Koniec baśni

Koniec baśni

Dodano:   /  Zmieniono: 
„Kiedy skaczę, czuję się jak wojownik. Narty to moje miecze” – mawiał Sven Hannawald w latach swojej świetności. Adam Małysz skacze w tym sezonie na dwóch nagich mieczach, podarowanych królowi Władysławowi Jagielle przez Krzyżaków w 1410 roku. Trudno o sukcesy, kiedy sprzęt rdzewieje.
Po ostatnich konkursach nikt nie powinien mieć złudzeń: Małysz już nigdy nie wróci do wielkiej formy. Jest sportowym emerytem, wrakiem maszyny do zwyciężania, Andrzejem Gołotą skoków narciarskich. Pojeździ sobie jeszcze kilka razy na zawody w celach rekreacyjnych i zakończy karierę. A razem z nim odejdą z zimowych aren tłumy polskich kibiców. Znikną transparenty z napisami „Pszczyna” i „Swornegacie”. Umilkną odgłosy trąbek. Zakopane zostanie wykreślone z terminarza FIS. Cały naród pogrąży się we frustracji i beznadziei, tracąc przekonanie o własnej wielkości.

Następcy Małysza nie będzie. Nie zastąpi go Justyna Kowalczyk, która przy wszystkich swoich zaletach ma jedną wadę – jest kobietą. Wprawdzie Adam Mickiewicz opisał w „Grażynie” dziarską dziewoję, która przywdziała męską zbroję, ale jak się to skończyło – wiadomo. Tylko mężczyzna jest w stanie sprostać naszym marzeniom o unicestwieniu odwiecznych wrogów, głównie Niemców i ich skandynawskich klonów. O Małyszu mówiło się Batman i Orzeł z Wisły. Kowalczyk może być najwyżej Królową Śniegu.

Z jednej strony, trochę szkoda zbiorowych uniesień, entuzjazmu i poczucia wspólnoty, które przez lata fundował nam Małysz. Z drugiej strony, nie ulega wątpliwości, że była to proteza dla naszej dumy narodowej. Czuliśmy się dumni, bo mogliśmy powoływać się na wyczyny faceta z wąsikiem. Teraz będziemy musieli zakasać rękawy i wziąć się do roboty, żeby odzyskać pewność siebie. Sytuacja trudna, ale zdrowa. W końcu nie można ciągle żyć w baśni, obok realnego świata.

Czytaj także