Droga na Narodowy. Opowieść o Warszawie 2014 cz.1.

Droga na Narodowy. Opowieść o Warszawie 2014 cz.1.

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zaczęło się niewinnie. Zapisać się. Co to za problem, dwa kliki – i już. Nie zastanawiałam się długo , bo i nie było nad czym. Maraton Warszawski od kilku lat jest pozycją obowiązkową w moim kalendarzu startów. I chociaż poza debiutem nigdy w Warszawie nie zrobiłam życiówki, to jednak uparcie twierdzę, że kiedyś mi się to uda. A nawet jak nie – to i tak warto. I nie chodzi tylko o tę metę na Narodowym. Chociaż, oczywiście, trochę też.
Zapisałam się. Ale potem postanowiłam sobie dać czas. Do namysłu. Zapomniałam, że najlepiej załatwić to szybko – zapis, wpłata, numer, zaklepane, jest cel, zaczynam trening. Zazwyczaj tak to działa. W tym roku ten model nie działa i dlatego zostawiłam sobie czas do namysłu. Ale na 100 dni przed miałam już pewność. A dwa dni później – numer. 4116. To już nie ma odwrotu, wszystkie ręce na pokład i wiosłujemy. Do mety na Narodowym. O, pardą, to nie miała być aluzja do dachu. Zresztą, jak w Warszawie jest maraton – to pogoda gwarantowana, żadnego pływania nie będzie.

Mail z potwierdzeniem nadania numeru wywołał znajomy skurcz w żołądku, ale tak naprawdę czekałam jeszcze na trasę. Do piątku. W piątek już wszystko było jasne. I znowu to niedowierzanie. To tyle można przebiec…? Tak, to jest wada biegania w swoim rodzinnym mieście, gdzie człowiek wszystkie odległości może sobie przełożyć na rzeczywistość. Ale i zaleta, bo zna każdy kamień na trasie, dziurę w asfalcie, wie jak rozłożyć siły…

We wrześniu w Warszawie niespodzianek nie będzie. Start z Mostu Poniatowskiego, lekki spadek do Palmy, potem stabilizacja tempa, przy Rotundzie skręt w Marszałkowską, aż do Ogrodu Saskiego, Królewska, Plac Piłsudskiego… Na Krakowskim Przedmieściu podczas półmaratonu grała orkiestra dęta, ciekawe, czy we wrześniu też zagra. Miodowa, Bonifraterska, nie znoszę tej kostki, ale zaraz jest Konwiktorska – i długi zbieg. A potem -  Wisłostrada. Jeżeli tylko nie będzie wiatru – będzie przyjemnie. Po lewej panorama na praski brzeg i na Narodowy, gdzie meta. Po prawej – skarpa, Podzamcze, Zamek Królewski, Powiśle. I tunel. Tunelu nie lubię, choć wiem, że niektórzy go kochają. Zdradzę, czemu nie lubię. Po prostu wybieg z tunelu jest pod górkę. I to zazwyczaj jest pierwszy moment, kiedy przestaje mi się chcieć.

Na szczęście z tunelu wybiega się prosto pod Most Poniatowskiego, gdzie czekają tłumy kibiców, most aż się trzęsie od dopingu. Motywacja wraca. A trasa dalej prowadzi wzdłuż Wisły, aż do Szwoleżerów, gdzie skręca w stronę Łazienek, do Myśliwieckiej, alejką przez Agrykolę, przez główną aleję Łazienek Królewskich, gdzie cień może dać chwilowe wytchnienie.

I powrót na Czerniakowską. Płasko, szybko, łudząco szybko, trzeba uważać. Do estakad trasy siekierkowskiej, skręt w Witosa, Sobieskiego, Al. Rzeczpospolitej. Gdzieś tam po drodze jest półmetek, zabawa dopiero się zaczyna. Trasa wiedzie wprost pod Świątynię Opatrzności, w ubiegłym roku to było kolejne miejsce, gdzie doping był naprawdę świetnie zorganizowany, na tyle żeby nabrać sił przed nieszczęsną Arbuzową do Nowoursynowskiej. Arbuzowa. Mała cicha uliczka, która w ostatnim czasie stała się weryfikatorem możliwości. Przynajmniej moich. Podstępnie wznosi się pod górę w momencie, kiedy może już brakować sił. Jeżeli tym razem Arbuzowa mnie nie pokona – będzie dobrze.

Ursynów, Aleja KEN. Jedna wielka dopingująca rzeka ludzi. Z trudem można wyłuskać wzrokiem znajomych. Może i Ursynów jest sypialnią, ale w niedzielne wrześniowe południe cała sypialnia wylega wspierać biegaczy. Albo przynajmniej takie dobre wrażenie robi. Chyba nigdzie nie widziałam takiego dopingu na blokowisku…

Po gorącym przyjęciu na Ursynowie, Puławska jest jak wymarła. Tylko zorganizowane punkty i przypadkowi przechodnie, trochę znajomych. Zdenerwowani kierowcy – tu chyba po raz pierwszy dociera do biegaczy ich irytacja. A Puławską trasa się ciągnie długo, kilka kluczowych kilometrów. Dopiero na Pl. Unii Lubelskiej kibice znowu dopisują, potem, wzdłuż Parku Ujazdowskiego, Alej, Placu Trzech Krzyży – tam już biegacz ani przez chwilę nie jest sam.

Od Placu Trzech Krzyży już właściwie jest z górki – Palma, ostatni punkt z piciem, most, zbieg, 500 m – i Stadion. I już.
Proste, prawda?

No, tak to wygląda na mapie. I w pamięci. Chociaż w pamięci jest też ta druga mapa – wyznaczana wszystkimi kryzysami z ostatnich dwóch lat – tunel, 19 kilometr, półmetek, miasteczko Wilanów, Arbuzowa, Puławska, Aleje Ujazdowskie…

W tym roku plan jest taki, żeby kryzysów uniknąć. Bo o życiówkę tradycyjnie w Warszawie będzie ciężko. Ale droga na Narodowy – rozpoczęta.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...