Biegacz wykuwa się zimą

Biegacz wykuwa się zimą

Dodano:   /  Zmieniono: 
Latem to nie sztuka. Słońce, zielono, wystarczy założyć buty i  już. Ale zimą, kiedy rano jest jeszcze ciemno, a po południu - jest już ciemno. Poza tym generalnie jest zimno albo bardzo zimno, a jak jest cieplej - to pada albo sypie, a jak nie sypie - to jest ślisko tak, że można sobie zęby wybić na ostrzejszym zakręcie. Na dodatek nie wystarczą buty, bo już trzeba pokombinować z drugą, a czasami trzecią i czwartą warstwą ubrania, założyć coś na głowę, coś na dłonie, jednocześnie nie zmarznąć i nie przegrzać się. I jeszcze wmówić sobie, że to jest jakiś rodzaj masochistycznej przyjemności - te sople na rzęsach i szron na pół twarzy.
Ale taka przebiegana zima to jak pasowanie na biegacza. Bo wiosną czy latem - to każdy (głupi) potrafi. A do biegania zimą już trzeba trochę mądrości, trochę rozsądku, trochę myślenia, trochę kombinowania. Tu już nie zawsze rządzi plan - czasami rządzi pogoda i to co na chodniku. A jak chodnik odmawia współpracy albo temperatura powoduje, że przy próbie przyspieszenia protestują wszystkie pęcherzyki w płucach - to się idzie na bieżnię mechaniczną, co w ogóle nie jest przyjemne i z radością biegania ma niewiele wspólnego (jeśli już z czymś ma coś wspólnego to z wylewaniem siódmych potów i mękami piekielnymi…)
Można też zawiesić plany na kołku i cieszyć się tym, co daje nam natura, biegając powoli, spokojnie, ale dużo i ćwicząc siłę, stabilność, koordynację oraz silną wolę. Robiąc sobie bazę tlenową, która na pewno w końcu latem się przyda.

Ja jestem biegaczem zimowym. Przygodę z bieganiem rozpoczęłam kiedyś jesienią, a tak naprawdę złapałam bakcyla - jak na bakcyla przystało - jesienią tak późną , że pierwsze 10 km przebyłam gdzieś na początku stycznia, stwierdzając wtedy, że nie jest to bynajmniej dystans dla nadludzi i da się go pokonać świńskim truchcikiem, w dresiku, z plecakiem (i półtoralitrową wodą w tymże, chociaż plecak z wodą tachał akurat małżonek i on wtedy biegania specjalnie nie pokochał). Od razu napiszę, że pokonanie tych niespełna 10 km w Lesie Kabackim zajęło mi wtedy dokładnie 63 i pół minuty. Rok później biegałam już na tej trasie regularnie poniżej 50 minut - w pierwszym sezonie urwałam dobry kwadrans, co jest znakomitym dowodem na to, że wystarczy tylko chcieć i ruszyć tyłek, a wyniki same przyjdą.

Po ostatnich dwóch sezonach z pewnym zdumieniem skonstatowałam też, że zimą biega mi się łatwiej. Wbrew wszelkim racjonalnym przesłankom jakoś łatwiej mi wstać rano, kiedy jest ciemno, a na termometrze temperatura oscyluje wokół minus 10 stopni. Jakoś nie mam problemu z poskładaniem tych trzech czy czterech warstw - nawet buty wybieram prawie z zamkniętymi oczami. Poza tym zima ma jedną niepowtarzalną zaletę - jak jest zimno wystarczy dołożyć jedną warstwę i można biec. W upale, kiedy jest zbyt gorąco lub zbyt wilgotno - nie możesz zrobić nic. Jak się przegrzejesz - to już po bieganiu. Tego lata doświadczyłam takiego uczucia - wyszłam trochę późno, kiedy słońce już mocno świeciło (była ósma rano). Po dwóch godzinach, mimo skąpego stroju i wypitego po drodze litra zimnej wody, musiałam się poddać i wracać do domu spacerkiem, bo mięsnie odmówiły współpracy. Zimą, przy minus 15 stopniach, nie miałam takich problemów. I mój dzienniczek treningowy w zimowych miesiącach wygląda jakoś intensywniej.

Zima, taka solidna: mroźna i śnieżna, to czas biegowej orki i siania pod wiosenny maraton, To, co nabiegamy w grudniu i styczniu - zaprocentuje gdzieś w końcu marca czy w kwietniu, kiedy przyjdzie stanąć na starcie. Długie spokojne wybiegania, krosy po łydki w śniegu, ostrożne stawianie stóp na niestabilnej nawierzchni - a do tego ćwiczenia na hali, płotki, skrzynie, piłki lekarskie.
Wiem, brzmi mało atrakcyjnie. Mało sexy. Jest pot, czasami łzy. Jest śmieszne i nie zawsze zgrabne podskakiwanie, język na brodzie, sople na twarzy, zgrabiałe od mrozu dłonie. Ale to jest trening. To jest wykuwanie biegacza. Szlify się doda później, jak śniegi zejdą, temperatura wzrośnie i słońce zacznie wcześniej wstawać. Wtedy wystarczy trochę dołożyć szybkości, zmienić buty na lżejsze - i się lata. Piechotą do lata…

A na razie - orka. Wykuwanie. Bieganie powolne i systematyczne. Bo w końcu do wiosny tylko trzy miesiące. Do maratonu - też.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...