Największa batalia na polskim rynku wchodzi w decydującą fazę. Objaśniamy, kto do kogo strzela i w co chce trafić
Dwa zarządy, dwie rady nadzorcze, ochroniarze, przepychanki i kłótnie. Tak jeszcze w poniedziałek 28 lutego wyglądała sytuacja w Polskiej Telefonii Cyfrowej - operatorze sieci Era. Trzy dni wcześniej długoletni prezes PTC Bogusław Kułakowski dowiedział się, że już nie jest prezesem, bo na to stanowisko wraca jego poprzednik - Tadeusz Kubiak. Jeszcze bardziej zdziwiła go informacja, że nowa lista udziałowców firmy, którą kierował, znacząco różni się od tej, którą znał do tej pory. Kułakowski przyznaje, że nie ogarnia całego tego zamieszania. BusinessWeek spróbował odpowiedzieć na najważniejsze pytania.
O co toczy się wojna?
Trofeum w tej wojnie jest Polska Telefonia Cyfrowa, operator największej polskiej sieci komórkowej. Po trzech kwartałach 2004 r. przychody spółki wyniosły 1,7 mld zł, a zyski - 335 mln zł. PTC ma 38,1 proc. udziałów w rynku. - Spółka warta jest 4-5 mld euro - mówi Bogusław Kułakowski.
Kim są żołnierze?
O kontrolę nad Polską Telefonią Cyfrową walczą dwaj telekomunikacyjni giganci
- niemiecki Deutsche Telekom i francuskie Vivendi, dla utrudnienia występujące pod szyldem swej spółki zależnej - Elektrimu Telekomunikacji. Języczkiem u wagi jest polski Elektrim, kontrolowany przez telewizyjnego magnata Zygmunta Solorza-Żaka. To od jego postawy zależy, komu ostatecznie przypadnie kontrola nad PTC.
Jak doszło do wojny?
Telekomunikacyjni giganci stanęli naprzeciw siebie w 1999 r. Wcześniej jedynym kandydatem na ostatecznego inwestora był Deutsche Telekom (miał udziały w spółce od początku). Gdy okazało się, że interes jest dochodowy, pojawił się rywal. Francuski koncern Vivendi doszedł do porozumienia z Elektrimem (który miał wówczas 32,5 proc. udziałów w PTC) i kupił 49 proc. jego aktywów telekomunikacyjnych (skupionych w spółce Elektrim Telekomunikacja). Za uzyskane pieniądze Elektrim dokupił kolejne aktywa - m.in. 15,8-procentowy pakiet udziałów w PTC (od Kulczyk Holding, Warty i BRE Banku), dzięki czemu osiągnął 51 proc. udziałów w spółce. Na mocy umowy z Vivendi musiał je natychmiast przenieść do Elektrimu Telekomunikacji.
Starcie gigantów rozpoczęło się błyskawicznie. Niemcy nie chcieli dopuścić Vivendi do interesu, więc oprotestowali transakcję przeniesienia udziałów z Elektrimu do ET. Twierdzili, że mają prawo pierwokupu części z 15,8-proc. pakietu, przejętego przez Elektrim.
W końcu spór o to, czy przeniesienie udziałów było skuteczne, czy nie, trafił do Trybunału Arbitrażowego w Wiedniu. Do czasu rozstrzygnięcia Niemcy musieli tolerować zwiększające się wpływy Vivendi w ET, które z czasem dały Francuzom kontrolę nad Elektrimem Telekomunikacja, a pośrednio nad PTC.
Dlaczego Elektrim sprzedał PTC Francuzom?
Konglomerat przeinwestował i szukał wsparcia. W 1998 r. strata Elektrimu sięgnęła 330 mln zł, przy przychodach 637 mln zł. Zadłużenie szacowano na 800 mln dolarów. W kolejnych latach Elektrim musiał wycofać się z większości interesów (m.in. produkcji kabli). Dziś wśród jego aktywów liczą się jedynie wpływy w PTC i akcje elektrowni Pątnów - Adamów - Konin.
Gdzie dziś przebiega linia frontu?
