"Baraka" wyreżyserowana przez Rona Frickego (autora zdjęć do "Koyaanisqatsi") miała podobne założenia co film Reggio. Z planów nic nie wyszło. Jest w nim wprawdzie mnóstwo przepięknych zdjęć, kilka błyskotliwych ujęć (na przykład scena, w której kobietę poprawiającą makijaż na ulicy zmontowano z rytualnym malowaniem ciał u mieszkańców afrykańskiej wioski), ale to zdecydowanie za mało. W dodatku dzieło jest zanadto podobne do "Koyaanisqatsi". Środkowa sekwencja filmu gwałtownie przyspiesza, zdjęcia są zrobione szybszym tempie. Ten pomysł jest pewnie autorstwa Rickego i świetnie się sprawdza w tego typu produkcji. Szkoda tylko, że wcześniej wykorzystanu go w dokumencie Reggio - oglądając to w "Barace" ciężko uwolnić się od wrażenia wtórności.
W języku sufickim słowo "baraka" oznacza oddech. Film Frickego sprawia wrażenie, że to słowo zostało wybrane nieprzypadkowo - obraz miał być lekki, z dystansem pokazujący życie na Ziemi. Ale ten pomysł udał się tylko częściowo. Całość jest zwiewna, ogląda się ją bardzo przyjemnie, ale brakuje jej ciężaru gatunkowego, który uczyniłby z tego filmu dzieło sztuki. "Barakę" ogląda się jak kolaż zdjęć z wakacji w egzotycznych zakątkach świata.
Agaton Koziński
"Baraka", reż. Ron Fricke, USA, 1992