Mać trwa

Mać trwa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wczorajszy występ panów z PZPN z Januszem Atlasem na czele upewnił mnie w przekonaniu, że polska piłka to komuna, która nadludzkim wysiłkiem FIFA i UEFA trwa mać, niczym zjazd PZPR.

Piłką nożną nie interesuję się konsekwentnie od lat. Czasami zdarza mi się obejrzeć jakiś ważny mecz, mężowi do towarzystwa. Jestem na tyle zorientowana, by w drugiej połowie spotkania nie zadawać pytań typu: kto z kim gra i o co. W domu posiadam szalik reprezentacji z autografem Leo Beenhakkera. Nic by mnie nie mogło skłonić do zajęcia się przedmiotem, na którym się kompletnie nie znam, gdyby nie pan prezes Lato i jego ekipa.

A ludzie to sztuka w sztukę dobrani, jak w korcu maku. En bloc reprezentują poziom w pełni uzasadniający wirtuozerię gry naszej reprezentacji. O samym prezesie i "leśnych dziadkach" napisano już wiele. Ja skoncentruję się na tej "wisience na torcie", jaką nam pan były senator zafundował, czyli o nowym rzeczniku PZPN.

Gdy Grzegorz Lato został wybrany prezesem polskiej piłki kopanej, były trener naszej kadry z czasów PRL, Jacek Gmoch skomentował, że od działacza tego szczebla należałoby wymagać, by przynajmniej umiał pisać i czytać. Myślałam, że przesadza. Pierwsze wątpliwości mnie naszły, gdy pan prezes pojechał do Brukseli i tam indagowany przez prasę o korupcję w polskim futbolu powiedział, że najlepiej jak się w tej kwestii wypowie zastępca Kręcina, bo się zna, gdyż sam miał zarzuty prokuratorskie.

Niedawno dotarło do mnie, że rzecznikiem tego kosztownego cyrku został człowiek, który jak mało kto kojarzy mi się z tym co najgorsze w PRL. Janusz Atlas był pod koniec lat '80 ubiegłego stulecia symbolem dziennikarstwa tak zaangażowanego, że dalej była już tylko ściana i SB w czystej postaci instytucjonalnej. Gdy władza chciała kogoś wykończyć, dziennikarz Atlas chwytał za pióro. Było to coś w rodzaju "Azor bierz go", nie ubliżając Azorowi. Prócz tego słynął jeszcze Janusz Atlas z bujnego życia, nazwijmy to towarzyskiego i promowania karier niektórych "osobowości telewizyjnych". W Wikipedii można znaleźć informację, że Janusz Atlas towarzyszył podczas ostatniej kolacji byłemu ministrowi sportu , Jackowi Dębskiemu i był świadkiem jego zabójstwa, czego media przesadnie nie eksponowały.

Nowy rzecznik wsławił się tym , że od początku swego powołania tj. od początku października zdążył już obrazić kilku dziennikarzy, atakując ich epitetami rodem z rynsztoka, zwanego przez bywalców salonem. Nie rokuje to dobrze relacjom i procesowi budowania kapitału zaufania u mediów, chyba, że pan rzecznik zamierza sięgać do arsenału środków do których przywykł w PRL. Wówczas można z optymizmem patrzeć w przyszłość, wiedząc, że nikt nie ośmieli się napisać złego słowa o PZPN, nawet po pijaku. Język gróźb i manipulacji, to zresztą jedyny znany panu Atlasowi język. Innych, w tym obcych nie posiada. Posiada za to, jak twierdzą naoczni świadkowie, steraną wątrobę, co daje mu najwyższe kwalifikacje, do współpracy z zarządem naszej federacji piłkarskiej w obecnym składzie.

Wczoraj w telewizorze zagościł pan Atlas osobiście. Mogliśmy się dowiedzieć, że organizacje kibicowskie są tak rozzuchwalone, że na trybunach rozwijają transparenty, których treść nie była wcześniej uzgodniona z PZPN, prezes Lato wielkim piłkarzem był (to wiceprezes Piechniczek), ostatnie kompromitujące występy naszych piłkarzy nie są niczym nowym, a sytuacja od lat ma się constans. Co do tego ostatniego to się nawet zgadza. Związki i federacje sportowe w PRL zawsze były synekurą i przechowalnią dla jawnych i tajnych współpracowników. Jeśli dziś się coś w tej kwestii zmieniło, to chyba tylko to, że zarówno pan Janusz Atlas, jak i jego nieboszczyk tatuś posiadają, według słów pana rzecznika, status pokrzywdzonych wydany przez IPN.

Czy ktoś może wie, kto wydaje certyfikaty "pokrzywdzony przez rodzinę Atlasów", chętnie się zgłoszę.

Czytaj także

Czytaj także