Czkawka po czekoladkach

Czkawka po czekoladkach

Dodano:   /  Zmieniono: 
I znowu nie będzie o polityce, tylko całkiem zwyczajnie – o jedzeniu. Bo jedzenie w życiu biegacza, czy w ogóle osoby aktywnej sportowo, jest elementem ważnym, a nawet – strategicznym. Niewłaściwy posiłek zjedzony o niewłaściwej porze, za mały, za duży, za ciężki, za lekki - jest w stanie skutecznie zniweczyć tygodnie a nawet miesiące treningu, marzenia o życiówce, a – co gorsza - zniechęcić do kontynuowania biegu. I dotyczy to nie tylko amatorów - problemy z żołądkiem zdarzają się i najlepszym zawodowcom.
Mnie też problemy żołądkowe nie omijały. Przez ostatnie dwa lata z zadziwiającą regularnością co jakiś czas spisywałam bieg na straty, bo żołądek odmawiał mi współpracy w sposób zdecydowany. W kilku przypadkach skończyło się zejściem z trasy, w kilku – ukończeniem biegu z wynikiem dalekim od założeń i planów. I nie pomagało jedzenie śniadania o podobnej porze i podobnym składzie. Coraz częściej miałam wrażenie, że nie decyduje nawet kolacja z dnia poprzedniego, tylko COŚ innego. Tyle, że nie bardzo wiadomo - co. Wizyta u gastrologa i USG na niewiele się zdały.

Szczęśliwie problemy żołądkowe omijały mnie podczas maratonów - z wyjątkiem ostatniego Maratonu Warszawskiego, ale tu szybko wywnioskowałam, ze chodziło po prostu o odżywkę, której mój organizm nie toleruje. Za to problemy z żołądkiem objawiały się z wyjątkową siła i konsekwencją podczas biegów na 10 km, czyli wtedy, kiedy próbowałam biec naprawdę szybko. Irytowało mnie to dość mocno, ale co mogłam zrobić? Najwyżej wziąć Loperamid przed zawodami.

W te moje nie najweselsze a naturalistyczne rozważania trafiła… lektura. „Jedz i biegaj”, czyli biografia Scotta Jurka. Jurkowi należy się niewątpliwie osobny wpis, ale dla niewtajemniczonych objaśniam w dużym skrócie –to Amerykanin z polskim korzeniami (dziadkowie), który wygrał chyba wszystkie ultramaratony świata, biega na najbardziej morderczych trasach 100-milowych górskich wyścigów w USA, a przy tym wszystkim jest weganinem. Czyli (znowu dla niewtajemniczonych) nie je: mięsa, mleka i jego pochodnych oraz jajek i ich pochodnych.

Akurat w październiku Scott był w Polsce, promując swoją książkę. I może nie książka, a on sam – przesympatyczny, normalny, nad wyraz kontaktowy człowiek – otworzył mi w głowie pewne połączenie… Zwłaszcza, że Jurek w książce opisuje, jakie miewał problemy z żołądkiem na trasach i jak zmiana diety te problemy złagodziła. I pisze także otwarcie, że zanim został weganinem, jadał obiady głównie w sieci fastfoodów - kilka razy w tygodniu.

Coś mi tam zaświtało w głowie, ale nie byłam do końca przekonana. Akurat niebezpiecznie często zaczęłam korzystać z fastfooda właśnie (dwa razy w tygodniu to już bardzo często). No i ten żołądek… Ale wiadomo, od pomysłu do realizacji… Zresztą, nie zakładałam, że to się uda. Ale kiedy podczas Biegu Niepodległości po świetnie przebiegniętych dwóch i pół kilometra, nagle prawie mnie zgięło w pół z bólu, a potem przez dwa kilometry ledwie truchtałam – decyzja zapadła. Od następnego dnia mięso, nabiał i jajka zniknęły z mojego jadłospisu.

Na początku nie było to trudne, bo akurat zrobiłam sobie też przerwę od biegania, więc przez dwa tygodnie (tak, wytrzymałam dwa tygodnie bez mięsa) nie było w ogóle powodów do zmartwień. Jednak pierwszy bieg po przerwie skończył się potwornymi zakwasami. No i na trasie brakowało mi energii. Na dodatek nie było widać spodziewanego spadku wagi…

Doczytałam to i owo, nabyłam witaminę B12 (weganie muszą ją suplementować, weganie aktywni – tym bardziej), zwróciłam większą uwagę na skład posiłków i… zaczęłam biegać. Oraz uczyć się pływać…

A żołądek zaczął ze mną współpracować.

Było dobrze.

Do Świąt.

Na Święta zrobiłam sobie odpust i przerwę. Odpust okazał się dopustem - całe zło powróciło. Byłam ciężka i znowu zdarzyły mi się jakieś przerwane treningi, bo… żołądek, wiadomo. Drugiego stycznia wróciłam do diety wegańską.

Po kilku dniach żołądek się uspokoił.

I znowu było dobrze.

Do zeszłego tygodnia, kiedy to na Biegu Wedla wygrałam czekoladki.

Całą masę czekoladek.

I oczywiście z łakomstwa zaczęłam je systematycznie podjadać, nie bacząc na mleko pełne w proszku, serwatkę w proszku oraz inne zupełnie nie śladowe ilości mleka w składzie.

Zemsta żołądka była perfidna.

W sobotę, na moich ukochanych Kabatach, na pierwszym bieg z cyklu Grand Prix Warszawy, ruszyłam szybko do przodu. Szybko wpasowałam się w małą grupkę z dwoma kolegami, którzy na ogół biegają znacznie szybciej ode mnie. Jednak tym razem dotrzymywałam im kroku. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci. Biegłam chyba na życiówkę. Zresztą, nie patrzyłam na zegarek. Na piątym kilometrze poczułam, że zbliża się katastrofa.

Na początku szóstego kilometra stanęłam zgięta w pół. A potem zaczęłam poruszać się spokojnym spacerkiem zastawiając się, czy spacer w krótkich spodenkach do mety przypłacę przeziębieniem, czy może jednak nie. Próbowałam biec, ale nie bardzo się dało.

Na szczęście po 100 metrach zaczęła truchtać.

Ktoś mnie zachęcił do biegu (dziękuję!).

Powoli, powoli zaczęłam wracać do wcześniejszego tempa.

Zaskoczyło.

Żołądek zaczął współpracować.

Udało mi się dobiec do mety w dobrym czasie, tuż za nieco szybszymi kolegami (oraz małżonkiem, który w międzyczasie mnie wyprzedził). A na dodatek, wobec braku bardziej utytułowanych rywalek, trafiłam na drugi stopień podium.

I stojąc tak z tym pucharem w ręku obiecałam sobie solennie: żadnych czekoladek. Żadnych fastfoodów. O organizm trzeba dbać.

Nawet jeżeli oznacza to pewne wyrzeczenia.

Zresztą - jakie tam wyrzeczenia. Po powrocie do domu upiekłam ciasto czekoladowe z granatem. Wegańskie :)

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...