Prywatyzacja, czyli problem tortu

Prywatyzacja, czyli problem tortu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Własność państwowa jest obecnie w Polsce parasolem chroniącym nieefektywność i wąski interes grupowy. To także wpływy, pieniądze i stanowiska dla przyjaciół
Niekończące się spory, najostrzejsze zarzuty oraz ciągłe zmiany na stanowisku ministra skarbu państwa każą mi raz jeszcze powrócić do problemu prywatyzacji. Jest to chyba najbardziej gwałtowna, naładowana emocjami i najostrzejsza dyskusja dotycząca polityki gospodarczej Polski. Co więcej, fala emocji od lat nie opada, choć zmienia się i charakter, i znaczenie procesów prywatyzacyjnych. Padają oskarżenia o kradzież, wyprzedaż interesów narodowych i pozbawianie pracy setek tysięcy Polaków z jednej strony, a z drugiej zarzuty o ekonomiczną ignorancję, populizm i tęsknotę za gospodarką komunistyczną.
Zrozumienie istoty sporu wymaga jednak odejścia od schematów myślenia o prywatyzacji. Model, który umownie można nazwać prywatyzacją transformacyjną, powstał na początku lat 90. Udział przedsiębiorstw państwowych w gospodarce wynosił wtedy ok. 70 proc. W większości firmy te były źle zarządzane, niezdolne do działania i rozwoju w warunkach rynku i konkurencji. Prywatyzacja była więc warunkiem przeżycia: albo uda się osiągnąć powszechną zmianę zasad funkcjonowania firm, znaleźć prywatnego właściciela zdolnego wymusić efektywność i konkurencyjność, albo cała polska gospodarka padnie. Szybkie i masowe znalezienie właścicieli, nawet za cenę sprzedaży majątku poniżej jego księgowej wartości, było priorytetem. W ślad za prywatyzacją podążało oczywiście dostosowanie do rynku, często drastyczne i wymagające ogromnych redukcji nadmiernego zatrudnienia. Było to zagrożenie powszechne i nieuniknione, cena do zapłacenia za odziedziczoną po komunizmie nieefektywność. Linia podziału między zwolennikami a przeciwnikami prywatyzacji pokrywała się więc z grubsza z linią podziału między zwolennikami i przeciwnikami rynkowych reform.
Argumenty żywcem wyrastające z ówczesnego sporu wysuwane są w dyskusji po dziś dzień. Błędnie, bo problemy prywatyzacji w roku 2004 są całkiem inne od problemów sprzed kilkunastu lat. Obecnie mamy do czynienia z czymś, co można nazwać prywatyzacją problemową, związaną z walką o modernizację, restrukturyzację i konkurencyjność gospodarki. Przedsiębiorstwa państwowe wytwarzają obecnie jedynie 15 proc. polskiego PKB (łączny udział sektora publicznego jest oczywiście wyższy, bo zawiera również wartość usług administracji publicznej, służby zdrowia czy edukacji). Nie jest to jednak przypadkowe 15 proc. Własność państwowa przetrwała głównie tam, gdzie udało się ją wybronić przed prywatyzacją zdeterminowanym, ale stosunkowo wąskim grupom interesów. Mamy więc własność państwową w przynoszących kolosalne straty przedsiębiorstwach, których pracownicy dobrze wiedzą, że jedynie dzięki pieniądzom podatników udaje się odwlec - być może w nieskończoność - proces drastycznej restrukturyzacji. Mamy ją również tam, gdzie - w odczuciu polityków - jej utrzymanie oznacza wpływy, pieniądze i stanowiska dla przyjaciół. Własność państwowa jest więc obecnie w Polsce parasolem chroniącym nieefektywność i wąski interes grupowy. Tyle że zdeterminowane grupy interesów potrafią bardzo skutecznie lobbować i mobilizować dla własnych celów poparcie zarówno polityków, jak i przeciętnych obywateli. Obecnie prywatyzacja ma więc charakter walki z rekinami, walczącymi do upadłego i nie wahającymi się używać wszelkich środków, aby do prywatyzacji nie dopuścić.
Dlaczego nazwałem prywatyzację problemem tortu? Wyobraźmy sobie, że przedsiębiorstwa państwowe są okrągłym tortem, którego kawałki trzeba po kolei odkrawać i prywatyzować. Prywatyzacja transformacyjna widziała ten problem jako wycinanie od środka kolejnych trójkątnych kawałków. W połowie procesu prywatyzacji mieliśmy już tylko pół tortu, obecnie ćwiartkę - przy czym wygląda ona identycznie jak trzy ćwiartki, które zdołaliśmy pokroić poprzednio.
Prywatyzacja problemowa pojawia się wówczas, kiedy tort kroimy w inny sposób. Nie wykrawamy trójkątnych kawałków od środka do brzegu, ale po kolei obcinamy kawałki z zewnątrz. Obecnie pozostał nam już tylko do pokrojenia sam środek tortu. Tyle że jest on znacznie trudniejszy do ruszenia niż to, co było na zewnątrz. Zdążył już wyschnąć, stwardnieć i nie jest tak smaczny. Ale tort trzeba zjeść do końca, potrzebny jest więc i bardzo ostry nóż, i bardzo zdeterminowany kucharz.