Deutsche Telekom i Vivendi od pięciu lat stoją naprzeciw siebie. Elektrim współpracuje raz z jednym, raz drugim w zależności od sytuacji. Dziś tkwi w sojuszu z Deutsche Telekomem przeciwko Vivendi. Rzecznik Elektrimu Ewa Bojar nazywa to inaczej: - To nie jest żadne porozumienie, tylko działanie na mocy prawa. Elektrim i Deutsche Telekom go przestrzegają, Vivendi wydaje się go nie zauważać. Ta granica nas dzieli.
Faktem jest jednak, że jeszcze jesienią ubiegłego roku Elektrim współpracował z Vivendi. Spółki planowały wspólną sprzedaż ET i porozumiały się nawet, jak podzielą się otrzymanymi pieniędzmi. Elektrim miał otrzymać 500 mln euro, Vivendi - 800 mln euro.
Do kogo rzeczywiście należy dziś PTC?
49 proc. udziałów ma Deutsche Telekom, 3 proc. należy do spółek powiązanych z Vivendi. Ale najważniejsza jest reszta. Owe 48 proc. od ubiegłego tygodnia formalnie należy do polskiego Elektrimu, choć wcześniej było kontrolowane przez Vivendi. Sytuację zmienił długo oczekiwany wyrok trybunału w Wiedniu. Sędziowie uznali przeniesienie udziałów PTC z Elektrimu do Elektrimu Telekomunikacji z 1999 roku za niebyłe. Szefowie Elektrimu uzyskali w polskim sądzie potwierdzenie tego wyroku, zmienili zapisy w Krajowym Rejestrze Sądowym, po czym 25 lutego zmienili władze PTC. Tadeusz Kubiak, Tomasz Holc i Andrzej Sykulski dołączyli do reprezentujących DT Michaela Schneidera i Wilhelma Stuckemanna. Bogusław Kułakowski, Ryszard Pospieszyński i Jonathan Eastwick stracili stanowiska.
Kto na razie jest największym przegranym?
Vivendi. Z dnia na dzień ich spółka zależna została pozbawiona majątku, za który zapłaciła Elektrimowi ok. 1,8 mld euro. Na razie nie wiadomo, czy w którejś z umów inwestycyjnych Francuzi zabezpieczyli się przed takim wyrokiem trybunału.
Kto jest na razie największym wygranym?
Zygmunt Solorz-Żak. W 2003 r. kupił akcje Elektrimu (m.in. od BRE Banku) za blisko 220 mln zł. Wtedy nikt już nie wierzył, że potencjał gigantycznego niegdyś konglomeratu można jeszcze wykorzystać. Teraz okazuje się, że wystarczyło zmienić sojusznika, by inny od zakładanego wynik arbitrażu dał szanse na realizację olbrzymich zysków.
Co może jeszcze zagrozić pozycji Elektrimu?
Paradoksalnie - najgroźniejszy może być dzisiejszy sojusznik. - Niemcy mają prawo do skorzystania z tzw. opcji call - mogą kupić od Elektrimu udziały w PTC za blisko 220 mln euro - przyznaje rzecznik Elektrimu Ewa Bojar. Wszystko zależy od rozstrzygnięcia sporu wokół terminu potwierdzenia w polskim sądzie wyroku wiedeńskiego trybunału. Jeśli okaże się, że Elektrim nie zdążył - Niemcy raczej nie będą mieli litości i wyegzekwują opcję.
W całej sprawie są jeszcze obligatariusze - instytucje finansowe, którym spółka winna jest ok. 450 mln euro (bez odsetek). Ma je oddać do 15 grudnia tego roku, ale pod koniec stycznia obligatariusze poinformowali, że stawiają swe wierzytelności w stan natychmiastowej wymagalności. Twierdzą, że umowa została naruszona - co Elektrim kwestionuje.
Co ciekawe, zastawem obligatariuszy są udziały Elektrimu w Elektrimie Telekomunikacja. Po wyroku arbitrażu stały się one niewiele warte. Rzecznik Elektrimu Ewa Bojar zapewnia jednak: - Traktujemy obligatariuszy poważnie i zamierzamy wypełnić nasze zobowiązania - do 15 grudnia tego roku spłacimy nasze długi.
Jakie są szanse Vivendi na skuteczny kontratak?
Bogusław Kułakowski nie chce się na ten temat wypowiadać. - Nie czuję się stroną w sprawie - mówi. Prezes ET Philippe Houdouin zapowiedział apelację od wyroku polskiego sądu, uznającego orzeczenie trybunału w Wiedniu. - Elektrim wystąpił jedynie o częściowe uznanie wyroku z Wiednia, co jest niepraktykowane nigdzie na świecie i naszym zdaniem niezgodne z prawem międzynarodowym - mówił Houdouin agencji ISB.
