Wygrać o bródkę, czyli opowieść o sporcie

Wygrać o bródkę, czyli opowieść o sporcie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Trzy tysięczne sekundy. To musi działać na wyobraźnię. Na pewno podziałało na wyobraźnię dwóch panów, którzy wczoraj na finiszu Biegu Wedla (trasa C, dystans 5,4 km), widząc przed sobą kobietę, postanowili , że jednak nie mogą dopuścić, aby na mecie była przed nimi. I przypuścili atak. Co prawda, ścigaliśmy się o miejsca od 47 do 49, medale i tak były dla wszystkich, torciki wedlowskie też, ale panowie musieli pokazać klasę. Chapeux bas! Sformułowanie „wygrać choćby o bródkę” nabrało nowego znaczenia…
A propos Bródki, a pomijając owo nieszczęsne naśladownictwo, to muszę przyznać, że dawno już żaden facet nie przyprawił mnie o takie drżenie serca. Kiedy najpierw, tydzień temu, najpierw dogonił rywala, potem wydarł mu finisz i wreszcie kiedy z wielkim zapytaniem wpatrywał się w monitor oczekując werdyktu sędziów… ach, serce miałam gdzieś w okolicach gardła, biło dużo szybciej niż kilka godzin wcześniej kiedy pędziłam do mety w Falenicy. A kiedy wczoraj panowie w drużynie walczyli o brąz, a ja mogłam śledzić ich zmagania tylko w relacji radiowej, no cóż, na całe szczęście akurat już byłam na parkingu, więc ten mocny trzeci zakres nie spowodował żadnych skutków ubocznych w postaci szkód dla osób trzecich. Ja zaś zyskałam nowy element treningowy. Oglądanie zmagań polskich sportowców. Może nie podnosi VO2, ale na pewno podnosi motywację.
Ot, choćby na tyle, żeby w niedzielę wybiegać swoje… 30 kilometrów. Lubię to długie bieganie, ciało się męczy, głowa odpoczywa, przesącza przez siebie muzykę, zbiera tlen z powietrza, rozluźnia zwoje mózgowe.

W związku z olimpiadą, to jest, pardą, igrzyskami, choć podobno mówienie olimpiada o igrzyskach jest coraz bardziej akceptowalne, mam jeszcze jedną kliszę z dni minionych, taką już bardziej moja osobistą. Kiedy w niedzielne południe zasuwałam sobie ulicami Sulejówka, tak mi się jakoś przyjemnie zabłądziło, dziecię jakieś nie winne i mocno nieletnie, na mój widok zrobiło bardzo zdziwioną minę i wyszeptało teatralnym szeptem w kierunku tatusia: O, olimpijka…? W takiej sytuacji, nie bacząc na fakt, że w łydkach miałam już coś ponad 20 km, automatycznie wydłużyłam krok, wyprostowałam sylwetkę i nawet chyba coś zrobiłam z łokciami, w końcu czemu dziecko ma się uczyć na złych wzorcach. W radiu akurat trwała audycja o naszych zimowych sukcesach sportowych, w lekko euforycznych nastrojach po sobotnich złotach, zaprawiona jednak zdrową ironią, bo co prawda Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Katarze odbędą się zimą, ale jednak eliminacje rozgrywane będą latem, więc o kolejny zimowy sukces może być trudno.

O letni w sumie też, bo piłkarze – wiadomo, nie się nad czym rozpisywać. A reszta? No cóż. Wystarczy wspomnieć, że stadiony zbudowane na finały mistrzostw świata w piłce nożnej w Berlinie i Paryżu kilka lat później z powodzeniem służyły za areny mistrzostw globu w lekkiej atletyce. Na naszym cudownym wspaniałym Stadionie Narodowym nawet nie da się rozłożyć wymiarowej bieżni, a najbardziej prestiżowa impreza sezonu odbywała się na stadionie Orła, bo żaden inny w stolicy się nie nadaje. Zresztą, z całą sympatią, ale Orzeł też jest… ?Jak to zapytał Bolt-ojciec – To takie wasze boisko treningowe? - Nie, panie Bolt, nie. To jedyny w stolicy dużego europejskiego kraju stadion, gdzie ewentualnie Pana syn mógłby się pościgać... To co? Przyjedzie?

Oj, chyba zaczynam przynudzać. A miało być nie tyle o kondycji polskiego sportu, która po igrzyskach w Soczi sprawia wrażenie, że wszystko jest w fantastycznym porządku i w ogóle jesteśmy sportową potęgą, co o szczegółach, które decydują, że wygrywa się o bródkę Bródki. Albo o stopę Kowalczyk czy skok Stocha. Ale ponieważ szczegóły są ważne, to o szczegółach będzie następnym razem.

A dzisiejszą trzydziesteczkę wykorzystałam na wdrożenie w życie porad Jurka Skarżyńskiego z przedostatniego już „Biegania” (bo ostatnie, czyli nowe, marcowe tez już jest). Oprócz porad związanych ze śniegiem i mrozem, które w tym roku okazały się przydatne przez całe okrągłe dwa tygodnie (i tyle trwał mój romans z biegówkami, ale jesteśmy umówieni na przyszły sezon…), to nasz biegowy guru podnosi tam jedną ważną kwestię. Skoro już poświęcamy kilka miesięcy na przygotowanie do maratonu, warto przy okazji przetestować to, co planujemy podczas startu… jeść (ewentualnie też pić).

Ja co prawda zgrywam gierojkę, trzydziestki biegam na „jednym baku” (czyli tylko po śniadaniu, ewentualnie z przerwą na picie), a żele traktuję jak zło konieczne, ale szczęśliwym trafem tydzień temu w Falenicy kolega podrzucił mi testową próbkę żelu. A ja bezrefleksyjnie wrzuciłam go w kieszeń kurtki. I tak sobie przez tydzień czekał. Dzisiaj na 15 kilometrze poczułam, jak zaczyna mi odcinać energię. Nogo zrobiły się ciężkie, oprócz grawitacji poczułam że dół pleców też ma właściwości przyciągające…

Sięgnęłam do kieszeni. Rewolucji nie było, ani w żołądku, ani na chodniku. Po kilkunastu minutach tylny hamulec przestał działać. A 30. kilometr pokonałam szybciej niż wszystkie wcześniejsze. I mniejsza o to, jakiej firmy jest żel (ciekawi: zapraszam na Ania biega na FB). Ważne, żebym go zdążyła zamówić przed startem ;-) Ot, taki tam szczegół.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...