Czekoladowy smak zwycięstwa

Czekoladowy smak zwycięstwa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie, nie będzie o zwycięstwie czy może raczej sukcesie polskiego premiera w bitwie o europejski budżet, a właściwie o tzw. polską część, chociaż faktycznie czekoladki z Brukseli mają niepowtarzalny smak i rozpływają się w ustach jak nie przymierzając te z reklamy. Na całe szczęście pan premier nie wykonywał okrzyków w stylistyce „Yes, yes, yes”, po których czekoladki mogłyby stanąć w gardle albo odbić się czkawką.
No, ale na szczęście to nie jest blog o polityce, ale o bieganiu. I w związku z tym wątek brukselskich pralinek w tym miejscu pozwolę sobie zawiesić, a przejdę do... Wedla.

I to nie jest product placement.

Bo nie będzie o czekoladzie, tylko o bieganiu. Z czekoladą w tle.

VIII Bieg Wedla.

Pamiętam jedną z pierwszych edycji tego biegu, która była zarazem moim pierwszym prawdziwie zimowym biegiem i która też była moją golgotą (szczegóły zdradziłam rok temu w nieco krytycznym wpisie.

Na całe szczęście, jakoś w natłoku wydarzeń umknęły mi pozostałe refleksje z tego biegu sprzed roku, możliwe też, że z wiekiem łagodnieję i przestaję się czepiać, faktem jest bowiem, że mimo solennych zapowiedzi sprzed roku, w tym mimo wszystko w Biegu Wedla – wystartowałam.

Wystartowałam jednak nietypowo, bo zamiast pobiec jak zwykle na najdłuższym dystansie (ok. 9 km), z rozpędu i przeoczenia znalazłam się na liście startowej biegu krótszego, liczącego sobie 5,43 km. A że zasadniczo nie jestem jakaś kłótliwa i nie lubię robić zamieszania wokół siebie – to nie robiłam afery z przepisywaniem się, zmianami i tak dalej. Uznałam, że to nawet dobrze się składa, bo wobec braku możliwości zostawienia czegoś do ubrania zaraz za metą i wobec panujących okoliczności przyrodo-pogodowych, będziemy się tym razem z małżonkiem supportować, zamiast uprawiać rywalizację małżeńską na trasie. Czyli, pisząc wprost, jak ja będę biegła – małżonek będzie tkwił przy trasie z aparatem i z moją kurtką pod pachą, a jak małżonek będzie biegł – ja będę tkwiła w charakterze fotoserwisu i przenośnej szatni.

W Parku Skaryszewskim było zimno. To właściwie żaden news, bo w lutym w Polsce na ogół jest zimno. Na Biegu Wedla zimno jest zawsze i prawie zawsze jest śnieg w jakimś wcieleniu. Tym razem dość dokładnie pokrywał środek trasy, po bokach ustępując jednak asfaltowi. Śnieg był wyślizgany, ale dość solidnie posypany piaskiem, chociaż trzeba było zachować czujność. Albo założyć kolce. Kolce miałam w samochodzie, ale uznałam, że jednak śnieg jest zbyt płytki jak na 12 mm wkręta.

Zostałam zatem w swoich ulubionych w zeszłym sezonie Reebokach, co do których mało kto daje wiarę, że się nadają do biegania, a ja w nich prawie wszystkie ubiegłoroczne życiówki wybiegałam. Buciki śliczniutkie i leciutkie, ale co za tym idzie – cieniutkie. Trudno, na bieg powinno wystarczyć. Tuż przed startem zdejmuję polar, kurtkę i... spodnie dresowe. Zostaję z krótkich spodenkach, co czyni ze mnie pewne dziwowisko, bo jednak zdecydowana większość biegnie nie tyle nawet na długo, co okutana jak na 10 stopni mrozu. A temperatura jest w okolicach zera, może minus 1-2 stopnie.

Po strzale startera ruszam spokojnie – wiem, że ten kawałek jest naprawdę śliski. Ale moje spokojnie okazuje się tempem całkiem przyzwoitym. Jeszcze na pierwszym kilometrze mijam sporo osób, na początku drugiego – dziewczynę, która biegła przede mną. Z lekkim zdumieniem patrzę na tempo, chyba muszę zwolnić, żeby dociągnąć do końca biegu. Tymczasem przebiegam w okolicach starto-mety i słyszę głośny doping. Co zrobić? Przyspieszam. Pierwsze okrążenie – w niespełna 8 minut. I słyszę spikera, który zapowiada, że... biegnie właśnie pierwsza kobieta. Patrzę przed siebie, ale nie widzę... I wtedy dociera do mnie, że on mówił o mnie. Jestem pierwsza w stawce kobiet.

Pierwszy raz jestem pierwsza... Z jednej strony – dostaję skrzydeł i biegnę, ile sił. Z drugiej – cały czas się zastanawiam, jak daleko za mną czają się rywalki i kiedy zaczną mnie wyprzedzać. Tym bardziej, że po bardzo szybkim kółku zaczynam nieco zwalniać. Ale kobiety mnie nie mijają. Przy starcie – znowu doping, drugie kółko wolniej, ale nieznacznie, trzecie – już ciągnę ciężkie nogi, ale jeszcze próbuję się oderwać od ziemi. Odbijam w stronę mety. Na ostatnich metrach słyszę doping i ...słyszę, ze ktoś mnie goni. Nie myślę, przyspieszam i zamiatam naokoło łokciami. Tanio skóry nie sprzedam.

Wpadam na metę.

Jestem pierwsza.

Zapominam wyłączyć zegarka.

Lansuję się przed kamerą. Opowiadam o trzech parach butów w bagażniku (serio, z kolcami mam trzy). A potem pędzę założyć dresy, kurtki...

I skromnie idę kibicować tym, co pobiegną na 9 km.

Tylko uśmiecham się naokoło głowy (gdyby nie uszy, na pewno tak bym się uśmiechała). I tak mi zostaje do końca. Mimo mikroskopijnej szatni w której się w końcu przebieram w suche rzeczy, a w której tłoczy się masa kobiet. Mimo grochówki, na którą mogę tylko popatrzeć (albo zagryźć suchą bułę). Łamię się na gorącą czekoladę.

I gnam na dekorację.

A tam – torcik wedlowski z dedykacją. Ptasie mleczko. Czekoladki. Album. Dyplom. Puchar.

Nagrody przestają mi się mieścić w ręku.

Jeszcze jeden puchar. I książka.

Zaraz, zaraz, czy ja naprawdę miałam tu nie biec?

Wieczorem sprawdzam wyniki. Z wyników wynika, że biegłam w tempie życiówki na 5 km. O tej porze sezonu? No, to nieźle się zapowiada. I oby się na zapowiedziach nie skończyło. W końcu wiosenny start sezonu – coraz bliżej.

Czy Hiszpanie też mają dobre czekoladki?

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...