Zajmujący się rynkiem kapitałowym prawnik Andrzej Mikosz zna francuski styl prowadzenia sporów: - Vivendi będzie stosować typową francuską metodę nacisków, czyli presję polityczną.
- Nie widzę powodów, by Vivendi miało dostać jakąkolwiek rekompensatę za utratę wpływów w PTC
- uważa Zygmunt Solorz-Żak.
Co będzie, gdy ostatecznie wygra Elektrim?
Solorz-Żak traktuje Elektrim jak inwestycję. Dlatego jak tylko odeprze kontratak Vivendi, sprzeda Niemcom swe udziały w PTC i spłaci obligatariuszy. Teoretycznie może zarobić nawet 1,5 mld euro (48 proc. udziałów w PTC warte jest dziś ok. 2 mld euro, spłata obligatariuszy kosztować będzie ok. 500 mln euro). Jest jednak pewne, że w zamian za wsparcie w toczącej się wojnie Deutsche Telekom będzie żądał dyskonta. Ponadto zostaną do spłacenia zobowiązania ET wobec Vivendi.
Co będzie, gdy wygra Vivendi?
Jeśli Francuzi odzyskają kontrolę nad PTC, również mogą zdecydować się na sprzedaż operatora. Komu? Na razie zainteresowany jest wyłącznie Deutsche Telekom.
Jakkolwiek potoczyłyby się sprawy, każdy z udziałowców ma świadomość, że zaburzenia w zarządzaniu mogą się odbić na pozycji rynkowej operatora, więc w decydującym momencie raczej dojdą do kompromisu, niż zaryzykują wartość spółki. Ten kompromis może zaskoczyć wszystkich.
Udziałowcy muszą się porozumieć
Rozmowa z Bogusławem Kułakowskim, (byłym?) prezesem Polskiej Telefonii Cyfrowej.
Jak się Pan czuje w obecnej sytuacji dwuwładzy w PTC?
Nie najlepiej.
Skąd się Pana zdaniem biorą takie sytuacje?
Albo przez pomyłki, albo przez niestaranność, albo przez przemyślane działanie, a także przez słabość prawa.
Czy czuł Pan, że coś takiego może się zdarzyć?
Gdybym czuł, to z pewnością nie wybrałbym się na urlop.
Jak się Panu wcześniej współpracowało z dwoma członkami zarządu, którzy weszli teraz do zarządu?
Bardzo dobrze. Wspólnie budowaliśmy i rozwijaliśmy firmę, która niewątpliwie osiągnęła wielki sukces, jest stabilna i jest liderem na rynku.
Czy były jakieś sygnały, że mogą tak się zachować?
Absolutnie żadnych.
Pracownicy PTC pytani o to, jak oceniają wydarzenia w firmie, często powtarzali, że sytuacja jest żenująca. Jak Pan by to skomentował?
Zgadzam się z nimi w stu procentach. Mają prawo czuć się zdezorientowani.
Nie mają jednak komfortu pracy, gdy nie są pewni, kto tak naprawdę jest prezesem.
Osobiście dowiedziałem się o swoim prawdopodobnym odejściu z raportu prasowego Elektrimu zamieszczonego w internecie w piątek 25 lutego około godziny 14. Do poniedziałku nie otrzymałem żadnych formalnych dokumentów w tej sprawie. Wiąże mnie zatem obecny kontrakt menedżerski. Moją rolą jest niedopuszczenie, aby przed ostatecznymi rozstrzygnięciami prawnymi, które sąd i tylko sąd może podjąć, coś stało się firmie, klientom bądź pracownikom.
Jak ta sytuacja może się odbić na wizerunku PTC?
Jest za wcześnie, aby o tym mówić, zrobię wszystko, aby zminimalizować skutki tej niefortunnej sytuacji.
Czy sądzi Pan, że możecie tę sprawę wygrać, skoro Elektrim i DT uzyskały wpis do KRS i działają w świetle prawa?
Rzeczywistym problemem nie jest: kto zasiada w zarządzie, lecz różnica zdań między udziałowcami. Nie mam wątpliwości, że muszą się oni porozumieć.
