje. Problem bynajmniej nie jest nowy. Jedenaście lat temu Piotr Najsztub pytał Donalda Tuska, czy nigdy nie bał się alkoholizmu.

– Była taka groźba. W Sejmie dużo się pije. Atmosfera na Wiejskiej przypomina trochę życie w akademiku, trochę na biwaku, trochę na nieustannej imprezie – mówił obecny premier. To były zresztą złote czasy dla sejmowych imprezowiczów. Zofia Grzebisz-Nowicka, która z przerwami była posłanką przez 44 lata, z oburzeniem zauważa, że nawet za PRL w Sejmie tak się nie piło, jak w pierwszych kilkunastu latach po zmianie ustroju. Kiedy w 1961 r. została najmłodszą parlamentarzystką świata (tak przynajmniej ustaliła młoda wówczas dziennikarka Halina Miroszowa), posłowie byli skoszarowani w niewielkim Starym Domu Poselskim.

– Mieszkaliśmy po cztery osoby w pokoju – wspomina. Takie warunki sprzyjały zakrapianym imprezom. – Ale jak koledzy pili, to przynajmniej tak, żeby nikt nie widział! – podkreśla. I dodaje, że za upicie się w czasie trwania posiedzenia groziły konsekwencje. – Zresztą nawet gdyby ktoś chciał to zrobić, nie bardzo miał jak. Przez całe obrady frekwencja na sali musiała przekraczać 90 proc. Sekretarze wojewódzkich zespołów poselskich pilnowali, by nikogo nie brakowało. Nawet na kawę nie można było wyjść, a co dopiero na coś mocniejszego! – wyjaśnia.

Czasy wolności nastały wraz ze zmianą ustroju. W latach 90. senator Henryk Kanicki (PSL) w przypływie ułańskiej fantazji sprowadził do hotelu sejmowego strażacką orkiestrę dętą i pod drzwiami klubowego kolegi, z którym miał konflikt, kazał jej grać marsza żałobnego. Kanicki mówił wówczas: „Tutaj bawią się wszyscy i piją wszyscy. Ale nie każdy ma odwagę o tym mówić. Są tacy, do których pokoju dziwki po drabinie wchodzą”. Jakieś dziesięć lat temu, gdy pojawiły się tabloidy, częstotliwość imprez wyraźnie zmalała. – Tak naprawdę to tylko pozory. Bo przestraszeni politycy piją teraz po pokojach – przyznaje Janusz Palikot.

Psychiatra dr Bohdan Woronowicz, terapeuta uzależnień, szef Centrum Konsultacyjnego AKMED w Warszawie, potwierdza, że stan permanentnej delegacji i oddalenie od rodziny mogą sprzyjać piciu. – Polityk w hotelu sejmowym jest trochę jak marynarz na statku albo żołnierz w zielonym garnizonie. Rodzina daleko, koledzy blisko. Słabsze jednostki takiej pokusie nie potrafią powiedzieć „dość” – mówi. Dr Luba Szawdyn, psychiatra i prekursorka leczenia odwykowego w Polsce, ostrzega jednak przed zbyt łatwym usprawiedliwianiem ludzi władzy. – Przed wojną mówiono: „Pije jak szewc”, dziś: „jak polityk”. Guzik prawda. Szukanie przyczyn w wykonywanym zawodzie, życiu poselskim albo trudnych czasach to droga donikąd. Ostatecznie każdy sam bierze do ręki kieliszek i go wypija. Wódka nie występuje w czopkach, nikt go nikomu doodbytniczo nie podaje – ucina.

Polityk lubi pływać

Absolutna większość pijących polityków to tzw. alkoholicy wysoko funkcjonujący. Termin ten (ang. high-functioning alcoholic – HFA) pojawił się w psychiatrii kilka lat temu i robi dużą karierę. Chodzi o osoby, które często nie spełniają tradycyjnych kryteriów alkoholika – zarówno tych klinicznych, jak i potocznych. Prowadzą „normalne” życie, dobrze wyglądają, w miarę poprawnie funkcjonują na ważnych stanowiskach, mają rodzinę, przyjaciół, są aktywni społecznie. Podczas imprezy często piją więcej niż znajomi, potem w domu czy hotelu jeszcze poprawiają. – Ale rano potrafią wstać, zdążyć na samolot, a po kilku godzinach wygłosić całkiem dobrą prelekcję na konferencji albo przemówienie w Sejmie – mówi dr Ewa Woydyłło, terapeutka uzależnień. Tyle że taka sytuacja nie trwa wiecznie. Problem HFA jest naprawdę duży – według badań opublikowanych w maju ubiegłego roku przez „The New York Times” rozszerzone kryteria diagnostyczne alkoholizmu spełnia aż 37 proc. studentów Harvardu! I większość z nich nie ma o tym pojęcia.

