Detoks i koniec sezonu

Detoks i koniec sezonu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Chyba po raz pierwszy od kiedy biegam zrobiłam sobie tak długą przerwę bez związku z jakimiś dolegliwościami fizycznymi. Po prostu Bieg Niepodległości uświadomił mi, jak bardzo jestem zmęczona tym sezonem. A statystyki tylko to potwierdziły. Prawie trzy tysiące km przebiegnięte do końca listopada? Zazwyczaj ledwo dobijałam do trzech tysięcy gdzieś pod koniec grudnia (o ile w ogóle). A tu - 11 listopada i 2970 km na liczniku… Można się zmęczyć od samego uświadomienia sobie tej odległości.
Dlatego przez ostatnie dwa tygodnie nie biegałam. W ogóle. Zero. Nul. Żadnego biegania. Kompletny detoks. Pora na zamknięcie i podsumowanie sezonu.

Bo też i był to sezon niezwykły. Zaczęło się od Nowego Roku, kiedy to wyszłam sobie do lasu, ot tak, pobiegać – i przebiegłam 30 km. Niemal z marszu. I potem biegałam te trzydziestki prawie co tydzień, prawie bez wysiłku, jakoś tak mimochodem. Miałam taki zimowy rytuał - w sobotę zawody, potem basen, sauna, a niedzielę - długie spokojne wybieganie… Od stycznia do kwietnia zrobiłam 10 takich długich wybiegań. I one zaprocentowały w Wiedniu, kiedy na 36. kilometrze zaczęłam stawać. Okazało się, że jeszcze mogę trochę potruchtać, trochę podbiec i… wyszła życiówka, piękna, bliska marzeń - 3:35:50. W Warszawie nie udało mi się jej poprawić, chociaż było blisko.

Latem już nie robiłam takich długich wybiegań, albo raczej - robiłam je inaczej. Przed startami na dłuższych dystansach robiłam długą rozgrzewkę (zdarzyło się i 10 km przed startem na 15, fajna rozgrzewka), a potem jeszcze truchtałam. Za metą trudno się było zmobilizować, ale czasami się udawało….

Lato to też był mój pierwszy krok… w stronę biegów górskich. Krok ambitny, bo zaczęłam od kompletnej porażki w Biegu Marduły, na którym dostałam od gór lekcję pokory i na którym znalazłam się w tabelce z opisem DNF. Mało brakowało, a na tym zakończyłabym przygodę z bieganiem po górach ale - ponieważ już wcześniej zapisałam się na kolejne dwa biegi - postanowiłam raz jeszcze spróbować swoich sił. I to były dla mnie chyba najważniejsze starty w tym roku - Maraton Gór Stołowych i Maraton Karkonoski. Pierwszy - genialny, piękny, biegłam jak na skrzydłach, miałam swój dzień, nawet schody na Szczeliniec okazały się do przejścia, a raczej do podejścia, mimo że znajdowały się na 42. kilometrze. Moja radość na mecie była nieporównywalna z niczym. Drugi start to w zasadzie mój pierwszy ultramaraton, bo liczący 44 km. Trochę wyżej niż Góry Stołowe, trochę gorzej go zniosłam ale za to widoki wynagradzały każdy ból. Oba biegi wpisałam w kalendarz na kolejny sezon. Bieg Marduły też - mimo wszystko. Podobno za rok trasa będzie trudniejsza, ale bezpieczniejsza.

Tą nagłą miłość do gór przywiozłam sobie z obozu Tatra Running, który – choć krótki – był intensywny i absolutnie magiczny. Więc w góry będę wracać. Na Tatra Running - może też.

Jesień? Jesień zaczęłam naprawdę szybko. Na Festiwalu Biegowym w Krynicy mogłam spędzić tylko kilka godzin, ale wykorzystałam je najlepiej jak umiałam. W ciągu niespełna trzech godzin dwa razy poprawiłam życiówkę na milę, zajmując ostatecznie 3 miejsce w kategorii masters kobiet. Nie załapałam się, niestety, na Życiową Dychę - a szkoda, bo formę miałam życiową.

A potem była Warszawa, bez życiówki, ale z metą na Narodowym. I z fantastyczną trasą, z kibicami, ze wzruszeniem, a nawet patosem. Maraton Warszawski 2013 już dawno wpisałam do kalendarza.

Dzisiaj, na koniec mojego dwutygodniowego postu, pojechałam na zakończenie Grand Prix Warszawy. Biegania nie było, były puchary i nagrody. Odebrałam swój wybiegany pucharek - za trzecie miejsce w kategorii wiekowej. A na pucharku (imiennym) - mój tegoroczny rekord z tzw. kabackiej dychy. Spojrzałam i oczom nie wierzyłam. 43:20. Tak. Tyle pobiegłam w czasie biegu z okazji Dnia Kobiet. Zrobiłam sobie prezent, poleciałam tak, że nigdy więcej nawet się nie zbliżyłam do tego wyniku. Ba, zupełnie o nim zapomniałam… No więc dzisiaj postawiłam pucharek na samym środku pucharowej półki. Ma być motywatorem na kolejny sezon. Bo skoro już raz tak szybko pobiegłam, to na pewno… mogę szybciej.

A sezon w cyfrach?

No cóż. Życiówek w nim wiele nie było.

Była ta najważniejsza – w maratonie.

Była ta na niewymierną Kabacką Dychę.

Na 15 km - była kosmetyczna na Biegu Chmiczówki i kosmiczna na Pucharze Maratonu na lekko niedomierzonej trasie (na domierzonej też by była).

No i dwie życiówki jednego dnia na milę. I jeszcze październikowa - na 1500 m.

Zabrakło na pewno życiówki w półmaratonie, ale za to były dwa znakomite biegi – w Warszawie i na trudnej trasie w Skarżysku. I zabrakło atestowanej dyszki, a może tylko lepszej pogody w Sulejówku…

A najlepsze biegi sezonu? No cóż - tu jestem zupełnie nieobiektywna. W tym roku zwycięzcą mojego subiektywnego rankingu biegów został Maraton Gór Stołowych. I wcale nie chodzi o to Suunto. Wysoko są ex aequo: Maraton Warszawski, Półmaraton Warszawski, Maraton Karkonoski. Z krótszych klasą dla siebie na pewno jest dyszka w Raszynie. Garwoliński bieg Avonu lekko spuścił z tonu, ale myślę, że gdy dorobi się lepszego zaplecza, znowu będzie super. Półmaraton w Skarżysku - świetna oprawa. Biegnij Warszawo i biegi warszawskiej triady - Bieg Konstytucji, Bieg Powstania Warszawskiego i Bieg Niepodległości - oceniam w zupełnie innych kategoriach, ich znaczenia dla popularności biegania jest nie do przecenienia. I koszulki coraz ładniejsze… Cieszy pierwsza Kielecka Dycha. A niezmiennie do najfajniejszych imprez należą te z cyklu Grand Prix Warszawy. I chodzi nie tylko o ten pucharek. Ale o niego też.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...