Wskrzeszenie delfina

Wskrzeszenie delfina

Odcinany od wpływów, upokarzany, pozbawiany zaplecza były poseł Sławomir Nitras niespodziewanie wraca na szczyty władzy.

W Szczecinie był już tylko cieniem dawnej potęgi. Nie bywał, nie pokazywał się, nie brał udziału w partyjnych dyskusjach. Ostatni przyczółek, czyli poselskie biuro, zamknął w czerwcu, gdy wygasł mu mandat euro parlamentarzysty. W majowych wyborach do europarlamentu też nie wystartował, bo nikt mu tego nie zaproponował. Nie było mowy nawet o najlichszym miejscu na liście. – To już był jego koniec – mówi działacz Platformy ze Szczecina. – Został wycięty ze wszystkiego, wokół niego absolutna pustka, nie miał w regionie już żadnych politycznych przyjaciół, Tusk też się od niego odwrócił. I wtedy spadła ta informacja, jak grom z jasnego nieba. Gazety piszą, że wyrzucony za burtę dawny poseł Sławomir Nitras wypłynął w Warszawie i 1 grudnia wraca do gry. Zostanie teraz najbliższym doradcą premier Ewy Kopacz.

– Jakby uciekł z Hadesu – mówi jego kolega z zachodniopomorskiej Platformy. – Jestem jak Uma Thurman z filmu „Kill Bill” – mówił po wskrzeszeniu znajomym. „Kill Bill” jest filmem krwawym, z częstymi zwrotami akcji, w którym Thurman gra mścicielkę. Wybudzona po latach ze śpiączki chce się zemścić na swoich prześladowcach, którzy próbowali ją wcześniej uśmiercić. To by się nawet zgadzało.

POLITYCZNE KORZENIE

Już w 2008 r. dziennikarze wróżyli Nitrasowi błyskotliwa karierę. Prorokowali, że może wkrótce zastąpić partyjnych liderów. „Duet Schetyna-Tusk może być zastąpiony innym: Nowak-Nitras – ta opinia obiega ostatnio partyjne kuluary PO” – pisała „Rzeczpospolita”. Miał wtedy 35 lat, a za sobą już partyjne doświadczenia w UPR, SKL, AWS i Platformie.

Nitras pochodzi z niewielkiego pomorskiego miasteczka – Połczyna-Zdroju. Skończył politologię w Szczecinie, a pierwszą pracę podjął jeszcze na studiach – z nadania AWS został dyrektorem gabinetu wojewody koszalińskiego. Już wtedy toczył śmiertelne boje o przywództwo z partyjnym weteranem – Arturem Balazsem. Zanim skończył trzydziestkę, był już mocnym partyjnym graczem. Dzięki AWS dostał pierwszą pracę w biznesie. Minister Wiesław Walendziak mianował go dyrektorem koszalińskiej kopalni kruszyw. Potem z niej odejdzie, przejmie jej klientów i założy własną o podobnym profilu. Do 2005 r. będzie się zajmował handlem kruszywami, a po 2005 r., gdy zostanie posłem, odsprzeda firmę żonie.

NA POLU WALKI

Źródłem potęgi zachodniopomorskiej Platformy rządzonej przez trzech trzydziestolatków było porozumienie w Krzywopłotach. Tak roboczo nazywał się cykl spotkań, które na stacji benzynynowej odbywali późniejsi liderzy PO w regionie: Stanisław Gawłowski z Koszalina, Sławomir Nitras ze Szczecina i Sebastian Karpiniuk z Kołobrzegu. Dzięki ich zgodnej współpracy i jasnemu podziałowi wpływów Platforma w województwie rosła w siłę.

– Sławek był wtedy najpotężniejszy, decydował, kto będzie wojewodą, marszałkiem czy prezydentem Szczecina – mówi jego znajomy. Co chwila pojawiały się plotki, że sam obejmie jakieś ważne stanowisko w Warszawie. A to ministra sportu, a to prezesa PZPN, a to wiceministra spraw wewnętrznych. Po wyborach w 2007 r. duże zaskoczenie, bo skonfliktowany z nim Grzegorz Schetyna proponuje mu stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych. Daje mu dwa tygodnie na zastanowienie. W tym czasie Sejm dzieli stanowiska przewodniczących komisji, a Platforma obsadza swoimi ludźmi ministerstwa. Gdy się w końcu decyduje podjąć ofertę Schetyny, ten mu odpowiada, że już za późno. Ministerialne stanowisko zaproponował komuś innemu. To taka drobna zemsta na stronniku Jana Rokity, który z miesiąca na miesiąc traci wpływy w Platformie.