Tymczasem, choć choroba alkoholowa może dopaść każdego, istnieją zawody podwyższonego ryzyka. Politycy z całą pewnością wykonują jeden z nich. – Są narażeni na ciągły stres, muszą podejmować ryzykowne decyzje, w dodatku są poddawani stałej ocenie. Alkohol w pierwszej fazie pomaga sobie z tym poradzić, zmniejsza napięcie – zauważa dr Woydyłło. Do tego dochodzi szczególnie częste wystawienie na pokusy. – Każdy chce się z nim napić, stąd nieustanne propozycje lampki szampana czy wódeczki. Wielu nie umie odmówić – zauważa dr Woronowicz. Potem, kiedy alkoholizm jest już faktem, otoczenie bynajmniej nie pomaga go dostrzec. – Uzależnionemu parlamentarzyście trudno jest powiedzieć: „Słuchaj, stary, masz problem!”. Szefostwo nie chce skandalu, który rzuci się cieniem na całą partię, więc toleruje picie, dopóki nie wyjdzie ono na jaw. A nawet kiedy wyjdzie, sprawę bagatelizuje i usprawiedliwia. Z kolei asystenci i doradcy tuszują chorobę swego szefa, bo po pierwsze, całkiem nieźle z niego żyją, a po drugie, często myślą, że mu pomagają. Tyle że taka postawa to głupota, a czasem wręcz zwykłe świństwo – dodaje dr Woronowicz.

Inna sprawa, że znajomym często trudno rozpoznać, że poseł albo minister to alkoholik. Mówią o nich, że są towarzyscy, wyluzowani. Jeśli przeholują, poklepią po ramieniu, w końcu każdy prawdziwy facet „lubi wypić”. Stosunkowo wysokie zarobki powodują, że mimo picia status materialny takiej osoby pozostaje na przyzwoitym poziomie. Do tego dochodzi naturalna u wielu polityków umiejętność przywdziewania masek, kreacji wizerunku.

– To wszystko sprawia, że niektórym udaje się utrzymać problem w tajemnicy nawet przez 15-20 lat! – mówi dr Woydyłło. Politycy też bardzo trudno poddają się terapii.

– To dotyczy zresztą wszystkich profesji, w które wpisane jest pouczanie innych: lekarzy, księży, dziennikarzy, prawników. Takim osobom trudno jest wejść w rolę pacjenta. „Jak to, przecież to ja zawsze mówię innym, jak mają żyć!” – mówi dr Woydyłło. Bolesławowi Piesze, który jest i politykiem, i lekarzem, się udało. Mówi, że pierwszym krokiem jest otwarte przyznanie się do problemu. – Na początku wstyd jak cholera, ale potem okazuje się, że tak jest dużo łatwiej – mówi. Przykład? Jako niepijący alkoholik potrzebuje od czasu do czasu kilku dni wolnego na wyciszenie się, uspokojenie. I władze partyjne nigdy nie oponują. Łatwiej jest też na bankietach. – Zawsze proszę, by do mojego kieliszka nalać wody mineralnej. I nikt nie pyta już teraz dlaczego – dodaje były minister zdrowia.

Politycy na gazie

Najwięcej pytań o nadużywanie alkoholu padało pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego. Prezydent przyznał, że alkohol spożywał we wrześniu 1999 r., podczas wizyty na cmentarzu polskich oficerów pod Charkowem. Wyraźnie niedysponowany był też podczas konwencji LiD w Szczecinie oraz wykładu dla ukraińskich studentów (2007 r.). Jesienią 2007 r. do posłanki Samoobrony Sandry Lewandowskiej dobijali się w nocy dwaj rozbawieni posłowie PO Andrzej Biernat (1) i Roman Kosecki (2). Kosecki tłumaczył, że przypadkowo oparł się o drzwi koleżanki. Ale po kilku dniach przyniósł jej kwiaty i bombonierkę. W październiku 2008 r. reporterzy sejmowi zarzucili niedyspozycję posłance PiS Elżbiecie Kruk (3). Parlamentarzystka z trudnością odpowiadała na pytania, stała w milczeniu i tępym wzrokiem patrzyła w kamerę. „Ja potrafię pracować dobrze. Potrafię coś tam, coś tam” – wyjaśniała. W październiku 2010 r. Andrzej Pałys (PSL) (4) chwiał się przed hotelem poselskim. Spytany, czy się źle czuje, odparł: „Nie... ja się nie czuję”. Następnie się schował w cudzym samochodzie.

Okładka tygodnika WPROST: 17/2013
Więcej możesz przeczytać w 17/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Filip IP
    Prawdziwy facet przyzna się, ponieważ nie ma nic do ukrycia ! Ci, co piją i chyłkiem, chyłkiem.. przenikając przestrzenie sejmowe, unikają konfrontacji z mediami, bo mają tylko sprawną jedną szarą komórkę odpowiedzialną za myślenie w zakresie - "nie daj się złapać" :) A co mówią Filipińczycy z Wiejskiej w domu swoim rodzinom ? Oj, ciężka to rola i dola posła - trzeba mieć dużo zdrowia - jedziemy na Filipiny...