Pojednanie Kwaśniewskiego z Wałęsą to pozbawiony emocji gest w porównaniu z tym, co dzieje się teraz na Dalekim Wschodzie. Wizyta przedstawiciela Kuomintangu w Chinach to wydarzenie takiego kalibru, jak udanie się do Canossy cesarza niemieckiego Henryka IV.
Kuomintang rządził w Państwie Środka przed II wojną światową. Komunistyczny przewrót Mao Tse-tunga w 1949 roku zmusił przedstawicieli tej partii do schronienia się na Tajwanie, gdzie stworzyli oni swą własną wersję Chin. Teraz, po ponad 50 latach, Kuomintang próbuje odnowić stosunki z Pekinem. Robi to jako partia opozycyjna, bowiem na Tajwanie rządzi dążący do niepodległości prezydent Chen Shui-bian.
Rosnąca potęga Pekinu sprawia, że pozycja Tajwanu jest coraz bardziej niewygodna dla całego świata. Dlatego należy szybko rozwiązać problem dwóch państw chińskich. Możliwości są dwie: albo Tajwan ogłosi niepodległość (na co nie zgadzają się Chiny grożąc interwencją wojskową), albo oba kraje znów się połączą. Kuomintang wyraźnie obstawia drugą opcję. Jednocześnie liczy, że szybkie zmiany zachodzące teraz w Państwie Środka, jego coraz większe otwarcie na świat zmuszą go do wprowadzenia demokracji. Wtedy nic nie stanie na przeszkodzie, aby Kuomintang stanął do wyborów. Jeśli je wygra, ponownie obejmie władzę w Pekinie. To niepewna gra - ale na pewno warto dla niej zaryzykować kontrowersyjną wizytę w Chinach.
Agaton Koziński