Nie poprawiam Pana Boga

Nie poprawiam Pana Boga

Jak ludzie widzą, że nie chcę ich wyśmiać, ale sprawić, by jak najlepiej się zaprezentowali, gotowi są zrobić wszystko – mówi Czesław Czapliński, fotograf, który robił zdjęcia m.in.: Jacksonowi, Nixonowi, Vonnegutowi i Cindy Crawford.

To pan wybiera bohatera?

Zawsze. Taką przyjąłem zasadę. To dlatego, że nigdy nie wiązałem się z żadnymi gazetami i sam musiałem wymyślać tematy. Bo aparat to rzecz drugorzędna. Najpierw trzeba mieć pomysł. I ja taki pomysł miałem, gdy przyleciałem w 1979 r. do Stanów Zjednoczonych. Chciałem zrobić wystawę portretów wybitnych Polaków mieszkających w Ameryce.

A znał pan któregoś?



Nie. Ale wiedziałem, że do każdego miasta trzeba mieć klucz, który otwiera drzwi do znanych ludzi. Tutaj, w Polsce, to jest łatwe, bo można ich spotkać na ulicy. Przyjaźniłem się z pisarzem Markiem Nowakowskim, który lubił spacerować w okolicach placu Konstytucji w Warszawie i każdy, kto chciał, mógł do niego podejść. Ale w Stanach ci wielcy są ukryci, otoczeni sekretarkami i bodyguardami. Wtedy bardzo modnym pisarzem był Jerzy Kosiński. Jego książki były w każdej amerykańskiej księgarni. Bez niego nie było wystawy. Wiedziałem, że on mnie doprowadzi do innych. Zdobyłem telefon, co też nie było łatwe. Odebrała Kiki [Katherina von Fraunhofer, sekretarka, a potem żona pisarza], która powiedziała, żebym zadzwonił za pół roku, bo wyjeżdżają do Szwajcarii. „Ale ja mam wystawę za miesiąc” – próbowałem ją przekonać, ale odłożyła słuchawkę. I wtedy sobie powiedziałem: jeżeli nie potrafię się dostać do kogoś takiego jak on, to nie mam w Stanach szans. Z innymi przecież będzie jeszcze trudniej. Napisałem więc do niego list, po polsku, odnalazłem kamienicę, w której mieszkał, i dałem list doormanowi przed drzwiami. Nie zdążyłem dojechać do domu, a Kosiński już do mnie dzwonił.

Co go przekonało?

Może to, że tak jak on byłem z Łodzi? Może to, że tak jak on zajmuję się fotografią? A może dlatego, że napisałem po polsku? Przez telefon powiedział, że jest bardzo zajęty, ale znajdzie dla mnie 15 minut. Zostałem dłużej i się zaprzyjaźniliśmy.

To on był tym kluczem?

On znał wszystkich. To był facet, którego jeden telefon otwierał wszystkie drzwi. Ciągle występował w talk-show oglądanych przez całą Amerykę. On był wszystkim. Amerykańscy pisarze dwukrotnie wybierali go na prezesa Pen Clubu. To bajka, jakiej świat nie widział. Tutaj sobie ludzie nawet nie wyobrażają, co to znaczy być szefem Pen Clubu przez dwie kadencje. I opowiadają te pierdoły, że może on tych książek nie pisał.

Seksoholik, neurastenik i wielki mistyfikator. Tak go w swojej książce „Good Night, Dżerzi” przedstawił Janusz Głowacki.

Przyjaźnię się z Januszem od lat 80. i powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy tych tematów dotykać publicznie. Mnie Kosiński bardzo pomógł. Zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku napadli na mnie na 42 Ulicy i ukradli mi wszystkie aparaty. Byłem w bardzo trudnej sytuacji. Spotkałem Jurka na balu w San Francisco i on pyta, czy już odkupiłem sprzęt. „Nie – odpowiadam – bo to strasznie drogie”. Pokazuje mi palcem jakiegoś faceta z partnerką: „Zrób im kilka fotek, a potem pomyślimy”. I na koniec balu Kosiński mówi: „Wyślij mu te zdjęcia i wystaw rachunek na tyle, ile potrzebujesz. I się nie martw, on ma jeszcze więcej pieniędzy”. Okazało się, że to był Ted Field, producent filmowy z Los Angeles, przyjaciel Kosińskiego.

Kto był po Kosińskim?

