Mieńszewicy i bolszewicy

Mieńszewicy i bolszewicy

W SLD toczy się walka o SLD
Sojusz Lewicy Demokratycznej wyczerpał swój potencjał. Może jeszcze poprawić wynik w następnych wyborach parlamentarnych, ale to za mało, by rządzić - uważa Stefan Niesiołowski, poseł AWS, działacz ZChN. - Jeśli nie zmienimy kształtu i sposobu działania, czeka nas nie cztery, ale 16 lat w opozycji. W tej chwili nie mamy nawet ludzi i pomysłów na funkcjonowanie w defensywie, nie mówiąc o recepcie na odzyskanie władzy - przyznaje jeden z liderów SLD. - Niewiele się zmieni, póki sojuszem będzie dyktatorsko rządził Leszek Miller. A nie ma żadnych szans, by ustąpił przed wyborami parlamentarnymi w 2001 r. - twierdzi współpracownik prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Zjednoczenie prawicy, utworzenie koalicji AWS-UW i osłabienie PSL zepchnęły sojusz do opozycji i pozbawiły - przynajmniej na razie - większych szans na odzyskanie władzy. Czy SLD przekształci się w nowoczesną socjaldemokrację, która nie ma wiele wspólnego z tradycyjnymi socjalistami i która po przejęciu władzy często prowadzi liberalną politykę gospodarczą? Jeśli nie, to grozi mu "spalanie się" w wiecznej "postkomunistycznej" opozycji. - Do wielu problemów może dojść trudność z utrzymaniem spoistości sojuszu. Działanie w opozycji nie sprzyja konsolidacji - dodaje dr Antoni Dudek, politolog. Dziś w obozie lewicy nabrzmiewa spór o to, czy sojusz ma być formacją, która po przejęciu władzy jedynie odcina kupony od reform poprzedników, czy też ugrupowaniem zyskującym wyborców zainteresowanych kontynuacją procesów modernizacyjnych. Pierwsza formuła uniemożliwia prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu zbudowanie nowego, pozbawionego piętna postkomunizmu obozu centrolewicowego, któremu faktycznie właśnie on by przewodził. Druga z kolei eliminuje z politycznego świecznika Leszka Millera.
Toteż dyskusja, jaką rozpętał na łamach "Gazety Wyborczej" Sławomir Wiatr, dawniej aktywnie działający w sojuszu, zarzucając SLD brak pomysłu na odzyskanie władzy i ideową pustkę, nabiera rumieńców. Zwłaszcza że sojusz stoi nie tylko przed koniecznością opracowania strategii działania, ale również określenia, czym w ogóle ma być. Nowa konstytucja przyznaje możliwość zgłaszania kandydatów na posłów jedynie partiom politycznym i grupom obywateli, a nie blokom wyborczym, takim jak Sojusz Lewicy Demokratycznej czy Akcja Wyborcza Solidarność. Marek Borowski, wicemarszałek Sejmu z ramienia SLD, pierwszy zgłosił pomysł stworzenia jednej partii, która zrzeszałaby ugrupowania wchodzące w skład SLD.
- Prowadzimy badania i prace studyjne. Do tak poważnych decyzji trzeba się dokładnie przygotować. Coś więcej będziemy mogli powiedzieć za kilka tygodni - tłumaczy Andrzej Urbańczyk, rzecznik Klubu Parlamentarnego SLD, członek powołanego niedawno zespołu, który zajmie się przekształceniem sojuszu w partię. Część "mniejszych sojuszników" nie ma w ogóle ochoty na roztopienie się w członkowskiej magmie. - Utworzenie partii o nazwie SLD, na którą to nazwę pracowało wiele osób, to "skok na kasę" ? uważa Piotr Ikonowicz, poseł SLD, lider PPS. Z kolei Zbigniew Siemiątkowski, poseł SLD, obawia się, że jeśli nowa partia odstąpi od nazwy SdRP, wykorzysta ją ktoś inny. Liderzy SLD nie boją się pokrzykiwań "kanapowego" PPS, ale z uwagą słuchają współtworzących sojusz central związkowych, w tym takich potęg, jak OPZZ czy ZNP. Oficjalnie