Robotnicze zoo

Robotnicze zoo

Dodano:   /  Zmieniono: 
Po agroturystyce przyszła moda na zwiedzanie fabryk i kopalń
Tradycyjne fabryki powoli znikają z krajobrazu najbardziej rozwiniętych państw. Te, które jeszcze działają, coraz lepiej zarabiają na organizowaniu wycieczek po halach produkcyjnych. Okazuje się, że wyprawy do hut, elektrowni, a nawet praca na przodku w kopalni, są dziś egzotyczną przygodą wakacyjną.
W Grasse (Prowansja) można obejrzeć, jak się robi ekstrakty potrzebne wielkim kreatorom mody do komponowania perfum. Przewodnik pokazuje między innymi magazyny z pojemnikami rzadkich roślin z całego świata, mieszalnie i laboratoria chemiczne. Czasami organizuje minikonkursy na rozpoznawanie aromatów. Zawsze sypie anegdotami, jak choćby ta o Chanel No. 5 - ten zapach nigdy by nie powstał, gdyby pewien brodacz nie potknął się i nie zbił słoików z trzeciej i czwartej półki. Po wycieczce w przyzakładowym sklepiku można skomponować własny zapach. Za przywilej trzeba oczywiście słono zapłacić. Ame-rykańska aktorka Whoopie Goldberg wydała w ten sposób 10 tys. franków.
Trudno powiedzieć, czy to skutek postępującej komputeryzacji, czy dobrych założeń marketingowych, ale faktem jest, że w Europie i USA obserwujemy rozkwit turystyki przemysłowej. Jeszcze kilkanaście lat temu fabryki odwiedzały niemal wyłącznie szkolne wycieczki. Dziś wyprawy do fabryk i tzw. trasy produkcyjne znajdują się w ofercie agencji turystycznych. Zakłady produkcyjne zaczynają być traktowane jak reality shows w stylu "Big Brother" - zaspokajają ludzką potrzebę podglądania.
Fascynację tę umiejętnie podsycają przedsiębiorcy, którzy zakładają przy fabrykach muzea poświęcone twórcom firm (tak postąpiły na przykład wytwórnie bourbonów Jim Beam i Jack Daniel’s w Stanach Zjednoczonych), wydzielają hale dla zwiedzających (Mercedes, Volkswagen). W Moete-Épernay produkuje się najszlachetniejszy trunek na świecie - szampan. Turyści wożeni są kolejką po piwnicach, w których leżakują butelki. Najwięksi szczęściarze spotykają w podziemiach kogoś z członków rodziny, do której należy winnica. Potem degustują trunek. A po powrocie do domu kupują szampana, którego produkcji się przyglądali. Rozlewając go znajomym do kieliszków, sypią anegdotami i recepturami. Weszli do wielkiej rodziny wtajemniczonych.
Kilka lat temu, gdy trwała budowa Eurotunelu pod kanałem La Manche, wykonawcy zaproponowali chętnym zwiedzanie poszczególnych jej etapów. Zainteresowanie przeszło najśmielsze oczekiwania pomysłodawców: zgłosiło się się kilkadziesiąt tysięcy osób!
Turystyka przemysłowa przypomina trochę wizyty w ogrodzie zoologicznym. Nawet najlepsze książki i filmy nie są w stanie oddać tego, jak naprawdę wygląda, zachowuje się i pachnie żyrafa lub słoń. Równie trudno wyobrazić sobie produkcję ulubionego sera lub piwa na podstawie lektury składu na opakowaniu. Zobaczyć oznacza wiedzieć więcej.
Kto obejrzy Western Riverside Transfer Station w Londynie - stację przeładunkową śmieci i odpadów - zawsze już będzie je segregował. Zwiedzający (nie tylko ekolodzy) mogą zobaczyć olbrzymie kompresory, podnośniki i barki, na które ładuje się śmieci, wiezione następnie na wysypisko w hrabstwie Essex. Wstęp wolny! Royal Mail Mount Pleasant Sorting Office przy Farrington Road w Londynie to jeden z największych na świecie urzędów pocztowych. Najważniejszy zakład w krajowym systemie Królewskiej Poczty. Powierzchnia - ponad trzy hektary. Zwiedzanie w towarzystwie przewodnika, emerytowanego listonosza, który (gdy w grupie są tylko dorośli) klnie na Internet, komputery i pocztę elektroniczną, "zabijające kulturę korespondencji".
