Ryzykanci

Ryzykanci

Kiedy wreszcie rozluźnią krawat i zdejmą garnitur, za łyk adrenaliny gotowi są igrać z losem.

Przed startem staram się głęboko oddychać. Odcinam się od otoczenia, nastrajam swój organizm na siły, które za chwilę się pojawią. Przeciążenia będą mi mówić, na jakim obszarze przyczepności i w którym miejscu jestem. Muszę być wrażliwy na fotel, ręce, plecy. Mój mózg musi być uwrażliwiony. Staram się zdecydowanie wyciszyć i wyobrazić sobie, co będzie się działo za chwilę – tak wygląda rytuał Michała Sołowowa przed startem w rajdach samochodowych. Trzeci najbogatszy Polak i wytrawny inwestor giełdowy to również trzykrotny rajdowy wicemistrz Europy. Ma 51 lat i jedyne, o czym marzy, to pierwsze miejsce na podium w rajdowych mistrzostwach Polski.

Wygrać z Kubicą

Niedawno z pokładu śmigłowca przyglądał się trasie 70. Rajdu Polski. Palcem pokazywał najtrudniejsze odcinki biegnące krętymi mazurskimi duktami, w głowie kodował szerokość zakrętów, na kartce odhaczał liczbę niebezpiecznych szczytów. Najważniejsza impreza sezonu zaczyna się w Mikołajkach 13 września. Na starcie po raz pierwszy pojawi się Robert Kubica.

– Jestem zawodowym kierowcą rajdowym. Nie zawracajcie mi... – rzuca Sołowow, kiedy „Wprost” proponuje rozmowę o rajdowym hobby. Majątek biznesmena jest wyceniany na 7,5 mld zł. Jest udziałowcem w koncernie chemicznym Synthos i firmie deweloperskiej Echo Investment. Ponad miliard złotych ma w akcjach producenta podłóg Barlinek i firmie Rovese, która – jak żartobliwie powtarza w wywiadach – „produkuje kible”. Kiedy auto Sołowowa na pełnej prędkości leci szutrową drogą tuż obok drzew, akcjonariuszom jego giełdowych spółek cierpnie skóra. Oto właściciel, główny strateg, facet pociągający za wszystkie sznurki biznesów osiągających 9 mld zł przychodów rocznie, igra z losem. A gdyby przydarzyła mu się kontuzja, ile pieniędzy wyparuje z jego spółek? Sołowow ma odpowiedź: trzeba szukać takiej granicy, przy której jest się jeszcze po bezpiecznej stronie. Najważniejszą rzeczą w tym sporcie jest pozostanie na drodze. W rajdach punkty zbierają ci, którzy dojadą do mety. Jeszcze dziesięć lat temu traktowano go jak intruza. Ot, ma za dużo pieniędzy i kupuje sobie szybkie zabawki. Dziś mówią o nim z szacunkiem. – Jest szybkim kierowcą i zrobił duże postępy w ciągu kilku lat. Takie osiągnięcia w tym wieku zasługują na podziw – mówi o Sołowowie Kajetan Kajetanowicz, ubiegłoroczny rajdowy mistrz Polski.

Mistrz kierownicy i biznesu

Michał Sołowow pochodzi z Kielc. Tam skończył liceum i studia na Politechnice Świętokrzyskiej. Zaczynał od założenia Miteksu. Z małej firmy budowlanej zrobił giganta branży, sprzedając go z dużym zyskiem francuskiemu Eiffage. Podobnie stało się z siecią marketów Nomi. Sprzedał ją brytyjskiemu koncernowi dystrybucyjnemu Kingfisher, supermarkety spożywcze Max zaś Holendrom z Royal Ahold. Pozyskany w ten sposób kapitał zainwestował na giełdzie.

Prawdziwymi zawodami zainteresował się dopiero w 2001 r., rzeczywiście późno, bo tuż przed czterdziestką. Zaczynał od Rajdu Krakowskiego, który zakończył na przydrożnym drzewie. – Adrenalina, ryzyko. W żadnym innym sporcie nie ma szansy na ściganie się w moim wieku z najlepszymi w Europie i na świecie – tłumaczy ten pęd do wyścigów Sołowow. – Patrzę na rajdy przez pryzmat efektywności biznesowej. Jeżeli pozostałem na drodze, muszę szybko o tym zapomnieć, bo dostaję kolejną informację i muszę podjąć decyzję. Nie wolno na ułamek sekundy się rozprężyć. To jest też coś, co funkcjonuje w biznesie – tłumaczy, jak sport pomaga mu w robieniu interesów. Nie ma problemów ze stresem. Nie łapie zadyszki jak inni kierowcy. – Żyję codziennie na jakimś poziomie stresu i dużo pracuję. Nie miałem problemu ze snem przed zawodami, nie miałem bezdechu w trakcie rajdu. Dla mnie to jest fragment „funu”, co może stwarza jakąś małą przewagę – mówił Sołowow. Meksyk, półwysep Jukatan, kompleks podwodnych jaskiń Dos Ojos, czyli dwoje oczu, to skomplikowany układ 50 km podwodnych korytarzy. Śmiertelnie niebezpieczny labirynt kształtem przypomina literę Y. Po drodze 2 km restrykcji, czyli ciasnych miejsc, gdzie trzeba wyłączyć podwodne skutery i o własnych siłach płynąć z 200 kg sprzętu na plecach. W takich warunkach Leszek Czarnecki pobił rekord świata w najdłuższym nurkowaniu jaskiniowym. Właściciel grupy kapitałowej Getin Holding i piąty najbogatszy człowiek w Polsce to również instruktor nurkowania z 28-letnim stażem. Wybrał się tam w towarzystwie siedmioosobowego teamu współpracowników, ekipą telewizyjną i 500 kg skomplikowanego sprzętu. Czarnecki przygotował całą wyprawę i obmyślił plan bicia rekordu. 17-kilometrową podwodną trasę na głębokości 72 m pokonał w dokładnie 9 godz. i 58 min. Wynurzył się z czeluści, zdjął maskę i dyszał: – Odwodniony nie jestem, zmęczony raczej. A w poniedziałek do biura. Koszula, garnitur. Można wrócić do innego życia – mówił z satysfakcją. Zaraz potem rozległy się okrzyki radości i brawa. Na skafander Czarneckiego polał się szampan, a ekipa filmowa zrobiła pamiątkowe zdjęcia.