Józef Wiaderny, przewodniczący OPZZ, wyraża "obawy", czy SdRP nie zawłaszcza znaku SLD. Część liderów SdRP bagatelizuje niezadowolenie związkowców: - Oni i tak nie mają dokąd pójść. Nie chodzi tylko o nazwę, ale również o partyjny majątek, którym po połączeniu trzeba się będzie dzielić z innymi "udziałowcami". Nie można też zapominać, że gdyby sygnatariusze SLD mieli rozwiązać swoje ugrupowania przed założeniem nowej formacji, ich majątkiem zainteresowałby się skarb państwa. - A wtedy byłoby po pieniądzach - twierdzi polityk SdRP. Szansą na utrzymanie stanu posiadania, w tym schedy po byłej PZPR, jest założenie formacji o nowej nazwie przez istniejące organizacje i partie, a dopiero potem ich rozwiązanie. Wtedy utrzymana będzie ciągłość posiadania, mimo że SdRP - bezpośredni spadkobierca PZPR - przestanie istnieć. Andrzej Herman, likwidator majątku po byłej PZPR, obawia się, że tworzenie nowej partii może być właśnie próbą zawłaszczenia majątku. Politycy SLD spierają się także o to, z kim budować nową formację. Pod tym zaś sporem kryje się walka o określenie charakteru nowej formacji. Część działaczy sojuszu ciągle marzy o wielkim kongresie lewicy i tworzeniu partii nie tylko z udziałem SLD i Unii Pracy, ale także Unii Wolności lub przynaj- mniej jej odłamu. - Sens takiej transformacji zależy od tego, czy do bloku lewicowego wejdzie Unia Pracy. Na lewicy nie może być konkurencji - uważa polityk SdRP. - Socjaldemokracja będzie zapewne oferować Unii Pracy góry złota w zamian za porozumienie. Po pierwsze dlatego, że taki mariaż z UP jest kolejnym krokiem w uwiarygodnieniu SLD, po wtóre dlatego, że wtedy nie będzie żadnej alternatywy na lewicy - uważa Antoni Dudek. - Unia Pracy jest partią samodzielną - podkreśla Marek Pol, lider UP, dementując pogłoski o trwających rozmowach między SLD a unią. O takich negocjacjach wspominają natomiast liderzy sojuszu, twierdząc, że już niedługo UP poprosi o współpracę. - Jeśli Przymierze Społeczne się rozpadnie i Unia Pracy zostanie "na lodzie", to sami przyjdą do nas - uważa polityk SLD.
Z pozycji siły sojusz zamierza również rozmawiać z Unią Wolności. - Unię trzeba albo przyciągnąć, albo wyeliminować - mówią politycy SLD. - Ostatni apel Millera do AWS o zakończenie wojny polsko-polskiej może być traktowany jako swoista kara dla UW za to, że nie weszła w wielu miejscowościach w koalicje z sojuszem - uważa Mirosław Czech, sekretarz generalny UW. Przeforsowanie głosami SLD i AWS nowej ordynacji faworyzującej duże ugrupowania może doprowadzić do powsta- nia systemu dwupartyjnego.
- Dopóki unia nie przejdzie przez etap wspólnych rządów z AWS, dopóty nie ma co myśleć o porozumieniu. Kiedy te rządy okażą się niemożliwe, a różnice programowe zbyt wielkie, przyjdzie czas na SLD - uważa polityk SdRP.
Zawarcie historycznego kompromisu utrudniają jednak nie tylko zaszłości, ale również (a może przede wszystkim) Leszek Miller. Postrzegany jako polityczny patron piastujących lokalne stanowiska "towarzyszy z III i IV linii komitetów wojewódzkich PZPR" jest nie do zaakceptowania dla większości polityków innych partii. Ci działacze sojuszu, którzy myślą o odzyskaniu władzy dzięki wyjściu z "obozu PRL", muszą sobie zadać pytanie, czy "dla dobra partii" przywódcą nie powinien zostać ktoś inny. - Miller nie potrafi działać pozytywnie. Nie umie wykorzystać błędów rządu inaczej, jak tylko kpiąc z rządzących. A nam nie potrzeba sprośnych dowcipów, lecz merytorycznej kontrofensywy.
