Anatomia porażki. Po Biegu Niepodległości

Anatomia porażki. Po Biegu Niepodległości

Dodano:   /  Zmieniono: 
O sukcesach pisze się łatwo. Albo przynajmniej łatwiej. Sukcesem człowiek się chce pochwalić – od razu, zaraz, natychmiast. Porażki chce się przemilczeć, ukryć gdzieś w mrokach kalendarza, zapomnieć. Ale przecież to właśnie te nieudane biegi uczą nas więcej, to z nich czerpiemy wiedzę na temat treningu, to dzięki nim dowiadujemy się o sobie najwięcej…
Czego ja się dowiedziałam na tegorocznym Biegu Niepodległości?

A, no tego, że nie jestem robotem. Nie jestem jakimś cyborgiem, jakimś cholernym perpetuum mobile. I trzy tysiące kilometrów przebiegane w 11 miesięcy nie pozostaje bez wpływu na organizm. A że organizm daje o tym znać akurat w ostatnim ważnym starcie – no cóż, gdyby dał znać kiedy indziej, jego znaki mogłyby zostać zlekceważone, zrzucone na karb lenistwa albo innego niechcenia…

Do rzeczy jednak, bo przecież ten bieg się odbył i nawet jeżeli w moim wykonaniu był daleki od planów – wart jest wspomnienia.

Chociażby przez fakt zapisów. To absolutnie niewiarygodne, co się w tym roku wydarzyło. Owszem, rok temu miejsca na BN skończyły się tydzień przed biegiem. Ale w tym roku zapisy – przy limicie podniesionym do 8000 (w ub. r. – 5000) uczestników - zostały zamknięte po 3 dniach. Mało tego, zagrożenie usunięciem z listy po kolejnych trzech dniach było tak prawdziwe, że lista uczestników, którzy opłacili start, też rosła w oczach jak nigdy… Ciekawe, jak szybko zapełni się lista startowa Pólmaratonu Warszawskiego – zapisy już trwają na www.polmaratonwarszawski.pl, limit – 9000, zapisanych – już prawie 4000. Czyste szaleństwo!

Oczywiście, Bieg Niepodległości jest jednym z tzw. warszawskich "must run”. Kiedyś stanowił ładne zamknięcie, ukoronowanie sezonu, szybka dyszka z górki spod Kopernika do Wilanowa. Dzisiaj te 8000 ludzi w życiu by się nie zmieściło na Nowym Świecie, trasa od trzech lat jest inna – wiedzie Aleją Jana Pawła od ul. Stawki do Rakowieckiej i z powrotem, jasna, długa, szeroka, prosta, z jedną agrafką i jednym wrednym podbiegiem na wiadukt przy Dworcu Centralnym. Podbieg jest co prawda krótki, ale występuje razy dwa, na kilometrze trzecim oraz na samym początku ósmego, zbieg z niego wtedy jest początkiem długiego finiszu, a na wiadukcie jest bardzo malowniczo.

Malowniczo było również na trasie. Tradycyjna flaga z białych i czerwonych koszulek ciągnęła się wyjątkowo długo. Kiedy ja byłam gdzieś w połowie na 4. Kilometra, zwycięzca, Mariusz Giżyński, zaczynał kilometr siódmy, leciał, prawie nie dotykając ziemi, modelowo… Między innymi za to lubię BN – właśnie za to, że biegnąc gdzieś tam w trzecim czy czwartym szeregu, mam szansę zobaczyć tych, którzy dotrą na metę długo przede mną (Mariusz – 29:52). Nie tak, jak w Wilanowie, gdzie zanim dobiegłam, to najlepsi byli już w cywilu i odbierali nagrody… Nie wypatrzyłam najlepszych kobiet, ale zniknęły gdzieś pomiędzy coraz liczniej nadbiegającymi panami. A poza tym zagadałam się z Danilo.

Serio. Ponieważ w okolicach wiaduktu przy Centralnym doszłam do wniosku, że nie biegnę na rekord, zrobiłam sobie bieg wybitnie towarzyski. Na rekord nie biegłam, bo – jak wspomniałam – organizm powiedział mi twarde "niet” i dołożył ból żołądka w takim natężeniu, żebym przypadkiem nie miała wątpliwości, ze żadnego ścigania już nie będzie. Bywa. A zatem gawędziłam. Najpierw z Danilo, potem z Marcinem, który postanowił sprowokować mnie do szybszego biegu tuż przed agrafką na Rakowieckiej, i prawie mu się udało, na chwilę, bo na wiadukcie znowu mi się odechciało biegać i znalazłam sobie nowego kolegę do gadania. Więc gadałam, chociaż tempo jakoś niebezpiecznie nam wzrosło do jakichś 4:45…

Ostatni kilometr, mniej więcej od kina Femina, przebiegłam na oparach motywacji. Gdyby nie kibice – to też nowe zjawisko w Warszawie, coraz liczniejsi i coraz bardziej zaangażowani kibice – to pewnie bym sobie pomaszerowała, bo czemu nie.

Ale w końcu dotarłam do mety, z czasem mieszczącym się w granicach tolerancji, choć na pewno nie zadowalającym. A na mecie zmiany, zmiany, zmiany… Dziesiątki metrów zanim dotarłam do medali, kolejka po napoje, choć obsługa sprawna nad wyraz oraz… banany zamiast grochówki czy innej pomidorowej (ta zmiana akurat mi się nie podobała, ale co zrobić). Za to medale urokliwe jak nigdy, z ruchomym pierścieniem w środku. Z gustem.

Powiesiłam ten medal wśród ważnych tegorocznych. Jak przestrogę. I na razie nie biegam. Jeszcze tydzień. Odpoczywam i… robię plany.

Kalendarz na pierwszy kwartał już jest właściwie pełny. Ale o tym – następnym razem.

P.S. Zapomniałam. Bieg Niepodległości, więc hymn. Nieodmiennie mnie wzrusza. I nieodmiennie chciałabym prosić współbiegaczy, żeby go uszanowali. Naprawdę, nie muszą w tym czasie podskakiwać ani tłuc się rękami po pośladkach. Poza tym, że to najzwyklejsze chamstwo, to z boku wygląda wyjątkowo paskudnie.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...