Skandynawowie niechętnie wożą turystów tylko na platformy wiertnicze na Morzu Północnym. Ale za to chętnie pokazują gościom, jak pozyskują swój inny hit eksportowy - ryby. W Norwegii można obejrzeć hodowle łososi, a na wyspie Bornholm (Dania) - wędzarnie ryb. Norweski przewodnik, kreujący się na dumnego wikinga, ostrzega na początku zwiedzania: "Nie będę tu tolerował nikogo, kto stwierdzi, że norweski łosoś nie jest najsmaczniejszą rybą na świecie".
W Niemczech można się udać do siedziby Mercedesa w Stuttgarcie. Po halach produkcyjnych przewodnicy oprowadzają wyłącznie zorganizowane wycieczki i tylko po wybranym wcześniej jednym dziale: fabryka jest tak wielka, że jednego dnia nie da się obejrzeć kilku hal. Turyści muszą sami zdecydować, czy wolą zobaczyć, jak powstaje miejski mercedes klasy A, czy limuzyna klasy S. Dotychczas proporcje zwiedzających są jak 1 do 10. Oczywiście na korzyść limuzyny (organizatorzy imprezy nie chcą zdradzić, jak to się ma do sprzedaży).
W Ameryce Północnej turystyka przemysłowa to biznes, który choć nie przynosi wielkich dochodów, ma ogromne znaczenie dla specjalistów od marketingu (większe niż dla Europejczyków). Amerykanie oprowadzają z dumą po swoich zakładach, bo wszyscy wycieczkowicze to dla nich potencjalni klienci. Pokazując fabrykę coca-coli w Atlancie, częstując napojem dzieci i rozdając produkowane w Azji tanie gadżety, szefowie koncernu tak naprawdę "wychowują" sobie kolejne pokolenie lojalnych klientów. W Hershy (Pensylwania) zwiedza się fabryki czekolady. Po zakończeniu wizyty na najmłodszych czekają czekoladowe minimiasteczka. Efekt? Dzieci nie wyjdą już z supermarketu bez czekolady Hershy.
W Redmont pod Seattle można obejrzeć laboratoria Microsoftu. Pod koniec wycieczki każdy jej uczestnik otrzymuje wybrany program komputerowy i imienny certyfikat z podziękowaniami i podpisem Billa Gatesa. - To działa lepiej niż reklama, mimo że jest tylko erzacem spotkania z twórcą potęgi firmy - mówi jeden z pracowników oprowadzających grupy. W Kentucky czynne są desty-larnie, w których powstają bourbony Jack Daniel’s. Zwiedzających wita się wielką szklanicą whisky z lodem i słowami: "Dziś ciężki dzień, trzeba go dobrze zacząć". Oprowadzający (jak sam mówi - potomek Daniela) pokazuje m.in. pancerną szafę, w którą ongiś kopnął w złości twórca firmy. Złamał palec, dostał gangreny i zmarł. Na pytanie turystów, co jest w szafie, przewodnik odpowiada ze śmiechem: "Od tamtej pory nikt nie ma odwagi jej otworzyć". Pytany przez dziennikarza "Wprost", czemu służą te opowieści, mówi: - Chcę zabawić gości. Im milej spędzą u nas czas, tym chętniej sięgną w barze po podwójnego Jacka Daniel’sa.
W hucie stali Bethleem Steel wycieczka zaczyna się od założenia kasku z własnym nazwiskiem, a potem już tylko - upał, hałas, nieprzyjemny zapach i brud. Czyli jak w każdej hucie.
W Australii najpopularniejsze jest zwiedzanie kopalni złota. Przed wejściem na teren każdej z nich, trzeba się rozebrać do naga. Właściciele oferują własną odzież, łącznie z bielizną. Potem przewodnik oprowadza po sztolniach, a na koniec czeka wycieczkowiczów główna atrakcja - każdy może potrzymać przez chwilę dziesięciokilogramową sztabę czystego złota.
Budowanie poczucia lojalności wobec firmy i jej produktu poprzez pokazanie, jak ten produkt powstaje, to jedna ze skuteczniejszych technik marketingowych. "Kto widział rozlewnię staropramena w Pradze, ten zawsze będzie szukał w sklepie naszego piwa" - przekonują czescy browarnicy. Po wizycie na plantacji herbaty firmy Dilmah na Sri Lance do koszyka w supermarkecie włożymy wyłącznie paczuszki tej właśnie marki. Właściciele polskich przedsiębiorstw jeszcze się o tym nie przekonali. Na razie większość z nich nie tylko nie wpuszcza gości do swoich zakładów, ale nawet umieszcza przed wejściem tabliczki z zakazem fotografowania.
 0

Czytaj także