Proces starzenia się ludności w krajach rozwiniętych jest zjawiskiem, które za 30-40 lat zmii oblicze światowej gospodarki. Proces ten jest nieuchronny i niepowstrzymany. Choć tego jeszcze w pełni nie widać, w niedługim czasie dotknie on również Polskę
W sensie gospodarczym największym wyzwaniem jest w takiej sytuacji zapewnienie starszym ludziom znośnych dochodów. Niby nic trudnego, każdy agent ubezpieczeniowy namawiający nas do wykupienia dodatkowej polisy emerytalnej przedstawia wyliczenia pokazujące, że jeśli zainwestowane środki realnie przyniosą choćby tylko 5 proc. rocznie, za 30 lat będziemy opływać w dostatki. A do przekonania większości z nas całkowicie trafia argument, że wartość uzyskanej w ten sposób emerytury jest niezagrożona, bo przecież nie jest ona wypłacana z niczyich składek, ale z naszych własnych, dobrze zainwestowanych oszczędności.
Niestety, sprawa z emeryturami jest nieco bardziej skomplikowana i mniej pewna. Wbrew powszechnym opiniom w gospodarce nie sposób wygenerować więcej dochodów, niż jest ich do podziału. A to oznacza, że niezależnie od systemu emerytalnego - czy składkowego, czy opartego na własnych oszczędnościach - w roku 2050 suma dochodów emerytów i pracowników i tak będzie równa tylko wielkości wytworzonego wówczas PKB. Reforma emerytalna i system dobrowolnych polis emerytalnych powodują tylko, że większa niż dziś część dochodów przyszłych emerytów będzie wypłacana z zysków z kapitału, a mniejsza z opodatkowania pracujących składkami. To oczywiście lepiej, zapewni to więcej środków do podziału, ale bez przesady. W podziale przyszłego globalnego dochodu między płace i zyski najprawdopodobniej nie nastąpi żadna rewolucja, a to oznacza, że coraz większe oszczędności emerytów będą przynosiły coraz mniejszy proporcjonalnie dochód. Innymi słowy, coraz więcej osób będzie uczestniczyło w podziale dochodów z zysku, których - w porównaniu z dochodami z pracy - wcale nie przybędzie. Jednocześnie coraz mniej aktywnych zawodowo pracowników będzie dzielić między siebie dochody z pracy. Jeśli emerytów będzie znacznie więcej niż pracujących, ich dochody będą spadać w porównaniu z przeciętną płacą, choćby nie wiadomo jak wiele przez poprzednie lata zgromadzili oszczędności.
To, co napisałem powyżej, nie jest wcale atakiem na reformy emerytalne. Wręcz odwrotnie, tylko przerzucenie części kosztów przyszłych wypłat na dochody wypłacane z zysku może osłabić proces względnego ubożenia emerytów. Procesu tego nie da się jednak odwrócić, bo stoją za nim żelazne wyliczenia demograficzne. Około roku 2050 zaczniemy więc żyć w zdumiewającym świecie, w którym najprawdopodobniej większość kapitału będzie się znajdować w rękach funduszy emerytalnych usilnie szukających szans na ich dochodowe zainwestowanie - a przy coraz większej ilości kapitału będzie to coraz trudniejsze. Emeryci będą więc światowymi kapitalistami. Tyle że warunki w tej grze będą ustalać raczej nie kapitaliści, ale wyzyskiwani proletariusze, bo coraz mniej licznym pracownikom będzie się oferować coraz większe płace, znacznie wyższe od dochodów właścicieli kapitału.
Zmieni się też model życia: w okresie aktywności zawodowej ludzie będą uzyskiwać dochody wielokrotnie wyższe niż w okresie emerytury. Starając się "wygładzić" swoje dochody w ciągu całego życia, będą się starać coraz więcej oszczędzać. Ale im więcej będzie oszczędności w gospodarce, tym bardziej będzie spadać procentowy dochód z kapitału.
Czy z sytuacji tej nie ma jakiegoś wyjścia? Emeryci będą się domagać od rządów zwiększenia składek płaconych przez pracowników. Tyle że tego nie da się zrobić - polski pracownik, któremu zaproponuje się wzrost składek i podatków np. do trzech czwartych uzyskiwanego dochodu, zaśmieje się tylko i wyjedzie pracować do kraju, gdzie podatki będą niższe. Tak jak dziś walczy się o kapitał, w roku 2050 kraje będą konkurować o pracę.
