Polityka na podsłuchu

Polityka na podsłuchu

BRANŻA NAGRANIOWA MA SIĘ ŚWIETNIE. Tylko od początku tego roku wskutek ujawnienia najrozmaitszych nagrań zatrzęsło się kilka państw na całym świecie.

W mroźny grudniowy poranek śledczy z departamentu przestępstw finansowych wkroczyli do biur i domów kilkudziesięciu notabli rządzącej partii oraz związanych z nimi biznesmenów. Wyprowadzili ministra spraw wewnętrznych, ministra gospodarki, ministra ds. środowiska naturalnego, ich synów, burmistrza jednego z większych miast w kraju oraz prezesa jednej z największych firm budowlanych i dyrektora generalnego wielkiego banku. W sumie za kraty trafiło 47 osób. Tyle fakty, teraz taśmy. Pierwsza informacja o nalotach na domy i biura współpracowników zastaje premiera w jego stołecznym biurze. Dwie minuty po ósmej rano szef rządu dzwoni do syna. – Cokolwiek masz w domu, pozbądź się tego natychmiast – komenderuje. – A co miałbym mieć? Twoje pieniądze są w sejfie – odpowiada syn. – Właśnie o tym mówię! Zadzwoń do wujka, musi zrobić to samo, zadzwoń też do szwagra.

Członkowie rodziny premiera zabierają pieniądze z domowych sejfów i wywożą do zaprzyjaźnionych biznesmenów. – Skończymy do wieczora – informuje ojca syn podczas trzeciej, popołudniowej rozmowy. – Nie rozmawiajcie o tym przez telefon – ostrzega na koniec szef rządu. Planu nie udaje się w pełni zrealizować. Na trzy kwadranse przed północą syn oddzwania: – Tato, jeszcze nie poradziliśmy sobie ze wszystkim. Zostało 30 mln euro. Tu syn referuje propozycję, by przekazać pieniądze magnatowi budowlanemu: – Żeby pamiętał, możemy od niego kupić apartament. Premier zgadza się na takie rozwiązanie, ale jednocześnie jest już pewny, że zaciska się wokół niego pętla. – Nie mów o tym tak otwarcie! Słuchają nas! – strofuje syna.

WSIADAJ W HELIKOPTER I UCIEKAJ

Gdy nagrania tych rozmów trafiły w lutym do internetu, Turcja zatrzęsła się w posadach. – To nie jest atak na Recepa Tayyipa Erdoğana, szefa Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), to atak na republikę – komentował pojawienie się taśm na YouTube i w portalach społecznościowych sam zainteresowany, Recep Tayyip Erdoğan. Jego syn Bilal tym razem przezornie wybrał milczenie. – To fałszywka, oni słuchają zaszyfrowanych rządowych telefonów. Oto jak nisko upadli – grzmiał szef rządu, doszukując się sprawców wśród członków organizacji filozofa i teologa Fethullaha Gülena. W ciągu kilku godzin tureckie instytucje regulujące sektor telekomunikacyjny nakazały zablokowanie klipów na YouTube i w innych serwisach.

Ale mleko się rozlało. – Uciekaj z kraju albo zrezygnuj – domagał się lider opozycyjnej Partii Republikańskiej (CHP), Kemal Kılıćdaroğlu. Trudno się dziwić, jego partia ma z Erdoğanem własne rachunki krzywd: to prawdopodobnie z otoczenia premiera i za jego milczącą zgodą cztery lata temu światło dzienne ujrzała taśma, na której zarejestrowano igraszki poprzednika Kılıćdaroğlu – Deniza Baykala – z jedną z partyjnych koleżanek. Raptem sześciominutowy zapis z sypialni złamał karierę 70-letniego polityka. Baykal najpierw próbował się wypierać, potem oskarżył rząd o spisek, w końcu złożył dymisję. A Partia Republikańska odnotowała w ubiegłorocznych wyborach jeszcze gorszy wynik niż cztery lata wcześniej. Ani wyjazd, ani dymisja nie są jednak dla Erdoğana rozwiązaniem. Szef rządu wkrótce po wybuchu taśmowego skandalu przeszedł do kontrofensywy: zatrzymani w grudniu dygnitarze zaczęli odzyskiwać wolność, stanowiska za to zaczęli tracić prokuratorzy, którzy prowadzili śledztwo. Jakby tego było mało, zdominowany przez AKP parlament przeforsował prawa podporządkowujące władzę sądowniczą rządowi oraz pozwalające instytucjom nadzorującym sektor telekomunikacyjny blokować dostęp do internetu nawet bez prokuratorskiego nakazu. Przeprowadzona naprędce kontrola wykazała, że biura i służbowy samochód premiera są naszpikowane podsłuchami.