Jak Pan ocenia Tadeusza Kubiaka jako menedżera?
Bardzo dobrze, był moim szefem. Stworzył Polską Telefonię Cyfrową. To za jego czasów firma została liderem na polskim rynku i jest nim do dzisiaj.
Czy ma Pan już scenariusz na sytuację, gdyby w końcu wygrały DT i Elektrim? Jak dalej będzie wyglądać Pana kariera menedżerska?
Nie zastanawiam się nad tą sprawą w tej chwili.
O co toczy się wojna?
Trofeum w tej wojnie jest Polska Telefonia Cyfrowa, operator największej polskiej sieci komórkowej. Po trzech kwartałach 2004 r. przychody spółki wyniosły 1,7 mld zł, a zyski - 335 mln zł. PTC ma 38,1 proc. udziałów w rynku. - Spółka warta jest 4-5 mld euro - mówi Bogusław Kułakowski.
Kim są żołnierze?
O kontrolę nad Polską Telefonią Cyfrową walczą dwaj telekomunikacyjni giganci
- niemiecki Deutsche Telekom i francuskie Vivendi, dla utrudnienia występujące pod szyldem swej spółki zależnej - Elektrimu Telekomunikacji. Języczkiem u wagi jest polski Elektrim, kontrolowany przez telewizyjnego magnata Zygmunta Solorza-Żaka. To od jego postawy zależy, komu ostatecznie przypadnie kontrola nad PTC.
Jak doszło do wojny?
Telekomunikacyjni giganci stanęli naprzeciw siebie w 1999 r. Wcześniej jedynym kandydatem na ostatecznego inwestora był Deutsche Telekom (miał udziały w spółce od początku). Gdy okazało się, że interes jest dochodowy, pojawił się rywal. Francuski koncern Vivendi doszedł do porozumienia z Elektrimem (który miał wówczas 32,5 proc. udziałów w PTC) i kupił 49 proc. jego aktywów telekomunikacyjnych (skupionych w spółce Elektrim Telekomunikacja). Za uzyskane pieniądze Elektrim dokupił kolejne aktywa - m.in. 15,8-procentowy pakiet udziałów w PTC (od Kulczyk Holding, Warty i BRE Banku), dzięki czemu osiągnął 51 proc. udziałów w spółce. Na mocy umowy z Vivendi musiał je natychmiast przenieść do Elektrimu Telekomunikacji.
Starcie gigantów rozpoczęło się błyskawicznie. Niemcy nie chcieli dopuścić Vivendi do interesu, więc oprotestowali transakcję przeniesienia udziałów z Elektrimu do ET. Twierdzili, że mają prawo pierwokupu części z 15,8-proc. pakietu, przejętego przez Elektrim.
W końcu spór o to, czy przeniesienie udziałów było skuteczne, czy nie, trafił do Trybunału Arbitrażowego w Wiedniu. Do czasu rozstrzygnięcia Niemcy musieli tolerować zwiększające się wpływy Vivendi w ET, które z czasem dały Francuzom kontrolę nad Elektrimem Telekomunikacja, a pośrednio nad PTC.
Dlaczego Elektrim sprzedał PTC Francuzom?
Konglomerat przeinwestował i szukał wsparcia. W 1998 r. strata Elektrimu sięgnęła 330 mln zł, przy przychodach 637 mln zł. Zadłużenie szacowano na 800 mln dolarów. W kolejnych latach Elektrim musiał wycofać się z większości interesów (m.in. produkcji kabli). Dziś wśród jego aktywów liczą się jedynie wpływy w PTC i akcje elektrowni Pątnów - Adamów - Konin.
Gdzie dziś przebiega linia frontu?
Deutsche Telekom i Vivendi od pięciu lat stoją naprzeciw siebie. Elektrim współpracuje raz z jednym, raz drugim w zależności od sytuacji. Dziś tkwi w sojuszu z Deutsche Telekomem przeciwko Vivendi. Rzecznik Elektrimu Ewa Bojar nazywa to inaczej: - To nie jest żadne porozumienie, tylko działanie na mocy prawa. Elektrim i Deutsche Telekom go przestrzegają, Vivendi wydaje się go nie zauważać. Ta granica nas dzieli.
Faktem jest jednak, że jeszcze jesienią ubiegłego roku Elektrim współpracował z Vivendi. Spółki planowały wspólną sprzedaż ET i porozumiały się nawet, jak podzielą się otrzymanymi pieniędzmi. Elektrim miał otrzymać 500 mln euro, Vivendi - 800 mln euro.
