Światowy rynek muzyczny wychodzi z kryzysu. A polski? Wszystko zależy od wielkiej czwórki
Rynek muzyczny najgorsze ma już za sobą
- wynika z prognoz amerykańskiej agencji Informa Media. Przynajmniej za granicą. Wartość światowej sprzedaży płyt i legalnych plików mp3 wyniosła w 2004 roku około 32 mld USD i po czterech latach recesji zaczyna rosnąć. Polski rynek muzyczny stanowi około 0,3 proc. rynku globalnego. Statystyczny Polak wydaje rocznie na zakup muzyki niespełna 8 zł. Recesja zdusiła rozkwitającą polską branżę muzyczną, ale w dużej mierze na jej własne życzenie.
Pięć lat temu najlepsze płyty rozchodziły się w nakładach rzędu pół miliona egzemplarzy - dzisiaj dziesięciokrotnie mniejszych. Mimo to płyty w tym czasie nie potaniały. Najtańsze albumy polskich artystów kosztują w tej chwili 10--12 USD, a płyty zagraniczne 20 USD. To ceny wyższe niż w USA.
Majores - cztery największe wytwórnie:
EMI Music Poland, Universal Music Polska, Warner Music oraz połączone Sony Music i BMG Poland kontrolują 80 proc. rynku muzycznego i w gruncie rzeczy decydują o poziomie cen. Przykłady firm niezależnych, których płyty sprzedają się w wysokich nakładach (kilkanaście tysięcy i więcej), można policzyć na palcach jednej ręki - to między innymi firmy Off Music i Fonografika. Ale nawet płyty artystów hiphopowych, produkowane przy minimalnym nakładzie finansowym, kosztują powyżej 30 zł. Gra rynkowa na rynku muzycznym niby się toczy, ale tak naprawdę jej nie ma. Jej reguły zaburza dodatkowo piractwo internetowe. W czasie kiedy każdy nastolatek może na swoim komputerze nagrywać płyty po 2 zł za sztukę, sprzedanie płyty za 30-40 zł rzeczywiście może być problematyczne.
Do wąskiej grupy niezależnych producentów od niedawna należy także Kayax Publishing & Production, firma założona niewiele ponad dwa lata temu przez Katarzynę Rooijens, znaną szerzej jako Kayah, oraz jej menedżera Tomika Grewińskiego. Firma niezależna, ale nie do końca, bo za dystrybucję wydawanych przez Kayah płyt odpowiada EMI Music Poland. Sukcesu, jakim zakończyło się wprowadzenie przez Kayah na rynek wokalisty Krzysztofa Kiljańskiego i jego albumu In the Room, trudno nie doceniać, podobnie jak udanych prób promowania przez firmę wokalistki niekomercyjnych artystów - między innymi Noviki. Pytanie, czy wyciągną z niego wnioski majores - firmy z wielkiej czwórki, które od dziesięciu lat lansują tę samą wąską grupę często zmęczonych sceną wykonawców.
Jeżeli Informa Media ma rację, w ciągu sześciu lat wartość globalnej sprzedaży muzyki wzrośnie o 30 proc. do blisko 40 mld USD. A w Polsce? Na koncerty muzyków spoza głównego nurtu przychodzi coraz więcej ludzi, a nagrania nowych twarzy sprzedają się lepiej niż przeboje Krzysztofa Krawczyka. Jeżeli wielkie wytwórnie, dysponujące nieporównywalnie większą siłą oddziaływania na media nie przegapią okazji do odświeżenia rynku, może być ciekawie. O powrocie do ery kilkusettysięcznych nakładów prawdopodobnie nie ma co marzyć, ale kto wie, czy nie większe pieniądze są do zgarnięcia na handlu muzyką w internecie.
- wynika z prognoz amerykańskiej agencji Informa Media. Przynajmniej za granicą. Wartość światowej sprzedaży płyt i legalnych plików mp3 wyniosła w 2004 roku około 32 mld USD i po czterech latach recesji zaczyna rosnąć. Polski rynek muzyczny stanowi około 0,3 proc. rynku globalnego. Statystyczny Polak wydaje rocznie na zakup muzyki niespełna 8 zł. Recesja zdusiła rozkwitającą polską branżę muzyczną, ale w dużej mierze na jej własne życzenie.
Pięć lat temu najlepsze płyty rozchodziły się w nakładach rzędu pół miliona egzemplarzy - dzisiaj dziesięciokrotnie mniejszych. Mimo to płyty w tym czasie nie potaniały. Najtańsze albumy polskich artystów kosztują w tej chwili 10--12 USD, a płyty zagraniczne 20 USD. To ceny wyższe niż w USA.
Majores - cztery największe wytwórnie:
EMI Music Poland, Universal Music Polska, Warner Music oraz połączone Sony Music i BMG Poland kontrolują 80 proc. rynku muzycznego i w gruncie rzeczy decydują o poziomie cen. Przykłady firm niezależnych, których płyty sprzedają się w wysokich nakładach (kilkanaście tysięcy i więcej), można policzyć na palcach jednej ręki - to między innymi firmy Off Music i Fonografika. Ale nawet płyty artystów hiphopowych, produkowane przy minimalnym nakładzie finansowym, kosztują powyżej 30 zł. Gra rynkowa na rynku muzycznym niby się toczy, ale tak naprawdę jej nie ma. Jej reguły zaburza dodatkowo piractwo internetowe. W czasie kiedy każdy nastolatek może na swoim komputerze nagrywać płyty po 2 zł za sztukę, sprzedanie płyty za 30-40 zł rzeczywiście może być problematyczne.
Do wąskiej grupy niezależnych producentów od niedawna należy także Kayax Publishing & Production, firma założona niewiele ponad dwa lata temu przez Katarzynę Rooijens, znaną szerzej jako Kayah, oraz jej menedżera Tomika Grewińskiego. Firma niezależna, ale nie do końca, bo za dystrybucję wydawanych przez Kayah płyt odpowiada EMI Music Poland. Sukcesu, jakim zakończyło się wprowadzenie przez Kayah na rynek wokalisty Krzysztofa Kiljańskiego i jego albumu In the Room, trudno nie doceniać, podobnie jak udanych prób promowania przez firmę wokalistki niekomercyjnych artystów - między innymi Noviki. Pytanie, czy wyciągną z niego wnioski majores - firmy z wielkiej czwórki, które od dziesięciu lat lansują tę samą wąską grupę często zmęczonych sceną wykonawców.
Jeżeli Informa Media ma rację, w ciągu sześciu lat wartość globalnej sprzedaży muzyki wzrośnie o 30 proc. do blisko 40 mld USD. A w Polsce? Na koncerty muzyków spoza głównego nurtu przychodzi coraz więcej ludzi, a nagrania nowych twarzy sprzedają się lepiej niż przeboje Krzysztofa Krawczyka. Jeżeli wielkie wytwórnie, dysponujące nieporównywalnie większą siłą oddziaływania na media nie przegapią okazji do odświeżenia rynku, może być ciekawie. O powrocie do ery kilkusettysięcznych nakładów prawdopodobnie nie ma co marzyć, ale kto wie, czy nie większe pieniądze są do zgarnięcia na handlu muzyką w internecie.