Kwiatek dla Ewy Milewicz

Kwiatek dla Ewy Milewicz

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli Pin był skrótem od "polskiego intelektualisty"”, to dziennikarzy należałoby ochrzcić Pedetami. Pamiętają Państwo te popularne za komuny domy towarowe?
Prawo, które wymaga od dziennikarzy złożenia oświadczenia lustracyjnego, nie potrafi się zachować. Przecież wiadomo, że dziennikarze uprawiają zawód zaufania publicznego, w związku z czym należy im ufać, a nie traktować ich jak potencjalnych kapusiów. Poza tym prawo nie ma za grosz wdzięczności. Przez lata dziennikarze stali po jego stronie, tropiąc aferzystów i innych przestępców, a teraz sami zostali objęci nieprzyjazną ustawą. O nie, z takim prawem dyskutować nie będziemy. Jeśli prawo chce wojny, to będzie ją miało! Tylko niech wcześniej dobrze się zastanowi, czy chce się mierzyć z nazwiskami tej miary, co Ewa Milewicz, Jacek Żakowski, Wojciech Mazowiecki, Sergiusz Kowalski, Piotr Najsztub czy Kinga Dunin.

"Nigdy nie było tak pięknej plejady/ A jednak w mowie ich błyszczała skaza,/ Skaza harmonii, ta, co u ich mistrzów./ I przemieniony chór nie był podobny/ Do bezładnego chóru zwykłych rzeczy" – pisał dawno temu Czesław Miłosz w "Traktacie poetyckim" i okazuje się, że jego słowa – pierwotnie skierowane przeciw Skamandrytom – są aktualne także w odniesieniu do dzisiejszej elity dziennikarskiej. Zapowiedziany przez nią bojkot lustracji wypływa bowiem z przekonania o własnej doskonałości i nietykalności. Ale rzeczywistość nie jest kryształowa. Przypadek niejakiego Lesława Maleszki sprawia, że zainicjowana w środowisku "Gazety Wyborczej" akcja bojkotu ściśle kojarzy się z nazwą Kabaretu Moralnego Niepokoju, który kilka tygodni temu został zaangażowany do reklamowania portalu gazeta.pl.

Nie sądzę, żeby wśród zbuntowanych dziennikarzy było wielu ludzi mających osobisty interes w torpedowaniu lustracji. Ci jednak, którzy z ideą prześwietlenia życia publicznego walczą w imię środowiskowej solidarności i politycznej nienawiści do "kaczyzmu", przypominają Pinów z głośnej przed laty książki Rafała Grupińskiego „Dziedziniec strusich samic”. Cała ich charyzma opiera się na stadnych odruchach, niechęci do zajmowania skrajnych stanowisk i braku tolerancji dla samodzielnego myślenia.

Jeśli Pin był skrótem od „polskiego intelektualisty”, to dziennikarzy należałoby ochrzcić Pedetami. Pamiętają Państwo te popularne za komuny domy towarowe? Przez 15 lat ciągłość między Peerelem i wolną Polską sprawiała, że Pedeci mogli pozować na strażników demokracji, celebrując rolę autorytetów moralnych i utyskując na "prawicowych oszołomów". A kiedy w końcu prawo ich zawiodło, wolą oskarżać o skrajność demokratycznie wypracowaną ustawę, niż pogodzić się z utratą swego majestatu. "Ale nikt niech nie przychodzi do mnie i niech nie pyta, czy jestem zboczeńcem, bandytą, kapusiem i nie wiem kim jeszcze, bo to mnie upokarza, bo to narusza zasadę zaufania" – skarży się Jacek Żakowski, który nie uznaje już Rzeczypospolitej za swoje państwo.

Na szczęście jako czytelnicy mamy dziś wybór. W gazetach roi się od analiz komentatorów politycznych młodego pokolenia, choćby Igora Janke, Michała Karnowskiego czy Piotra Semki, którzy w odróżnieniu od swoich starszych kolegów nadążają za rzeczywistością. Ich teksty są bardziej wnikliwe, rzetelne i godne zaufania niż emocjonalne przemówienia dawnych autorytetów. Ponieważ cenię zdrowy rozsądek, jestem z tej dziennikarskiej zmiany warty bardzo zadowolony. A Ewie Milewicz, która rozpętała całą tę burzę wokół lustracji dziennikarzy, chciałbym ofiarować wirtualny kwiatek. Wszystkiego najlepszego z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet!

Czytaj także

Czytaj także