Z ryzykiem im do twarzy

Kanadyjski miliarder Guy Laliberté zapłacił 35 mln dolarów za 12-dniową wycieczkę w kosmos w rosyjskiej rakiecie Sojuz TMA- 14. Pasją Larry’ego Ellisona, założyciela imperium informatycznego Oracle, są mordercze wyścigi żeglarskie. Dlaczego bogatych ludzi ciągnie do ekstremalnych sportów i ryzyka? – Oni nie nurkują w jaskiniach dla poprawy kondycji. Chcą pokazać innym bogatym, że robią coś szczególnego, elitarnego, że są wyjątkowo sprawni – komentuje psycholog dr Joanna Heidtman. Dodaje, że takie osoby szukają silnych bodźców, chcą się pokazać, wyróżnić. Gdyby chodziło tylko o rozładowanie stresu, nie musiałyby kupować sobie rajdowego samochodu ani wyczynowego samolotu. – Mogliby równie dobrze iść sobie pobiegać, ale taki sport nie spełnia ich wielkiej potrzeby rywalizacji – mówi dalej. Uprawianie ekstremalnych sportów pomaga im również w biznesie. Potrafią ocenić ryzyko i doskonale działać w nowych sytuacjach na rynku. – Mają odwagę, rozsądnie przekraczają granice, bezpiecznie rozgrywają swoje interesy. Potrafią działać pod presją. Są doskonałymi liderami, którzy umieją przeprowadzić swoich pracowników przez najgorszy kryzys – mówi psycholog. Czarnecki potwierdza to w swojej książce: biznesmen musi się nauczyć żyć pod presją. Przecież kierujący firmą jest jak pilot samolotu. Nie może wstać z fotela, powiedzieć „mam dość” i wyjść. – Zdarzają się ciężkie chwile, kiedy ten twardy dysk ciągle kręci się w głowie i nie można przestać myśleć o pracy. Często przyjeżdżałem na lotnisko w Góraszce, brałem któryś ze swoich samolotów i leciałem przed siebie – mówi Zbigniew Niemczycki, właściciel Curtis Group, w skład której wchodzi fabryka leków, wytwórnia obudów do telewizorów i spółka inwestująca w biurowce.

Maluch i kukuruźnik

Wiele osób z listy 100 najbogatszych Polaków podróżuje własnym samolotem, ale wziąć jeden ze swoich samolotów, i to z własnego lotniska, może tylko Niemczycki. Umawiamy się na łączce niedaleko Konstancina. Biznesmen porzuca limuzynę i wskakuje do śmigłowca. W ciągu kilku minut lecimy do Góraszki, trawiastego lotniska na obrzeżu Warszawy. – Ta koncentracja, za sterami samolotu czy śmigłowca, rozładowuje napięcie po pracy. Mnie latanie bardzo relaksuje – zwierza się, kręcąc pętle.

Poniżej mechanicy rozgrzewają już silnik dwupłatowca CSS 13. To maszyna znana jako „kukuruźnik”. – Moja ulubiona otwarta kabina, kilka przyrządów nawigacyjnych, esencja latania – mówi Niemczycki. Zakłada pilotkę, gogle i po skrzydle wskakuje do kokpitu. CSS nie ma hamulców. Mechanicy zatrzymują go, łapiąc za skrzydła. W hangarze parkują jeszcze awionetka cessna, odrzutowy MiG-15 – jeden z nielicznych latających egzemplarzy, a także odbudowany messerschmitt 109. Można powiedzieć, że lotnictwo to sport mało ekstremalny, ale Niemczycki spędza w powietrzu tyle godzin, że przeżył już wiele niebezpiecznych sytuacji. Kilka razy zgasł mu silnik podczas lotu śmigłowcem. Maszyna zaczyna wówczas spadać jak kamień i tylko szybkie przełączenie wirnika powoduje, że śmigłowiec nie rozbija się, ale opada na ziemię niczym klonowy nosek.

Hobby miliarderów to jedno z ich ostatnich połączeń z prawdziwym życiem. Takim, jakie znali, zanim w świecie korporacji zasiedli nad stosem raportów, otoczeni księgowymi, doradcami biznesowymi. Sołowow do dziś pamięta, jak do pierwszych amatorskich rajdów pożyczał rodzinne auto. – Nie miałem wtedy kasy. Brałem małego fiata mojej matki. To był świetny samochód – wspominał początki swojej kariery rajdowej. Leszek Czarnecki na każdej prezentacji o pierwszym milionie wspomina, jak z kolegami nurkowali w Odrze, wyławiając niewybuchy. Niemczycki za sterami kukuruźnika przypomina sobie czasy, kiedy podczas pierwszego lotu w życiu właśnie taką maszyną miał zrzucić nad swoją szkołą bukiet kwiatów. ■

Okładka tygodnika WPROST: 36/2013
Więcej możesz przeczytać w 36/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także