Jednak w Szczecinie Nitras nadal jest mocny. – Ale też bezwzględny, ze skłonnością do poniżania ludzi – opowiada jego znajomy. Działacze jeżdżą do Warszawy i skarżą się na niego sekretarzowi generalnemu Grzegorzowi Schetynie, bo wiedzą, że za nim nie przepada. – Nie będę jednego Nitrasa zamieniał ma innego Nitrasa – odpowiada Schetyna. Ma opinię bojowego posła. Lubi walczyć z opozycją. Gdy w wyborach prezydenta Szczecina PiS atakuje kandydata Platformy, Nitras odpowiada kontratakiem. – Było tylko kilka godzin, żeby im oddać. Posadziłem kilka osób przed komputerami i kazałem szukać. No i znaleźliśmy: sprawę umorzenia przez Ministerstwo Finansów długów pewnego działacza Samoobrony. Gdy oskarżałem o to Lubińską, wiedziałem, że to nie ona podejmowała decyzję i że potem będę pewnie musiał przepraszać. Ale efekt został osiągnięty – opowiada „Rzeczpospolitej”. Nie przewidział tylko, że ta wypowiedź stanie się podstawą doniesienia do prokuratury. Złożył je skonfliktowany z posłem Przemysław Kazaniecki, któremu Nitras wytoczył wcześniej cywilny proces. Poseł domagał się przeprosin za słowa, że chodzi po urzędzie marszałkowskim jak po własnym folwarku. – Sławek tłucze się z opozycją, potem z kolegami partyjnymi, a na końcu z dziennikarzami – opowiada jego znajomy. I tak powoli hoduje sobie całe zastępy wrogów.

NA FURZE GNOJU

Sytuacja zmienia się po katastrofie smoleńskiej w 2010 r., w której ginie zachodniopomorski baron Sebastian Karpiniuk. – Teraz jest czas na mnie – w lokalnej telewizji Nitras ogłasza, że będzie walczył o przywództwo w regionie. – Był przekonany, że wygra, i bardzo zabolała go ta porażka – opowiada jego znajomy. Szefem regionu zostaje bowiem Stanisław Gawłowski z Koszalina. – Różnica między Gawłowskim a Nitrasem jest zasadnicza. Pierwszy potrafi sobie zjednać ludzi, drugi nastawia ich przeciwko sobie. – Sławek bardzo źle znosi tę porażkę – opowiada jego znajomy. – Nie wytrzymuje ciśnienia, atakuje nowego szefa, wysyła obraźliwe SMS-y do dawnych współpracowników, jakby nie rozumiał, że nie chcą iść z nim na dno – opowiada jego znajomy. Przez najbliższe lata będzie trwać powolne odcinanie go od wpływów, upokarzanie, wycinanie jego stronników, pozbawianie zaplecza.

– Ludzie odwracają się od niego, bo wiedzą, że Sławek się kończy – dodaje znajomy. W 2013 r. traci ostatni partyjny przyczółek. Pisze list ze skargą do premiera Tuska. Regionalnemu szefowi Stanisławowi Gawłowskiemu zarzuca nieuczciwe prowadzenie wewnątrzpartyjnej kampanii i pompowanie kół w Szczecinie. – Traktuję to raczej jako demonstrację rozżalenia niż problem do załatwienia – odpowiada Tusk, ignorując skargę. Nitras ostentacyjnie wycofuje się z wyborów, których i tak nie ma szans wygrać. – Jego błąd polega na tym, że narobił w swoje gniazdo i obrócił się na pięcie – mówi jego znajomy. – Partyjnych brudów nie można prać publicznie. Pół roku później nie dostał nawet partyjnej rekomendacji w eurowyborach, choć przez pięć lat zasiadał w Parlamencie Europejskim, reprezentując PO. – Platforma potraktowała Nitrasa niczym wieś Jagnę z „Chłopów” – zauważyła wtedy szczecińska radna Małgorzata Jacyna-Witt. – Najpierw wszyscy ją kochali, a na końcu wywieźli ją na furze gnoju.