Zacząłem robić pisarzy. Chciałem wykorzystać to, że Jurek był szefem Pen Clubu. Sami najwięksi: Susan Sontag, William Styron, Isaac Bashevis Singer, Kurt Vonnegut. Vonnegut był legendą, o spotkaniu z którą nie śmiałem nawet marzyć. Mieszkał w typowej kamienicy na Manhattanie i stał przy telefonie, kiedy wszedłem do jego apartamentu. „Niektórym się wydaje, że wystarczy nacisnąć guziczek i jest zdjęcie. Ale to nie tak” – powiedział.

Przygotowuje się pan jakoś do robienia tych portretów?

Jak fotografuję aktora, to oglądam jego filmy, jak pisarza – to czytam książki. Im więcej wiem o człowieku, tym prościej nawiązać z nim kontakt.

Ale po co? Pan tylko naciska migawkę.

Wbrew pozorom przez te kilka minut rodzi się relacja. Musi się coś zadziać. Fotografowanie jest jak spowiedź. Ważna jest szczerość. Kiedyś dostałem informację, że Franćoise Gilot przyjechała do Nowego Jorku i zgodziła się, żebym zrobił jej zdjęcia. Gdy poszedłem ją odwiedzić, nic o niej nie wiedziałem poza tym, że była kochanką Pabla Picassa i z tego związku urodziło się ich dwoje dzieci. Przyjęła mnie elegancka pani i oprowadziła po swoim mieszkaniu. Więc pytam ją o Picassa, a czym bardziej pytam, tym bardziej ona robi się zła. Po półgodzinie jest już tak wściekła, że chłodno mnie żegna i wyprasza z mieszkania. Pytam znajomej, która mnie zaprotegowała, co jej się stało, a ona załamuje ręce i mówi: „Coś ty zrobił? Powinieneś przeczytać przed spotkaniem jej książkę »Żyć z Picassem«. Wtedy wiedziałbyś, że to był najbardziej toksyczny związek z możliwych. Nie wbijałbyś jej wtedy tych igieł podczas rozmowy”. Jednak wysłałem Gilot te zdjęcia, a na każdym jest wściekła. Odpisała, że po raz pierwszy ktoś zrobił jej zdjęcie, na którym nie wygląda jak słodka idiotka. Muszę sporo wiedzieć o ludziach, bo zwykle przychodzę, żeby ich uwieść i namówić do szaleństwa.

Proszę o przykłady.

Robiłem w latach 90. cykl: ojcowie i córki. Trafiłem do Jeremiego Przybory, którego zwykle ubierano w smoking i cylinder. A ja chciałem przebrać go w strój motocyklisty i wsadzić na motor. Jego córkę zaś ubrałem w smoking, który włożyła na gołe ciało. I posadziłem ich na motocykl. „Genialne” – powiedział Przybora. Podobnie było z Jackiem Kuroniem, który zawsze był w dżinsowej koszuli. Pamiętam, jak przyszedłem do niego z gotowym pomysłem, tylko bałem się mu o tym powiedzieć. Więc stoję w tym jego mieszkaniu naprzeciwko wielkiej szafy gdańskiej, a on zachęca: „Niech pan wreszcie powie”. „Chciałbym – mówię nieśmiało – ubrać pana bardzo elegancko, w smoking”. Postawił warunek – zdjęcie ma być pod trzepakiem na jego żoliborskim podwórku. Jak ludzie widzą, że to, co robię, nie jest po to, żeby ich wyśmiać, a tylko po to, żeby jak najlepiej się zaprezentowali, gotowi są zrobić wszystko. Wyczuwają, że stoję po ich stronie.

To pan namówił Kosińskiego, żeby wkładał peruki, doklejał wąsy, przebierał się w dziwne stroje i panu pozował?

Razem na to wpadliśmy. On mieszkał na rogu 57 Ulicy i 6 Alei, w samym sercu Manhattanu. Jak wychodził na lunch, to ludzie mu spokoju nie dawali. Ciągle ktoś podchodził i prosił o autograf. Żeby mieć spokój, zaczął się przebierać, doklejać wąsy, wkładać okulary. Maski, w których pozował mi do zdjęć, służyły mu wcześniej przez lata jako przebrania. Kochał te przebieranki. A gdy zakładał jakiś strój, to stawał się innym człowiekiem. Wkładał na przykład rozciągniętą koszulkę i od razu zaczynał mówić slangiem, inaczej gestykulował. To była dla niego zabawa. W swoim ulubionym barze sprawdzał, czy dobrze się kamufluje. Siadał przy stoliku, zamawiał u barmana drinka i wychodził do toalety. Tam się przebierał i wracał na miejsce. Był tak zmieniony, że kelner przepędzał go od stolika, mówiąc, że to miejsce pana Kosińskiego.