Agenci służb rządowych przeprowadzili w pięciu miastach obławę na potencjalnych spiskowców, podczas której zatrzymano 11 osób. Tyle że plan zawiódł: sześć wyszło na wolność już po wstępnych przesłuchaniach, pozostałe pięć zwolnił za kaucją turecki sąd. To może być jednak gwóźdź do trumny tureckiego sądownictwa. – W moim biurze znaleziono pluskwy. Wszystkie dowody zostały przedłożone w sądzie, a teraz uwalnia się wszystkich podejrzanych. Nie godzę się na to – skarżył się Erdoğan podczas ubiegło tygodniowej wizyty we Francji. Nie ma większych wątpliwości, że wewnątrzturecka konfrontacja między umiarkowanymi islamistami premiera a zwolennikami świeckiej republiki spod znaku CHP właśnie wchodzi w fazę pełzającej wojny, być może więc niejedno jeszcze – nomen omen – usłyszymy.

BRAŁEM WTEDY LEKI

– Nie chciałbym być przywódcą Rosji. Oni nigdy nie wiedzą, czy nie są przypadkiem nagrywani – błysnął swego czasu bon motem prezydent USA Richard Nixon. Tymczasem to właśnie w jego gabinecie szpule magnetofonów przesuwały się niemal nieustannie: zainstalowano tam aż dziewięć aktywowanych głosem magnetofonów Sony, model TC-800B. Praktyki Nixona ujawnił jeden z byłych współpracowników prezydenta, Alexander Butterfield, w apogeum afery Watergate. Miał to być koronny dowód na to, że gospodarz Białego Domu wiedział o aferze i osobiście nalegał na jej zatuszowanie. Taśm z Gabinetu Owalnego żądali specjalna senacka komisja i specjalny prokurator powołany do wyjaśnienia Watergate. Po niemal roku przepychanek Nixon zgodził się na ujawnienie niektórych nagrań, mówił też, że zniszczył część taśm. – Brałem wtedy leki – usprawiedliwiał się. Sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, który nakazał wydanie liczących kilkaset godzin nagrań. Na tym nie koniec: w trakcie przesłuchiwania i transkrypcji zapisów, jakoby w wyniku pomyłki, skasowano ponad 18 minut nagrania – do dziś nie jest jasne w jakich okolicznościach.

Tego, co Amerykanie mogli usłyszeć – a w tamtym czasie, przede wszystkim, przeczytać – wystarczyło, by przeciąć karierę prezydenta. – Do cholery, wejdźcie tam i weźcie te dokumenty. Wysadźcie sejf i weźcie. Tak właśnie chcę, żeby to zrobić. Włamać się i zabrać! Rozumiesz? – strofował Nixon swojego szefa sztabu na jednej z taśm. Chodziło o włamanie do siedziby Brookings Institution, gdzie prezydent spodziewał się znaleźć haki na swojego poprzednika, Lyndona B. Johnsona. Ledwie rok później ten sam scenariusz jego wysłannicy realizowali w budynku Watergate. Prosty scenariusz włamania zmienił się jednak w trwający dwa lata serial, określany dziś największym skandalem w historii Ameryki. Taśmy Nixona do dziś odbijają się echem, gdy tylko ich nowa porcja zostaje udostępniona opinii publicznej. – Większość naszych żydowskich przyjaciół to ludzie, którzy mają kompleks niższości i muszą sobie go jakoś rekompensować – komentował Nixon na nagraniu ujawnionym cztery lata temu. Złośliwości nie szczędził też innym narodowościom. – Chyba każdemu Irlandczykowi odbija, jak sobie wypije. Taka cecha naturalna, zwłaszcza u prawdziwych Irlandczyków – mówił. Z kolei Włosi „po prostu nie mają głów na karku”. A rosnący w siłę Afroamerykanie? – Oni nadchodzą i koniec końców wzmocnią kraj, bo są silni fizycznie i niektórzy są cwani. Tak się stanie, ale według mnie to perspektywa kolejnych 500 lat – kwitował. Świat już pewnie dawno zapomniałby o magnetofonach w Gabinecie Owalnym – w końcu nagrywarki są tam zamontowane na stałe, nagrywali poprzednicy Nixona i jego następcy: Ford, Carter, Reagan, Clinton, obaj Bushowie. Nagrywa i Obama. Tyle że używają do tego wyłącznika, a nie aktywacji głosowej. Nixon najwyraźniej nie chciał, by jakiekolwiek słowo z jego dziedzictwa przepadło. No cóż, życzenie się spełniło.