Innym rozwiązaniem jest wzrost podaży pracy. Proces ten na pewno będzie miał miejsce. Z krajów uboższych będą coraz bardziej masowo napływać do Polski pracownicy imigranci, łagodząc problemy gospodarcze, ale jednocześnie zaostrzając problemy społeczne i kulturowe. Z drugiej strony, będzie wzrastać wiek przechodzenia na emeryturę. Nic dziwnego - jeśli ludzie dłużej żyją, powinni też dłużej pracować.
A jeśli przyszli emeryci się nie zgodzą? Cóż, nie będą mieli wyboru, bo bez dodatkowych dochodów z pracy będą się czuć coraz ubożsi w porównaniu ze swoimi pracującymi dziećmi.
Niestety, sprawa z emeryturami jest nieco bardziej skomplikowana i mniej pewna. Wbrew powszechnym opiniom w gospodarce nie sposób wygenerować więcej dochodów, niż jest ich do podziału. A to oznacza, że niezależnie od systemu emerytalnego - czy składkowego, czy opartego na własnych oszczędnościach - w roku 2050 suma dochodów emerytów i pracowników i tak będzie równa tylko wielkości wytworzonego wówczas PKB. Reforma emerytalna i system dobrowolnych polis emerytalnych powodują tylko, że większa niż dziś część dochodów przyszłych emerytów będzie wypłacana z zysków z kapitału, a mniejsza z opodatkowania pracujących składkami. To oczywiście lepiej, zapewni to więcej środków do podziału, ale bez przesady. W podziale przyszłego globalnego dochodu między płace i zyski najprawdopodobniej nie nastąpi żadna rewolucja, a to oznacza, że coraz większe oszczędności emerytów będą przynosiły coraz mniejszy proporcjonalnie dochód. Innymi słowy, coraz więcej osób będzie uczestniczyło w podziale dochodów z zysku, których - w porównaniu z dochodami z pracy - wcale nie przybędzie. Jednocześnie coraz mniej aktywnych zawodowo pracowników będzie dzielić między siebie dochody z pracy. Jeśli emerytów będzie znacznie więcej niż pracujących, ich dochody będą spadać w porównaniu z przeciętną płacą, choćby nie wiadomo jak wiele przez poprzednie lata zgromadzili oszczędności.
To, co napisałem powyżej, nie jest wcale atakiem na reformy emerytalne. Wręcz odwrotnie, tylko przerzucenie części kosztów przyszłych wypłat na dochody wypłacane z zysku może osłabić proces względnego ubożenia emerytów. Procesu tego nie da się jednak odwrócić, bo stoją za nim żelazne wyliczenia demograficzne. Około roku 2050 zaczniemy więc żyć w zdumiewającym świecie, w którym najprawdopodobniej większość kapitału będzie się znajdować w rękach funduszy emerytalnych usilnie szukających szans na ich dochodowe zainwestowanie - a przy coraz większej ilości kapitału będzie to coraz trudniejsze. Emeryci będą więc światowymi kapitalistami. Tyle że warunki w tej grze będą ustalać raczej nie kapitaliści, ale wyzyskiwani proletariusze, bo coraz mniej licznym pracownikom będzie się oferować coraz większe płace, znacznie wyższe od dochodów właścicieli kapitału.
Zmieni się też model życia: w okresie aktywności zawodowej ludzie będą uzyskiwać dochody wielokrotnie wyższe niż w okresie emerytury. Starając się "wygładzić" swoje dochody w ciągu całego życia, będą się starać coraz więcej oszczędzać. Ale im więcej będzie oszczędności w gospodarce, tym bardziej będzie spadać procentowy dochód z kapitału.
Czy z sytuacji tej nie ma jakiegoś wyjścia? Emeryci będą się domagać od rządów zwiększenia składek płaconych przez pracowników. Tyle że tego nie da się zrobić - polski pracownik, któremu zaproponuje się wzrost składek i podatków np. do trzech czwartych uzyskiwanego dochodu, zaśmieje się tylko i wyjedzie pracować do kraju, gdzie podatki będą niższe. Tak jak dziś walczy się o kapitał, w roku 2050 kraje będą konkurować o pracę.
Innym rozwiązaniem jest wzrost podaży pracy. Proces ten na pewno będzie miał miejsce. Z krajów uboższych będą coraz bardziej masowo napływać do Polski pracownicy imigranci, łagodząc problemy gospodarcze, ale jednocześnie zaostrzając problemy społeczne i kulturowe. Z drugiej strony, będzie wzrastać wiek przechodzenia na emeryturę. Nic dziwnego - jeśli ludzie dłużej żyją, powinni też dłużej pracować.
A jeśli przyszli emeryci się nie zgodzą? Cóż, nie będą mieli wyboru, bo bez dodatkowych dochodów z pracy będą się czuć coraz ubożsi w porównaniu ze swoimi pracującymi dziećmi.