Do kogo rzeczywiście należy dziś PTC?
49 proc. udziałów ma Deutsche Telekom, 3 proc. należy do spółek powiązanych z Vivendi. Ale najważniejsza jest reszta. Owe 48 proc. od ubiegłego tygodnia formalnie należy do polskiego Elektrimu, choć wcześniej było kontrolowane przez Vivendi. Sytuację zmienił długo oczekiwany wyrok trybunału w Wiedniu. Sędziowie uznali przeniesienie udziałów PTC z Elektrimu do Elektrimu Telekomunikacji z 1999 roku za niebyłe. Szefowie Elektrimu uzyskali w polskim sądzie potwierdzenie tego wyroku, zmienili zapisy w Krajowym Rejestrze Sądowym, po czym 25 lutego zmienili władze PTC. Tadeusz Kubiak, Tomasz Holc i Andrzej Sykulski dołączyli do reprezentujących DT Michaela Schneidera i Wilhelma Stuckemanna. Bogusław Kułakowski, Ryszard Pospieszyński i Jonathan Eastwick stracili stanowiska.
Kto na razie jest największym przegranym?
Vivendi. Z dnia na dzień ich spółka zależna została pozbawiona majątku, za który zapłaciła Elektrimowi ok. 1,8 mld euro. Na razie nie wiadomo, czy w którejś z umów inwestycyjnych Francuzi zabezpieczyli się przed takim wyrokiem trybunału.
Kto jest na razie największym wygranym?
Zygmunt Solorz-Żak. W 2003 r. kupił akcje Elektrimu (m.in. od BRE Banku) za blisko 220 mln zł. Wtedy nikt już nie wierzył, że potencjał gigantycznego niegdyś konglomeratu można jeszcze wykorzystać. Teraz okazuje się, że wystarczyło zmienić sojusznika, by inny od zakładanego wynik arbitrażu dał szanse na realizację olbrzymich zysków.
Co może jeszcze zagrozić pozycji Elektrimu?
Paradoksalnie - najgroźniejszy może być dzisiejszy sojusznik. - Niemcy mają prawo do skorzystania z tzw. opcji call - mogą kupić od Elektrimu udziały w PTC za blisko 220 mln euro - przyznaje rzecznik Elektrimu Ewa Bojar. Wszystko zależy od rozstrzygnięcia sporu wokół terminu potwierdzenia w polskim sądzie wyroku wiedeńskiego trybunału. Jeśli okaże się, że Elektrim nie zdążył - Niemcy raczej nie będą mieli litości i wyegzekwują opcję.
W całej sprawie są jeszcze obligatariusze - instytucje finansowe, którym spółka winna jest ok. 450 mln euro (bez odsetek). Ma je oddać do 15 grudnia tego roku, ale pod koniec stycznia obligatariusze poinformowali, że stawiają swe wierzytelności w stan natychmiastowej wymagalności. Twierdzą, że umowa została naruszona - co Elektrim kwestionuje.
Co ciekawe, zastawem obligatariuszy są udziały Elektrimu w Elektrimie Telekomunikacja. Po wyroku arbitrażu stały się one niewiele warte. Rzecznik Elektrimu Ewa Bojar zapewnia jednak: - Traktujemy obligatariuszy poważnie i zamierzamy wypełnić nasze zobowiązania - do 15 grudnia tego roku spłacimy nasze długi.
Jakie są szanse Vivendi na skuteczny kontratak?
Bogusław Kułakowski nie chce się na ten temat wypowiadać. - Nie czuję się stroną w sprawie - mówi. Prezes ET Philippe Houdouin zapowiedział apelację od wyroku polskiego sądu, uznającego orzeczenie trybunału w Wiedniu. - Elektrim wystąpił jedynie o częściowe uznanie wyroku z Wiednia, co jest niepraktykowane nigdzie na świecie i naszym zdaniem niezgodne z prawem międzynarodowym - mówił Houdouin agencji ISB.
Zajmujący się rynkiem kapitałowym prawnik Andrzej Mikosz zna francuski styl prowadzenia sporów: - Vivendi będzie stosować typową francuską metodę nacisków, czyli presję polityczną.