PIEPRZYĆ UNIĘ EUROPEJSKĄ

Przy czym to następca Nixona – Gerald Ford – uczynił z podsłuchiwania prawdziwą broń zimnej wojny. Z odtajnionych w 2010 r. dokumentów wynika, że z końcem 1974 r. prezydent podpisał ściśle tajne memorandum pozwalające na podsłuchiwanie i nagrywanie bez nakazu prokuratorskiego wszystkiego, co jest związane z potrzebami „bezpieczeństwa narodowego”. Rejestratory dźwięku zaczęły wówczas pracować na całym świecie pełną parą, choć media nie miały z tego większego pożytku.

„Zimnowojenna kultura zapluskwionych ambasad ustąpiła »światu po 11 września«: pełnemu urządzeń nasłuchowych i żądań udostępnienia danych” – twierdzą Whitfield Diffie i Susan Landau, autorzy książki „Privacy on the Line. The Politics of Wiretapping and Encryption”. „Choć batalia z lat 90. o wolność jednostek i firm do użycia kryptografii została wygrana, upowszechnianie kryptografii postępuje bardzo powoli. W tym samym czasie liczba przepisów narzucających przemysłowi komputerowemu i komunikacyjnemu przymus wbudowywania systemów szpiegowskich w ich systemy gwałtownie wzrosła” – dowodzą.

Ale przede wszystkim: pojawił się internet. To sieć jest dziś prawdziwym polem bitwy na najrozmaitsze nagrania, które elektryzują potem cały świat. Od wiosny toczy się tam choćby zastępcza wojna światowa o Ukrainę. Zaczęło się z przytupem: na początku lutego na YouTube pojawiło się czterominutowe nagranie zatytułowane ze słowiańską fantazją – „Marionetki Majdanu”. Był to zapis rozmowy telefonicznej między podsekretarz stanu USA ds. Europy Victorią Nuland a amerykańskim ambasadorem w Kijowie Geoffreyem Pyattem. – Byłoby świetnie to wszystko posklejać i żeby to ONZ wszystko posklejało. I, wiesz, pieprzyć Unię Europejską – mówi Pyattowi dyplomatka, ustalając strategię działania na Ukrainie. Oczywiście szczegóły tej strategii ani opinie Amerykanów o liderach Majdanu nikogo specjalnie nie obeszły – zainteresowanie wzbudziło jedynie kilka słów dotyczących europejskich partnerów Waszyngtonu. Dla kontrastu w sieci znalazło się też nagranie rozmowy między dyplomatką z Berlina Helgą Schmidt a ambasadorem UE w Kijowie Janem Tombińskim. – Nie będziemy się ścigać z USA o to, kto jest silniejszy – słychać na nim głos Tombińskiego. – My mamy inne instrumenty – mówi ambasador. Potem taśm już tylko przybywało. Na początku marca pojawiło się choćby nagranie rozmowy szefa estońskiego MSZ z odpowiedzialną za unijną politykę zagraniczną baronessą Ashton. Z zapisu wynikałoby, że za snajperami, którzy strzelali do uczestników protestów w Kijowie, nie stali ludzie obalonego prezydenta Janukowycza, lecz „ktoś z nowej koalicji”.

TAŚMY NA SARKOZY’EGO

Nagrania z podsłuchów stają się też stałym elementem kampanii wyborczych. Członkowie tureckiej AKP twierdzą, że ujawnienie rzekomych rozmów między Erdoğanem a Bilalem to wrzutka przed wyborami lokalnymi nad Bosforem. Również wiosenne wybory municypalne we Francji upłynęły pod znakiem taśm – w marcu tygodnik „Canard Enchainé”, znany zarówno ze swojego satyrycznego zacięcia, jak i wpływów w świecie polityki, ujawnił, że sekretarz byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego zarejestrował w sumie kilkaset godzin rozmów między swoim zwierzchnikiem a ludźmi z jego administracji. Za doniesieniami tygodnika poszła gazeta „Le Monde”, która z kolei poinformowała Francuzów, że Sarkozy i dwaj jego dawni ministrowie od wiosny 2013 r. byli nagrywani przez śledczych, próbujących sprawdzić, czy jego kampanii prezydenckiej nie finansował libijski dyktator Muammar Kaddafi. Te taśmy mogą jeszcze powrócić, jeżeli lokator Pałacu Elizejskiego z lat 2007-2012 zrealizuje swoje zapowiedzi i wystartuje przeciwko Franćois Hollande’owi w wyborach w 2017 r.

Podsłuchami gra się na całym świecie. Dwór nowego egipskiego prezydenta, Abd al-Fattaha as-Sisiego, nie tylko zapewnił swojemu patronowi 97-procentowe zwycięstwo przy urnach, ale też podsunął telewizjom nagrania rozmów między czołowymi postaciami opozycji, od noblisty Mohameda ElBaradeia po aktywistę z placu Tahrir Waela Ghonima. W gusta wyborców miała też trafić taśma, z której wynika, że nowy prezydent umie przewidywać przyszłość. Pozostaje pytanie, kto ujawnił taśmę, na której obalony egipski przywódca Hosni Mubarak wychwala as-Sisiego – i czy miała ona pomóc, czy zaszkodzić nowemu prezydentowi.