NA AUCIE

W ubiegłym roku o upadku posła dowiaduje się tworzący nową partię Jarosław Gowin. Próbuje zarzucić na niego sieci. Gowin potrzebuje lokalnych liderów. Chce się spotkać z Nitrasem i przeciągnąć go na swoją stronę, ale ten odmawia. Mówi, że jego życiem jest Platforma, choć przecież nic nie wskazuje na to, by miał szansę na jakikolwiek powrót. W regionie jest spalony, ze Schetyną skłócony, a Tusk go ignoruje. Wciąż jest jednak szeregowym członkiem PO. Z dawnych wpływów zostały mu jeszcze dobre relacje w Warszawie. Przyjaźni się z ministrem transportu Sławomirem Nowakiem, ma dobre relacje z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, którego wspomagał w wewnętrznej kampanii prezydenckiej.

– To ostatnie wpływowe osoby, które mogą wyciągnąć do niego rękę – mówi jeden z działaczy. Ale wkrótce i oni tracą wpływy w Platformie. Nowak potyka się na aferze zegarkowej, a Sikorski – na taśmowej. Jego znajomi ze Szczecina mówią, że Sławek wciąż wierzył w swój powrót. Opowiadał znajomym, że ma propozycję z Warszawy. Mówił, że zostanie podsekretarzem stanu w jakimś ministerstwie, ale nic z tego nie wyszło. – Nie przyjmował do wiadomości, że jest już na aucie – mówi jego kolega ze Szczecina.

WSKRZESZENIE

Pod koniec listopada dzwoni telefon z kancelarii premiera. Zapraszają go do Warszawy. Ewa Kopacz proponuje mu stanowisko politycznego doradcy. Może nie jest to stanowisko na miarę ambicji dawnego delfina, ale jedyna propozycja, którą ostatnio dostał. To dopiero początek. Już trwają bowiem spekulacje, czy polityczny doradca zostanie wkrótce szefem gabinetu premiera, czy tylko rzecznikiem prasowym Kopacz. Dlaczego Nitras? – pytają w Szczecinie. – Powodów jest kilka – tłumaczy jeden z polityków PO. Kopacz jest pozbawiona własnego zaplecza politycznego, a nie chce wzmacniać ani walczących o wpływy w rządzie schetynowców, ani spółdzielni Grabarczyka. Potrzebowała kogoś, kto dobrze zna Platformę, ma rozeznanie polityczne i nie będzie w stanie jej zagrozić. – Sławek spełnia te wszystkie warunki – dodaje. – Bo najbardziej wartościowi współpracownicy to tacy, którzy nie mają swojego zaplecza ani pozycji. Dzięki temu mogą się poświęcić dla swojego pryncypała. Wiedzą też, że jak on zatonie, to oni razem z nim. Dlatego dla Sławka premier Kopacz jest ostatnią deską ratunku. A to gwarantuje lojalność – dodaje.

W Szczecinie nominację przyjęto z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Bo trudno uwierzyć w to, że można wyjść z tak beznadziejnej sytuacji i wypłynąć w Warszawie. Koledzy Nitrasa, którzy go do niedawna topili, mówią teraz oficjalnie, że bardzo się cieszą z tego powrotu. Powtarzają, że to kolejna wpływowa osoba w rządzie, do której będą mogli się zwracać o wsparcie. A nieoficjalnie? Że jak będzie próbował odbudować swoją pozycję w regionie, to nie będzie dobrze. – Jeśli będzie próbował mieszać w strukturach, to będą napięcia – mówi szczeciński parlamentarzysta. Dawny kolega dodaje: – Sławek dostał tlenu i odżył. Zobaczymy, kiedy zacznie się mścić. ■

Okładka tygodnika WPROST: 6/2015
Więcej możesz przeczytać w 6/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także