Czy fotografuje pan tylko tych, których lubi?

Michaela Jacksona nie znosiłem. Pamiętam, jak w 1997 r. staliśmy z Markiem Kwiatkowskim, dyrektorem Łazienek, na Okęciu i Marek zapytał: „Czesław, co my tu robimy?”. Ja wtedy uważałem Jacksona za wariata w śmiesznych kapelusikach.

To dlaczego chciał pan mu robić zdjęcia?

Bo to była megagwiazda, król popu. Nikt nigdy nie sprzedał tylu płyt, ile on. Chciałem go zobaczyć z bliska, skonfrontować się z nim. To był pierwszy przypadek w historii, że ktoś inny niż jego osobisty fotograf miał prawo do takich zdjęć. Zdarzało się, że jego ekipa podczas podróży wynajmowała lokalnego fotografa, ale potem musiał oddać wszystkie zrobione zdjęcia. Mnie sprzyjała sytuacja, bo Jackson przyleciał z Paryża bez fotografa, więc ktoś musiał to robić. A ja przyjaźniłem się z Jacques’em Tourelem, który organizował tę wizytę, więc wskoczyłem z Jacksonem do helikoptera, którym latał po Polsce. W kraju ludzie nie zdawali sobie nawet sprawy, kto do nich przyleciał. On był porównywany do papieża. I wiem, co mówię, bo fotografowałem papieża podczas dwóch wizyt w Polsce. Widziałem, że jak do niego podchodzili, to im się nogi ze strachu trzęsły, ale jak podchodzili do Michaela, to tracili przytomność. I znów się okazało, że wszystko jest inaczej. Te bzdury o odpadającym nosie i jego nadęciu okazały się bujdą. Odkryłem niebywałego, genialnego faceta. Skromnego i wycofanego, który mówił tak cicho, że trzeba było się nachylać, by cokolwiek usłyszeć. Zrobiłem mu wtedy kilkaset zdjęć. Są takie, których jeszcze nie opublikowałem.

Dlaczego?

Annie Leibovitz wydała album ze zdjęciami umierającej Susan Sontag. Chora Sontag leży w łóżku podłączona do jakichś rurek, widać cięcia po operacji. Takich rzeczy nie powinno się robić, i ja tego nie robię. Na zdjęciach z wizyty w warszawskim szpitalu przy Litewskiej są ciężko chorzy ludzie i płaczący nad nimi Jackson. To nie jest coś do pokazywania. Każdy musi sobie sam postawić granicę. Ja bym nie zrobił czegoś takiego jak Leibovitz.

A pan gdzie postawił tę granicę?

Gdy fotografowałem gen. Jaruzelskiego, cała moja idea sprowadzała się do tego, że muszę zrobić coś nadzwyczajnego. Mam pomysł, tylko nie wiem, jak mu o tym powiedzieć, a on się niecierpliwi i mówi, że nie ma czasu. Boję się, że jak mu powiem, to będzie awantura, ale trudno. Mówię, że chcę go sfotografować bez tych ciemnych okularów, z którymi jest kojarzony od zawsze. „Naprawdę pan tego chce?” – zapytał i uniósł je na czoło. I wtedy zobaczyłem te czerwone oczy starego człowieka, walczącego od lat z zapaleniem spojówek. Wtedy zrozumiałem, że te okulary nie są po to, żeby się za nimi ukrywał, tylko po to, żeby go oczy nie bolały. Sesję zrobiliśmy w okularach. Nie ma co tak obnażać ludzkich słabości.

Ma pan więcej takich zdjęć, których pan jeszcze nie pokazał?

Mam sporo zdjęć ludzi, których fotografowałem, ale nie wiem, czy pokażę. Na przykład Radovana Karadžicia, którego proces o ludobójstwo kończy się w Hadze. On przyczynił się do śmierci 100 tys. ludzi. Ja go spotkałem w 1993 r., gdy przyjechał do Nowego Jorku wygłosić przemówienie w ONZ. Nawet nie planowałem spotkania, bo to było zbyt trudne. Krążyły pogłoski, że się ukrywa, bo mają go zabić. Ale znajoma, która była żoną Serba, zadzwoniła i powiedziała, że jeśli chcę, mogę się z nim spotkać. Przed wejściem do hotelowego apartamentu stali faceci z karabinami, rewizja. Piętro pod i piętro nad nami siedział amerykański wywiad i pilnował, żeby go nie zastrzelili. Pamiętam, że podczas całej rozmowy stał przy nas facet z ochrony, który trzymał w kieszeni pistolet. To był bardzo ciekawy człowiek – poeta, psychiatra i szef serbskiego rządu. Dla mnie to było ważne spotkanie. I dopiero potem zaczęły wychodzić na jaw te wszystkie jego zbrodnie.