- Nie widzę powodów, by Vivendi miało dostać jakąkolwiek rekompensatę za utratę wpływów w PTC
- uważa Zygmunt Solorz-Żak.
Co będzie, gdy ostatecznie wygra Elektrim?
Solorz-Żak traktuje Elektrim jak inwestycję. Dlatego jak tylko odeprze kontratak Vivendi, sprzeda Niemcom swe udziały w PTC i spłaci obligatariuszy. Teoretycznie może zarobić nawet 1,5 mld euro (48 proc. udziałów w PTC warte jest dziś ok. 2 mld euro, spłata obligatariuszy kosztować będzie ok. 500 mln euro). Jest jednak pewne, że w zamian za wsparcie w toczącej się wojnie Deutsche Telekom będzie żądał dyskonta. Ponadto zostaną do spłacenia zobowiązania ET wobec Vivendi.
Co będzie, gdy wygra Vivendi?
Jeśli Francuzi odzyskają kontrolę nad PTC, również mogą zdecydować się na sprzedaż operatora. Komu? Na razie zainteresowany jest wyłącznie Deutsche Telekom.
Jakkolwiek potoczyłyby się sprawy, każdy z udziałowców ma świadomość, że zaburzenia w zarządzaniu mogą się odbić na pozycji rynkowej operatora, więc w decydującym momencie raczej dojdą do kompromisu, niż zaryzykują wartość spółki. Ten kompromis może zaskoczyć wszystkich.
Udziałowcy muszą się porozumieć
Rozmowa z Bogusławem Kułakowskim, (byłym?) prezesem Polskiej Telefonii Cyfrowej.
Jak się Pan czuje w obecnej sytuacji dwuwładzy w PTC?
Nie najlepiej.
Skąd się Pana zdaniem biorą takie sytuacje?
Albo przez pomyłki, albo przez niestaranność, albo przez przemyślane działanie, a także przez słabość prawa.
Czy czuł Pan, że coś takiego może się zdarzyć?
Gdybym czuł, to z pewnością nie wybrałbym się na urlop.
Jak się Panu wcześniej współpracowało z dwoma członkami zarządu, którzy weszli teraz do zarządu?
Bardzo dobrze. Wspólnie budowaliśmy i rozwijaliśmy firmę, która niewątpliwie osiągnęła wielki sukces, jest stabilna i jest liderem na rynku.
Czy były jakieś sygnały, że mogą tak się zachować?
Absolutnie żadnych.
Pracownicy PTC pytani o to, jak oceniają wydarzenia w firmie, często powtarzali, że sytuacja jest żenująca. Jak Pan by to skomentował?
Zgadzam się z nimi w stu procentach. Mają prawo czuć się zdezorientowani.
Nie mają jednak komfortu pracy, gdy nie są pewni, kto tak naprawdę jest prezesem.
Osobiście dowiedziałem się o swoim prawdopodobnym odejściu z raportu prasowego Elektrimu zamieszczonego w internecie w piątek 25 lutego około godziny 14. Do poniedziałku nie otrzymałem żadnych formalnych dokumentów w tej sprawie. Wiąże mnie zatem obecny kontrakt menedżerski. Moją rolą jest niedopuszczenie, aby przed ostatecznymi rozstrzygnięciami prawnymi, które sąd i tylko sąd może podjąć, coś stało się firmie, klientom bądź pracownikom.
Jak ta sytuacja może się odbić na wizerunku PTC?
Jest za wcześnie, aby o tym mówić, zrobię wszystko, aby zminimalizować skutki tej niefortunnej sytuacji.
Czy sądzi Pan, że możecie tę sprawę wygrać, skoro Elektrim i DT uzyskały wpis do KRS i działają w świetle prawa?
Rzeczywistym problemem nie jest: kto zasiada w zarządzie, lecz różnica zdań między udziałowcami. Nie mam wątpliwości, że muszą się oni porozumieć.
Jak Pan ocenia Tadeusza Kubiaka jako menedżera?
Bardzo dobrze, był moim szefem. Stworzył Polską Telefonię Cyfrową. To za jego czasów firma została liderem na polskim rynku i jest nim do dzisiaj.
Czy ma Pan już scenariusz na sytuację, gdyby w końcu wygrały DT i Elektrim? Jak dalej będzie wyglądać Pana kariera menedżerska?
Nie zastanawiam się nad tą sprawą w tej chwili.