Przewodniczący socjaldemokracji doskonale zdaje sobie sprawę, że przekształcanie SLD może być kolejnym pretekstem do walki o odmłodzenie sojuszu. Bunt młodych, którzy jeszcze niedawno powtarzali, że nie będą "paprotkami" na prezydialnym stole, został wprawdzie stłumiony, ale za plecami Millera stoi grupa bliskich Aleksandrowi Kwaśniewskiemu czterdziestolatków. Czy jednak ktokolwiek jest w stanie zagrozić Leszkowi Millerowi? Przewodniczący SdRP ma na swoim koncie sukcesy wyborcze, a zwycięzców się nie wymienia. Przekonał się o tym lider frakcji liberalnej Wiesław Kaczmarek, były minister przekształceń własnościowych, a następnie gospodarki, dobrze oceniany w pałacu prezydenckim. Podczas ubiegłorocznego kongresu SdRP walkę o fotel szefa partii przegrał z kretesem. Na razie nie ma też szans inny polityk akceptowany przez część Unii Wolności - Marek Borowski, wicemarszałek Sejmu z rekomendacji SLD. Wśród ewentualnych następców wymienia się także Krzysztofa Janika, kiedyś ministra w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego i współtwórcę reformy samorządowej. On jednak faktycznie będzie się ubiegać o fotel szefa partii tylko w sytuacji "awaryjnej", z namaszczenia Millera.
Naturalną selekcją kadr lewicy i szansą dla młodych może się okazać lustracja, przeciwko której (prawdopodobnie nie bez kozery) buntowali się politycy SLD. W kuluarach sejmowych aż huczy od plotek o działaczach, którzy złożyli fałszywe oświadczenia lustracyjne i w konsekwencji mogą zostać wyeliminowani z polityki. Jak będzie wyglądała scena polityczna po kolejnej "nocy długich teczek", nie wie dziś nikt.
Najprostszą drogą do odzyskania władzy może być dla SLD odtworzenie koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. Ludowcom przewodzi Jarosław Kalinowski, wyraźnie związany z sojuszem. Niechętna Kalinowskiemu i zezująca w stronę AWS grupa Waldemara Pawlaka, byłego premiera i prezesa stronnictwa, nie odgrywa większej roli. W dodatku z otoczenia Pawlaka są "wyłuskiwani" kolejni działacze - niedawno Aleksander Kwaśniewski mianował Andrzeja Śmietankę z PSL ministrem w swojej kancelarii. Zabiegając o zyskanie przychylności wszystkich ludowców, prezydent odwiedził też kongres PSL, gdzie został owacyjnie przyjęty. Jednak - podobnie jak w obecnej kadencji - głosów SLD i PSL może nie starczyć do odzyskania rządów. Natomiast koalicja z Unią Wolności pozostanie utopią dopóty, dopóki Miller będzie kierować SLD i dopóki próby ognia i wody nie przejdzie koalicja AWS-UW. Dlatego sposobem odzyskania władzy może być próba ostatecznego skłócenia koalicjantów, doprowadzenie do zmiany ordynacji wyborczej na większościową i dążenie do stworzenia systemu dwupartyjnego.


Postsojusznicy

Józef Oleksy
Lat 52, były przewodniczący SdRP. Po tzw. sprawie Olina, w związku z którą zarzucano mu kontakty z rosyjską agenturą, nie odgrywa istotnej roli w partii, jego pozycja w SLD jest bardzo słaba.


Leszek Miller
Lat 52, przewodniczący SdRP i Klubu Parlamentarnego SLD. Pielęgnuje dawne układy i struktury. Popierany przez szefów organizacji wojewódzkich. Zwolennik prowadzenia twardej polityki opozycyjnej.


Krzysztof Janik
Lat 48, były współpracownik Kwaśniewskiego w pałacu prezydenckim. W tej kadencji prawa ręka Millera, świetny organizator.
Okładka tygodnika WPROST: 49/1998
Więcej możesz przeczytać w 49/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także