Ale po pisarzach, do których drogę otworzył panu Kosiński, byli aktorzy, politycy, ludzie biznesu, piosenkarze: Liza Minnelli, Alain Delon, Richard Nixon, Henry Kissinger, Malcolm Forbes, Calvin Klein, Plácido Domingo, Tina Turner. Do nich też miał pan klucze?

Jak się już wejdzie w to środowisko, to nie można z niego wyjść. Fotografowałem kiedyś rzeźbiarza Natana Rapaporta podczas budowy na Liberty Island pomnika żołnierza amerykańskiego, który niesie na rękach uratowanego z obozu Żyda. Potem chciał, żebym mu ten pomnik sfotografował. On polecił mnie innym. Podobnie było z Piasecką-Johnson i Fibakiem, którzy poprosili mnie, bym zrobił zdjęcia ich kolekcjom obrazów. Tak powstał album „Kolekcje sztuki polskiej w Ameryce”.

Mówił pan, że nie fotografuje celebrytów, bo w ich twarzach nie znajduje nic ciekawego.

To prawda.

Nie wystarczy, że są piękne?

Piękna to jest Catherine Deneuve. To, co popularne, szybko przemija, a prawdziwe piękno pozostaje. Przecież Brigitte Bardot mogłaby sobie zrobić twarz jak u laleczki, wygładzić, napompować usta, jak u orangutana, ale tego nie robi.

I nie poprawia pan zdjęć w Photoshopie?

U mnie nic się nie zmieniło od czasu, gdy pracowałem w ciemni. Jak fotografuję kogoś takiego jak Vladimir Horowitz, który ma interesującą, cudowną i wspaniałą twarz, to co ja mam tam zmieniać. Na tej twarzy jest wszystko, a każda zmarszczka idzie z głowy. Czy ja mam go wygładzić? W fotografii chodzi przecież o prawdę, żeby ją wydobyć na zdjęciu. A na twarzy wszystko się odbija, każda myśl i każdy uśmiech. Bo człowiek się śmieje wewnętrznie. A jeśli zaczniemy malować twarze w Photoshopie, to stajemy się malarzami. Ja tego nie robię. Nie poprawiam Pana Boga.

Dlaczego oni dają się fotografom przestawiać, ustawiać, męczyć? Te sesje trwają godzinami, jak oni znajdują na to czas?

Jak fotografuje się kogoś takiego jak Robin Williams, to nie ma mowy, żeby zablokować mu cały dzień. Agent umówił nas na planie filmowym i tam z nim pracowałem. Zresztą tak naprawdę, żeby zrobić dobre zdjęcie, wystarczy chwila. Ułamek sekundy decyduje, czy uda nam się uchwycić nastrój i pokazać osobowość człowieka. Portret powstaje w głowie. Ja zdjęcia robię szybko, bo przychodzę z pomysłem. Męczenie osoby, przestawianie z miejsca na miejsce nie ma sensu i do niczego nie prowadzi. Ludzie się męczą i nie wiedzą, o co chodzi. Jerzego Waldorffa spotkałem, jak wychodził z Czytelnika na Wiejskiej. „Muszę panu zrobić zdjęcie” – powiedziałem, a on zaczął się zastanawiać: „W tym tygodniu – nie, w następnym – nie, niech się pan zgłosi w przyszłym miesiącu”. „Tu i teraz na ulicy” – powiedziałem. Zdjęcie powstało w ciągu sekundy. To był moment, kiedy on się otworzył i promieniał. I choć się potem z nim zaprzyjaźniłem i zrobiłem jeszcze setki jego portretów, to żaden nie był tak dobry. Jak umarł, to zastrzegł w testamencie, że chce, by przy każdej jego ważnej książce to zdjęcie było publikowane.

A co jeśli gwiazdor nie jest zadowolony z portretu?

Czesława Miłosza fotografowałem w Gramercy Park, gdy przyjechał do Nowego Jorku. Była wczesna wiosna, a on wyglądał jak model. Gdy wysłałem mu zdjęcia, nie był zachwycony. „Wyglądam na nich za staro” – mówił. „Niech pan zaczeka kilka lat, to nabiorą mocy” – odpowiedziałem. I nabrały. Ale kiedy mam naprawdę dosyć ludzi, to fotografuję arystokrację kwiatów – storczyki. �

Okładka tygodnika WPROST: 41/2014
Więcej możesz przeczytać w 41/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także