NIE MA ŚWIĘTYCH KRÓW

W ostatniej dekadzie skandale podsłuchowe wybuchają regularnie na całym świecie. W 2004 r. Grecy ujawnili, że w telefonach komórkowych sieci Vodafone znaleziono pluskwy – a chodziło o numery nie byle abonentów. Znaleźli się wśród nich premier Kostas Karamanlis, jego ministrowie, biznesmeni i wojskowi. Do dziś nie wiadomo dokładnie, kto stał za inwigilacją dygnitarzy – przy czym od kilku lat podejrzenia rzucane są przede wszystkim na Amerykanów. Kolumbijczycy z kolei sześć lat temu dowiedzieli się, że administracja byłego prezydenta Álvara Uribego – najbliższego sojusznika USA w regionie, rządzącego Kolumbią w latach 2002-2010 – potajemnie nagrywała sędziów Sądu Najwyższego, przechwytywała ich rozmowy telefoniczne i permanentnie inwigilowała. Agenci wywiadu podległego Uribemu mieli tropić powiązania między sędziami a półświatkiem. Do dziś nie udowodniono udziału prezydenta w skandalu.

Co kraj, to obyczaj. U schyłku rządów Borysa Jelcyna sekstaśma przekreśliła karierę prokuratora generalnego Jurija Skuratowa. Ambitny urzędnik wszczął dochodzenie przeciwko powiązanym z Kremlem biznesmenom, wkrótce więc w rosyjskiej telewizji wyemitowano zapis pikantnych zabaw Skuratowa z dwiema damami do towarzystwa. Jelcyn zawiesił prokuratora dekretem, a ostateczny cios zadał prezydent elekt Władimir Putin, pozbawiając go stanowiska. Dziś już nie trzeba telewizji, wystarczy blog. Półtora roku temu kilkuminutowe nagranie wideo z alkowy Lei Zhengfu, sekretarza partii w jednej z prowincji, z młodszą o 30 lat kochanką doprowadziło do ujawnienia jednego z największych w historii skandali polityczno-obyczajowych w Chinach. Okazało się, że rejestracja wyczynów seksualnych lokalnych notabli to sprawka jednego z biznesmenów z branży budowlanej: prężny biznesmen podstawiał urzędnikom młode dziewczyny w charakterze kochanek, następnie rejestrował schadzki i… ustawiał się po lukratywne kontrakty. Zresztą nie gardził też gotówką. Paradoksalnie skandal okazał się władzom w Pekinie całkiem przydatny – posłużył do przygotowania gruntu przed ogłoszeniem ogólnokrajowej kampanii antykorupcyjnej i pokazania, że za Wielkim Murem nie ma świętych krów. Dwa miesiące temu skandal wstrząsnął Kuwejtem. Członek rodziny królewskiej, rządzącej naftową potęgą, szejk Ahmad Fahad al-Sabah, ujawnił nagranie wideo, z którego wynikałoby, że grupa dawnych dygnitarzy spiskuje, żeby pozbawić władzy rządzącą dynastię al-Sabahów. Choć treść nagrania ani dane rozmówców nie zostały ujawnione, to wideo podniosło temperaturę kuwejckich sporów między królewską familią a coraz bardziej samodzielnymi deputowanymi. Pierwsi dopatrują się w konwersacjach zamachu stanu, drudzy – próby skompromitowania parlamentu.

W chwili gdy to czytacie, nagrań przybywa w błyskawicznym tempie. Na początku czerwca w dosyć wyjątkowym oświadczeniu sieć Vodafone ujawniła, że w ciągu ostatniego roku 29 rządów na świecie zwróciło się do firmy z żądaniem udostępnienia linii lub danych abonentów. Prośby obejmowały m.in. podsłuchy, nagrywanie rozmów, zapis numerów telefonicznych rozmówców lub wyników wyszukiwania. A przecież Vodafone to „tylko” 400 mln abonentów na całym świecie. – Zaledwie rok po sensacjach Snowdena ponownie pokazano nam skalę zbierania danych przez rządy – komentowała unijna komisarz sprawiedliwości Viviane Reding. – Takie praktyki nie powinny pozostawać nieuregulowane – zastrzegała. Cóż, jeśli do rządów i agencji rządowych dodać samych polityków, potencjalnych szantażystów i amatorów nagrywania, chyba prościej i skuteczniej będzie zamilknąć. �

Okładka tygodnika WPROST: 27/2014
Więcej możesz przeczytać w 27/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także